June 19, 2013

FLAT MONTHS


 

(ph. Basia Zielińska / wearing JollyChic dress, shoes I bought in Sicily in a random shop)


I've always thought that if I were to bulid up my shoe collection I would buy more and more crazy/elegant/beautiful high heels, summer wedges, cute high heel sandals (Carrie Bradshaw reference if you haven't noticed). And look at me now - siting here in a cafe wearing my newest pair of flats after only day of wearing the wedges I'm showing you today. I spent the whole winter (that lasted ages this year in Poland) not even bothering to think about high heel shoes, living in a total comfort zone with no falls, no broken heels, no annoying sounds that stilletos make. Pure heaven, I'm telling you. But since the winter is gone and there should be no snow or slippery surfaces, I thought wearing my favourite wedges for the first time in eight or nine months couldn't be a better idea. And guess what, I couldn't be more wrong about that.

Zawsze myślałam, że jeśli będę już budować moją kolekcję butów, to będzie ona się składać w głównej mierze z ciekawych/pięknych/eleganckich obcasów, letnich koturnów i sandałów na podwyższeniu (patrz - garderoba Carrie Bradshaw). Siedzę jednak teraz w kawiarni, a na nogach mam nie piękne obcasy, ale nową parę płaszczków (wybaczcie za to niezbyt dystyngowanie brzmiące i dopiero co stworzone przeze mnie słowo, ale żmudne i nudne będzie powtarzanie „buty na płaskiej podeszwie” za każdym razem, kiedy o płaszczakach mowa). Całą zimę (a zima, jak wszyscy wiemy, trwała w tym roku trochę więcej niż przyzwoitość pozwala) spędziłam stroniąc od jakichkolwiek obcasów, żyłam sobie komfortowo, bez poślizgnięć, bez upadków, bez irytującego dźwięku stukających obcasów. Ale jako, że zima już dawno odeszła i nie ma ani śniegu, ani śliskich powierzchni, pomyślałam sobie, że nie ma bardziej odpowiedniego sposobu na powitanie lata, niż włożenie zapomnianych, ukochanych koturnów. I oczywiście, bardziej mylić się nie mogłam.
 


 I can't walk in them anymore. I literally feel the pair running right in my calf everytime I move my leg and after a fifteen-minute walk I can see how the wedges are transforming into two balls with a chain. Despite the fact, I love how high heels look, I prefer to admire them when they're nice and shiny in a shop rather than on mu feet and yes, I'd never thought I say it, but I'm team flats all the way. You know, it's quite nice to be able to run to catch the bus or walk a little bit faster from time to time and when I'm wearing high heels, I'm telling you, it does not happen. I know that's quite a random side note, but if I were to choose an animal that I wanted to be, I would choose a doe (or a lion but I'm not that agressive). It's free, fast, it runs a lot and has big eyes. Can you imagine a doe running so fast in high heels (of course if it wore any shoes at all)? Exactly. It would so doing it in flats though.

Straciłam moją zdolność. Straciłam zdolność chodzenia w koturnach. Czuję przeszywający ból w łydce, który jest silniejszy i silniejszy z każdym krokiem, a po piętnastu minutach spaceru widzę jak koturny zamieniają się w dwie kule z łańcuchem. Widok obcasów uwielbiam i bardzo mi się podoba, ale ostatnio doszłam do wniosku, że bardziej niż na mojej nodze, podoba mi się w witrynie w sklepie. I trudno mi to powiedzieć, bo myślałam, że moja ścieżka życiowa podąży w innym kierunku, ale tak, należę już do wielbicieli płaszczków. Dlaczego? Bo to całkiem miłe, kiedy mogę dobiec i wsiąść w ostatniej chwili do autobusu i to całkiem przyjemne, gdy mogę przejść dystans dłuższy niż trzy metry, a kiedy noszę obcasy, zapewniam Was - tak się nie dzieje. Wiem, że to dość specyficzne wtrącenie, ale gdybym miała być zwierzęciem, to chciałabym być sarną (albo ewentualnie lwem, chociaż żaden ze agresor). Wolna, szybka, ciągle biega i ma duże oczy. Trudno sobie wyobrazić sarnę, któraby miała biegać tak szybko w obcasach (gdyby oczywiście sarna nosiła jakiekolwiek obuwie). W płaszczkach natomiast nie miałaby żadnego problemu.
 


 
Having said that, taking a doe as my role model for this summer, I don't think I'd be wearing a lot of high heels in the next few months. What about you? Are you team flats or high heels? Have a lovely week!

Powiedziawszy to, ustanawiam sarnę moim wzorem postępowania na te wakacje i czuję, że obcasów to ja się w przeciągu kilku miesięcy dużo nie nanoszę. Ciekawa jestem jak jest z Wami (moja Mama, na przykład, żadnego bólu nie czuje i reprezentuje zwolenniczki każdego typu obcasów, co ja uważam za oczywiście, niewyobrażalne). Miłego tygodnia!


June 15, 2013

IN WARSAW FOR LOUIS VUITTON


(ph. Karolina Kamińska and I / wearing JollyChic dress, Promod shoes)

Before I start my usual rambling, let me just clarify one thing - I was not, I am not and I'll never be a party animal. So everything you're about to read in a few second, was written by a socially awkard person that runs away for every single camera and thinks she's going to die when there are too many people in the same room. Once I stated that, I can keep carrying on. So if you follow me on any sort of social media sites, you probably know that I had a great pleasure to be invited to the opening of the first Louis Vuitton store in Poland. I have to say, I don't really take part in such things much often. I guess the lat time I partecipated in a 'big event' was two or three years ago. I was so dissapointed by people and so lost in that sort of society that I kept on rejecting every single invitation that I would get throughout those few years. This time I said yes though, because a) I appreciated being invitated there, b) I really like Louis Vuitton - I've always liked their campaigns, some bags and pret-a-porter collections (remember white princesses riding on a carrousel? That is so freaking me), c) I knew that I would have a story to tell you and you know how I love telling stories to you, guys.


Zanim zacznę spisywanie moich jak zwykle głębokich przemyśleń, chciałam na wstępie tylko powiedzieć, że lwicą salonową to ja nie byłam, nie jestem i zapewne nigdy nie będę. Miejcie więc na uwadze, że wszystko, co za chwilę przeczytacie, zostało napisane z perspektywy osoby, która ucieka przed każdym aparatem i która myśli, że koniec jej życia właśnie się zbliża, kiedy w jednym pomieszczeniu zbierze się za dużo ludzi. Wszystkie więc bankiety, nie bankiety, otwarcia, premiery i nie wiem co jeszcze, zamiast mnie kusić, raczej mnie odpychają. Ostatni raz kiedy przyjechałam do Warszawy, żeby uczestniczyć w „wielkim wydarzeniu” (przynajmniej tak je określali organizatorzy przedsięwzięcia) był jakieś dwa albo trzy lata temu. Wyszłam stamtąd tak rozczarowana i tak zagubiona, że od tych kilku lat z uporem osła odrzucałam wszystkie zaproszenia, które miałam okazję dostawać. Moment przełomowy nastąpił kilkanaście dni temu, kiedy przyjęłam zaproszenie na otwarcie pierwszego sklepu Louis Vuitton. A przyjęłam je, bo a) było mi naprawdę przemiło je dostać (świetny powód tak na sam początek), b) samą markę bardzo, ale to bardzo lubię - ich kampanie reklamowe są przepiękne, większość toreb (aczkolwiek zdecydowanie nie wszystkie) też, nie wspominając już o kolekcjach pret-a-porter (białe księżniczki jeżdżące na karuzeli? chyba nikt nie ma wątpliwości, że to sceneria mojego wyimaginowanego życia), c) zawsze to kolejna historia do opowiedzenia, a jak zapewne wiecie, opowiadać Wam historie, to ja lubię bardzo.



Together with Karolina, we arrived in Warsaw in the afternoon, so we went to out hotel and started to get ready for the evening. (May I just say I had the most comfortable bed I've ever been in? I loved it to such an extend, that I didn't want to fall aspleep at night, cause I knew that in the morning I would have to leave this little rectangular paradise). The photos from the hotel room were taken in the morning, cause we didn't have much time and the lightening sucked a little, so during the event I had a black bow in the my hair but I forgot to pin it in the morning.

Razem z Karoliną przyjechałyśmy do Warszawy późnym popołudniem, więc szybko pobiegłyśmy do hotelu i zaczęłyśmy iście królewskie przygotowania. Naprawdę tylko tej karuzeli, o której pisałam przed chwilą, tam brakowało, bo czułam się zupełnie jak księżniczka i skakałam na łóżku przez dobre piętnaście minut; łóżku, które było tak miękkie, że prawie polały się na nie łzy rzęsiste, kiedy rano musiałam je opuścić. Zdjęcia w pokoju robiłyśmy następnego dnia i zapomniałam wpiąć we włosy czarną wstążkę, którą miałam poprzedniego wieczoru.



Outside the store we passed a little army of photographers that were making a circle around somebody, whose face I didn't see. Apparently, somebody was giving some faces of his lifetime. I got in and I was welcomed by the loveliest person in this industry I've ever met - Magda. And then I saw something that quite ridiculous and very scary for me - the place where celebrities are asked to stand and smile and one billion photographers are taking pictures of every single milimiter of their body. Don't worry guys, I said no. I said no because I'm not a celebrity. I said no because if I do something, I always need to see the reason why I do it and I couldn't find any reason why I would stand there. I said no, well, because I'm scared of those photographers. And yes, it is possible to say no in such situations, nobody's dragging you out there.
Zbliżając się na miejsce, minęłyśmy po drodze rój fotografów, którzy okrążyli przed wejściem kogoś, kogo twarzy nie zobaczyłam. Zapewne właśnie tworzył pozy swojego życia. Weszłam do środka i od razu powitała mnie najbardziej sympatyczna osoba w tej branży - Magda. Wtedy też zobaczyłam coś, co gdybym miewała koszmary, zapewne pojawiałoby się w nich w miarę często. Coś, co mnie śmieszy i przeraża równocześnie - złowieszcza ścianka. Spokojnie, nie zgodziłam się na zdjęcie. Powiedziałam nie, bo nie jestem celebrytką, a zdjęciami lubię się dzielić tylko z Wami. Powiedziałam nie, bo jeśli coś robię, to muszę w tym widzieć choć troszkę sensu, a tutaj sensu nie zobaczyłam. No i powiedziałam nie, bo po prostu boję się tych fotografów. Wyglądają, jakby chcieli każdego tam zjeść. I tak jeszcze tylko powiem, że da się powiedzieć nie”, nikt mnie nie owinął łańcuchem i nie zaciągnął przed obiektyw. Przypadkowych” zdjęć ze ścianki więc, według mnie, nie ma. Jeśli ktoś ma tam zdjęcie, to chciał mieć tam zdjęcie. I oceniać tu nie mam zamiaru, czy to dobrze czy źle, bo każdy czuje się dobrze w innych warunkach. Ja akurat w takich czułabym się najgorzej.
The store itself was AMAZING - it has two floors and is very spacious. Well, it wasn't spacious during the event but I imagine without all this people it would definitely be like this. There were some beautiful baggages, bags and shoes and honestly, I'd be very happy to lock myself there just to sit and look at everything.
Sklep jednak zrobił na mnie bardzo duże wrażenie - dwa piętra i dużo przestrzeni (gdyby odjąć wszystkich ludzi). Pełno pięknych toreb, walizek, butów; mogłabym się tam zamknąć i po prostu to wszystko obserwować. Tak przez kilka dni.


I guess I came back four of five times to see this bag again and again. The lady (she was extremely kind) who was working there, laughed at me because I was probably looking a little bit mental. I don't know what was going on with me, but I just couldn't help staring at this bag. It's lovely. And it's so mine in my imaginated world.
Wracałam z cztery albo pięć razy, żeby zobaczyć tę torbę raz jeszcze. Pani, która tam pracowała (przemiła dziewczyna), śmiała się ze mnie, kiedy powracałam ze spojrzeniem maniaka. Nie wiem, co się ze mną stało, ale torba ta mnie opętała. Jest piękna. I jest moja. W wyimaginowanym świecie.

Thank you Louis Vuitton for an invitation, maybe I'm not a party animal, but I do apprecciate beautiful things. And surely, there plenty of them in this store. See you very soon!

Jeszcze raz bardzo dziękuję za zaproszenie, „party animal” ze mnie żadne, ale doceniam piękne rzeczy. A w tym sklepie było ich mnóstwo. Do zobaczenia i miłego weekendu!

June 9, 2013

SUMMER EXPOSURE

 

(ph. My Mum / wearing AmericanApparel dress)
 
 
I should probably greet you all guys with 'Aloha' and a photo of me holding a cocktail with a little tacky straw hat because this pictures pretty much how I feel now. It's JUNE. The Sun is shining. I'm almost done with school. And everything just cheers me up. It's also very warm outside and this means showing more skin than usual is quite unavoidable. Now, this led me to another weird observation about myself. Even though summer is something I look forward the most, it takes me quite a lot of time to adjust myself this season, clothes-wise. Subconsciously I divide my body into two sections - from waist down and from waist up. And there wouldn't be anything weird about  that if I didn't have totally different approach to each of the sections, when it comes to exposure.
 
Tam sobie myślę, że do dzisiejszego powitania pasowałoby krótkie „Aloha” i moje zdjęcie, gdzie jestem cała  rozpromieniona i trzymam w ręku koktajl z tandetną parasolka, bo tak błogo się ostatnimi czasy (od wczoraj) czuję. CZERWIEC. Świeci słońce. Szkoła, która najwyraźniej miała podstępny plan dokonania aktu mordu na mojej osobie, powoli się kończy. Nie mam żadnego powodu, żeby się smucić. Jest też bardzo ciepło na zewnątrz, a to oznacza nieuniknione pokazywanie ciała. Mimo, że czekam na lato bardziej niż na cokolwiek innego, za każdym razem, najwięcej czasu zajmuje mi przystosowanie się do tej pory roku pod względem ubrań. Zorientowałam się, że przez kilka dobrych lat, dzieliłam swoje ciało na dwie części - od pasa w górę i od pasa w dół. I nie byłoby to bardzo dziwne, bo taki podział zbytnio wymyślnym nie jest, gdyby nie to, że moje podejście do góry i dołu pod względem negliżu, ma się tak jak pies Reksio do Hanki z 'Rumcajsa' albo jak piernik do wiatraka.


 
If I had to come up with an outfit that is the most in my comfort zone, I would probably pick micro shorts for my 'from waist down' section and an armour as my blouse. I don't know why but any sort of fabric touching the major part of my legs makes me so uncomfortable that I find it so hard to even walk. So whenever I praise my personal motto 'the shorter, the better' it's not because I'm a secret exhibitionist and I want to show off my legs, cause seriously, they are the last things in body that I can boast about, but it's because my 'from waist down' section has origins from some kind of jungle and it needs freedom and air.
 
Gdybym miała szybko wymyślić strój, w którym czułabym się najpewniej i najbezpieczniej, zapewne wybrałabym mikro szorty i zbroję jako moją bluzkę. Nie wiem dlaczego, ale każdy materiał, przykrywający moje nogi bardziej niż przed kolana sprawia, że czuję się niekomfortowo i nie jestem w stanie swobodnie chodzić. Za każdym razem więc, kiedy zdaję się tu wyznawać zasadę „im krócej, tym lepiej”, to nie dlatego, że chcę się czymś podpisywać (bo co jak co, ale już bardziej mogłabym się popisać swoim uchem niż nogami), ale dlatego, że moja część „nożna” ma jakieś dziwne powiązania z wolnością i dostępem do powietrza.

 
And then comes 'from waist up' section. I love fitted blouses and nice fitted dresses but I just can't help it that the thing I feel the most comfortable in is the baggiest sweater you can find on this planet. So every summer, it takes me so long to convince myself that showing a half of my shoulder is not going to scandalize the whole population. Today's dress is totally out of my comfort zone but since I'm on my personal therapy that I created for myself, which involves saying Yes to more things than locking myself at home in pyjamas and laptop on my bed, I think it's quite a good start. Have a lovely week everyone and tell me what's your approach to 'summer exposure' :)
 
Sekcja „od pasa w górę” natomiast, to zupełnie inna bajka. Bardzo podobają mi się dopasowane bluzki i sukienki, ale nic już nie poradzę, że najwygodniej czuję się w obszernym swetrze. Każdego lata więc spędzam kilka tygodni na przekonywaniu siebie, że odsłonięcie połowy mojego ramienia nie będzie siało zgorszenia wśród całej populacji. Dzisiejsza sukienka jest zdecydowanie poza moją „strefą komfortu”, ale jako, że jestem właśnie w trakcie terapii stworzonej dla siebie przez siebie, która skupia się przede wszystkim na mówieniu „TAK” czemuś więcej niż zamknięciu się w domu, w piżamie i laptopem na łóżku, myślę, że taki strój to całkiem niezły start. Miłego tygodnia i życzę Wam dużo słońca!



 

May 26, 2013

SYRUP AND HONEY


 
(ph. Basia Zielińska/ wearing second-hand dress, second-hand shorts, Zara trench coat, SIX jewelery, Clarks shoes)
 
The title has absolutely no connections with my personal preferences because I hate anything that's sticky and I hate the taste of honey. It's just the song that I've been loving lately and playing on constant repeat (give me a week and I won't be able to stand it), which is perfect for such gloomy, rainy days we've been recently having in Cracow. Gloomy days always bring out the worst of myself cause the very first moment it started raining, I opened my computer and went hunting for a tv show that would keep me distracted from studying and that would totally destroy my social life. And the thing is, I don't watch TV shows at all (apart from New Girl but this is way more than just a TV show). I'm not the type of person who would sit an wait for the next episode every week. But this gloomy weather made me become addicted to Hart of Dixie to such an extend that I honestly enjoy subplots about wild animals, forests and healing wounds. And I don't mind watching alligators on the road and social life full of drama in Alabama. * I do really enjoy it.The world has come to an end. So what about you, does rain evokes the very mental version of yourself? Have a lovely week!
 
 Od razu mówię, że tytuł nie ma żadnego powiązania z moimi żywieniowymi preferencjami, bo syropów nie lubię, a smaku miodu to nawet nie toleruję. To tylko tytuł piosenki, którą ostatnio odtwarzam bez żadnej przerwy (tydzień minie, a zapewne nie będę mogła jej znieść), a która idealnie pasuje do brzydkich, deszczowych dni, które zawitały do Krakowa. Brzydkie, deszczowe dni wyciągają ze mnie to, co najgorsze. W momencie, w którym na zewnątrz zrobiło się ciemnej, otworzyłam komputer i zaczęłam poszukiwania serialu, który z powodzeniem mógłby oderwać mnie od nauki i skończyć z moim, i tak nie jakimś bujnym, życiem towarzyskim. A najlepsze w tym wszystkich jest to, że ja seriali nie oglądam (z wyjątkiem New Girl, ale to coś zdecydowanie więcej niż tylko tasiemiec telewizyjny). Nie siedzę i nie czekam co tydzień na nowy odcinek czegokolwiek. Ta brzydka, deszczowa pogoda sprawiła jednak, że uznałam historię o młodej lekarce z Nowego Jorku, która przyjeżdża na południe USA, za najlepszy sposób na zmarnotrawienie mojego czasu. Nie wiem, co się ze mną dzieje, ale naprawdę podobają mi się nawet wątki o zwierzętach w lesie, opatrywaniu ran, nie przeszkadzają mi aligatory chodzące po drodze, a życie towarzyskie w Alabamie okazało się być dużo bardziej skomplikowane, niż myślałam na początku.* Tak, moje życie umysłowe dobiegło końca. Ciekawa jestem, jak jest z Wami - czy "brzydka, deszczowa pogoda" też wywołuje u Was irracjonalne zachowanie? Miłego tygodnia!
 
* Two words - Lemon's outfits / Serial nazywa się Hart of Dixie, a jeśli po moim opisie, jeszcze się do niego nie przekonaliście, proponuję zobaczyć charakteryzację  jednej bohaterki.
 

 

May 17, 2013

WROCŁAW


Just let me excuse myself for the first photo - I'm not sure what I was trying to achieve by doing such a face, it looks as of I was catching flies with my mouth but I swear, I was not. Last week, as I told you in the previous post, I went to Wroclaw (Polish city situated more or less three hours from Krakow) with my friend Paula for a two-day trip. I've been to a couple of Polish cities in my life but pretty much all of it took place when I was really little. So yes, I have been to Wroclaw before. But all my memories from this city end up with a vision of a huge car parking and some cars. That's weird and not a lot, you have to admit. So going there a couple of years later, I was expecting to see a few things more.

Musicie wybaczyć mi pierwsze zdjęcie - nie wiem dokładnie, co chciałam przekazać robiąc taką minę, wygląda to raczej jakbym łapała muchy buzią, ale daję słowo - nie robiłam tego. Tak jak pisałam w poprzednim poście, tydzień temu wybrałam się z Paulą na dwa dni do Wrocławia. W swoim życiu zwiedziłam kilka polskich miast, ale w większości przypadków to zwiedzanie miało miejsce w wieku, kiedy nie dosięgałam głową krawędzi stołu. Odwiedziłam więc już kiedyś Wrocław, ale moim jedynym wspomnieniem z tego miejsca był jakiś podziemny ogromny parking i dużo samochodów. Jadąc tam po kilku latach, miałam więc cichą nadzieję, na zobaczenie kilku rzeczy więcej.



If you are, just like me, a decent Disney lover and you act out the wood scene from Sleeping Beauty when no one's watching, there is one place in Wroclaw that you are simply obligated to see. A place where nitrogen is not 78 percent of air, because love takes its place. It's The Bridge of Love aka Tumski Bridge, situated a couple of minutes from the Market Square. Love bridges are quite popular here, in Poland, I know we have one in Krakow too, but this one in Wroclaw it's like made of cupcake - sweet to the limit. And you know, since I love puppies and fairytales I was super excited to see it.
 
Jeśli zdarza Wam się oglądnąć kilka bajek Disneya albo odgrywać scenę leśną ze Śpiącej Królewny, kiedy nikt nie patrzy, to jest jedno miejsce we Wrocławiu, które jesteście zobligowani zobaczyć. Miejsce, które łamie powszechnie znajome prawa; miejsce, w którym 78 procent powietrza nie zajmuje wcale azot, a opary miłości.  To Most Tumski (inaczej, jakże wymyślnie - Most Zakochanych). W Polsce, z tego co wiem, mamy takich mostów kilka, jeden nawet w Krakowie, ale ten wrocławski wygląda trochę jak z lukru. To zdecydowanie świetne miejsce do zobaczenia dla zwolenniczek szczeniąt i bajek - ja byłam wprost zachwycona.


If I was to give you an advice concerning looking for accommodation, I would give you one tip and one tip only - always check whether there's no huge club in the same building that you're staying in. I seriously was so proud of myself when I found a nice place to stay in Wroclaw in the Internet - the price was good, the location even better, it looked very modern, clean and simple. When I arrived, I was very pleased to see that what I expected this place to be was true. And then the night came. I out my head on my pillow, I closed my eyes and after a few minutes I heard the melody that definitely was not a lullaby. I opened my eyes and yep, somebody decided to enlightened my room in all neon colours. So there I was, sitting on the bed after 1 am and admiring violet, pink and blue lights dancing on my walls. Yes, the club was right opposite to the place I stayed in. The best night of my life ever.
 
Wszystkim wiadomo, że podróże kształcą, a Wrocław nauczył mnie jednej podstawowej zasady - zawsze sprawdzaj, czy twoje miejsce zakwaterowania oprócz dogodnej lokalizacji względem centrum nie oferuje także dogodnej lokalizacji względem huczącego i świecącego na wszystkie strony klubu. Byłam z siebie bardzo dumna, że udało mi się znaleźć w Internecie miejsce do spania - czyste (tak przynajmniej wyglądało na zdjęciach), położone blisko Rynku i w przyzwoitej cenie. Dumna byłam jeszcze bardziej po przyjeździe, kiedy okazało się, że wszystko to sprawdziło się w rzeczywistości. I wtedy nadeszła noc. Położyłam głowę na poduszce, zamknęłam oczy, a kilka minut później do moich uszu doszła melodia, która zdecydowanie utworem relaksacyjnym nie była. Ktoś najwyraźniej postanowił rozświetlić mój pokój neonowymi strużkami światła. I tak sobie właśnie siedziałam w środku nocy i oglądałam nad wyraz aktywne róże, fiolety i niebieskości na ścianie. Klub okazał się być dokładnie naprzeciwko. Spokojną noc miałam więc zagwarantowaną.

 
A market hall is a very specific place in each city that should never be underestimated. Take market hall in Jerusalem, in Rome - in my opinion, a 15- minute trip there gives you more overall image of a city than one hour of studying a guide. I decided to take a quick look at apples, tomatoes and oranges in Wroclaw as well. But once we got there a lovely old man saw us carrying our one billion cameras and he immediately told us about a place where we could see the whole market hall. So when I got bored with looking at tomatoes I raised my head and saw the vault that was simply spectacular.
 
Hala targowa czy ogólnie targ to jedno z tych specyficznych miejsc w mieście, które nigdy nie powinno być traktowane z lekceważeniem. Weźmy na przykład targ w Jerozolimie czy w Rzymie - do dzisiaj pamiętam wszystkie zapachy (w Jerozolimie akurat te przyjemne mieszały się na zmianę z tymi mniej przyjemnym), atmosferę, odgłosy. I będę chyba zawsze stała twardo na stanowisku, że pół godzinna wycieczka na targ w danym mieście może powiedzieć o nim więcej niż godzinne wnikliwe studiowanie przewodnika. Również we Wrocławiu zdecydowałam popatrzyć sobie na jabłka, pomidory i tym podobne. To nie im jednak potem się przyglądałam, bo jakiś miły pan, widząc nas objuczone aparatami, od razu wskazał miejsce, w którym zobaczyć halę będzie można w całej okazałości. Jeśli kogoś warzywa nie interesują, to może podnieść głowę w górę. Sklepienie robi duże wrażenie.
 
 
 
Here are a few snapshots from the Botanical Garden and Japanese one. / Kilka ujęć z przepięknego Ogrodu Botanicznego i Ogrodu Japońskiego.
 
 
Since more than half a year I've been on a mission of getting rid of my awkard shyness in the most common and normal situations. I'm totally not afraid of most of the things other people are definitely afraid of. But tell me to ask in the shop for a blouse size and I'll panic. I'll be standing there in the middle of the shop for half an hour preparing in my head the exact sentence I'm going to say and waiting for the right moment to approach the shop assistant. So as you can imagine, I was expecting  buying a ticket in a tram in a different city to be quite a stressful experience. And it was because it turned out that when it comes to the way of paying, the machine in tram accepts only cards. Wroclaw, are you insane? What about little kids, what about elderly people, what about me, for God's sake. I know that technical development is needed but come on, 'cards only'?
 
Od ponad pół roku uczestniczę w jednoosobowej, wymyślonej przeze mnie misji pozbywania się mojej żenującej i zastanawiającej nieśmiałości w sytuacji najbardziej zwyczajnych i normalnych. Tak to już jest, że nie boję się kompletnie wielu rzeczy, które innym spędzają sen z powiek. Niech mnie jednak ktoś poprosi, żebym spytała w sklepie o rozmiar danego ubrania, a wpadnę w panikę. Będę tak stała przyczajona przy tym ubraniu, przez pół godziny układając dokładnie co powiem i czekając na odpowiedni moment na zaczepienie pani ekspedientki. Jak więc możecie się domyślić, przeczuwałam, że kupienie biletu na tramwaj w obcym automacie (!), w obcym mieście (!!) z obcym menu (!!!) będzie przeżyciem bardzo stresującym. I nie myliłam się, bo jak się okazało, wrocławskie automaty w tramwajach akceptują tylko karty płatnicze. A co z biednymi małymi dziećmi, co ze staruszkami? Co ze mną? Rozumiem, że rozwój techniki to wartościowa i ważna sprawa, ale o słabszych trzeba czasem pomyśleć.
 
 

If during your trip to Poland a young random guy stops you on the street to give you high five and when three seconds later another guy puts a gun to your forehead, which turns out to be fake and everybody thinks it's the funniest joke on this planet, you probably were given the one and only opportunity to experience students' festival Juwenalia. There are masses of students on the streets, they shout and sing and are definitely not sober. Not my favourite thing to watch, I have to admit. And what's funny, this festival is said to be The Festival of Students' Culture. That shows how many various interpretations of one word we can possess.
 
Wycieczka do Wrocławia stanęła w 100% pod znakiem kultury. I to jakiej. Juwenalia to dla mnie prawdziwa zagadka. Tłumy przebranych ludzi, wszyscy krzyczą i śpiewają. Żaden tramwaj do zatrzymania i żaden trunek do wypicia studentowi nie straszny. Raz na jakiś czas dobrze też nabrać kogoś naiwnego (czyli mnie) i przystawić znienacka pistolet do głowy. Ogólnie rzecz biorąc, jak to w piosence - wolność i swoboda. Juwenalia, inaczej Festiwal Kultury Studenckiej, uświadamiają mi jedną rzecz - jak piękna jest mnogość interpretacji jednego słowa.
 
 
Aula Leopoldina in the Museum of Wrocław University / Barokowa Aula Leopoldyńska w Muzeum Uniwersytetu Wrocławskiego

 
I wanted to post this photo diary much earlier but this week has been crazy so far and from Monday to Thursday every time I wanted to finish this post, my eyelids protested and closed themselves. So, I hope you enjoyed it and I wish you a lovely weekend! See you soon!
 
I to chyba na tyle. W planach miałam opublikowanie tego postu dużo wcześniej, ale od poniedziałku do czwartku, kiedy tylko chciałam zacząć coś pisać, moje powieki protestowały i ciągle spadały. Bardzo miło wspominam Wrocław i myślę, że to nie ostatnia wizyta w tym mieście, tym bardziej, że jedyną rzeczą, której nie udało mi się zobaczyć było zoo. A ja zoo nie mogę, ot tak, przegapić. Miłego weekendu!

(ph. Weronika Załazińska, Paula Pietruszka)

PS I'll be answering your comments from the last post in a few minutes xx / Zaraz zabieram się za odpowiadanie na Wasze komentarze pod ostatnim postem :)