9/30/12

Tête-à-tête / Janusz Kowalski, goldsmith

You know this feeling, when a wonderful and absolutely superb idea comes to your mind, you can see everything in your mind but suddenly you're stopped by some stupid obstacles you didn't foresee? It happens to me all the time. A few weeks ago I thought I would talk to some people that represent more niche jobs. So when all the corset-makers and hatterrs kicked me out from their workshops I came to three sad conclusions: 1) I can't make people respond to my persuasion, 2) I'm not a walking-talking advertisment of what I do, 3) it's high-time to make my own business cards. I never thought I'd need them but I noticed that without them, instead of making people smile, I rouse in them emotions that a common door-to-door salesman does. Fortunetely, I found a wonderdul and super-nice man, Mr Janusz Kowalski, who runs his own goldsmith's on Sienna Street 12 (the strict center of Krakow)


Dziwnie to czasem bywa z tym całym blogowaniem, bo przychodzi człowiekowi pewien pomysł do głowy, już widzi jego pełną i wspaniałą realizację, aż tu nagle po drodze zatrzymują go przeszkody, których nie udało mu się przewidzieć. Tak było i w moim przypadku, kiedy kilka tygodni temu pomyślałam, żeby na blogu zrobić serię spotkań z ludźmi reprezentującymi nieco bardziej niszowe (choć znowu z tą niszą tak bym nie przesadzała) zawody. Kiedy więc wszystkie panie gorseciarki i kapeluszniczki wyrzuciły mnie ze swoich zakładów, doszłam do trzech smutnych wniosków: 1) siła perswazji nie jest u mnie na wysokim poziomie, 2) nie jestem chyba chodzącą reklamą tego, co robię 3) czas najwyższy wyrobić wizytówki. Do tej pory niezbyt mi to myśl zaprzątało, chociaż byłam świadoma, że praktycznie każda blogerka takowe posiada. Ja sobie jakoś bez nich radziłam. Aż nagle okazało się, że bez wizytówki zamiast serdecznego uśmiechu budzę raczej emocje podobne do tych na widok akwizytora. Znalazł się jednak przemiły człowiek, pan Janusz Kowalski, prowadzący zakład złotniczy w samym sercu Krakowa, który zgodził się na rozmowę i zdjęcia bez wcześniejszego posyłania mi podejrzliwych i pełnych obaw spojrzeń. I tak oto znalazłam się na ulicy Siennej 12.




My relationship with jewellery reminds me of my relationship with a cat sitting on the tree, so basically there's no relationship at all. I can't say I wear a lot of shiny stuff but at the same time I'm not a type of minimalist who would only wear one basic watch and one simple ring on his ring finger. So it was even more interesting for me to meet with a person who has been in the jewellery business for more than forty-five years (FORTY-FIVE YEARS, for me it's like infiniiiity)


Moja relacja z biżuterią przedstawia się mniej więcej tak, jak moja relacja z kotkiem Mruczkiem na drzewie, czyli nijak. Nigdy nie mogłam zaliczyć się ani do grupy zakładającej każde możliwe świecidło na każdą możliwą część ciała, ani też do grupy minimalistów noszących na przykład tylko jeden określony typ zegarka i jeden surowy pierścionek zawsze na palcu serdecznym. Biżuteria odgrywa dla mnie podrzędną rolę. Tym bardziej więc byłam ciekawa spotkania z człowiekiem, dla którego od czterdziestu pięciu lat jest ona całym światem (czterdzieści pięć lat....jest to dla mnie dość przerażająca perspektywa).






It's quite funny when you realize how a kid perceives the idea of choosing a job - I remember, a few years or even months ago I would think that after high-school there is a big black stroke, in which you choose your studies and after this bag black stroke you graduate and you work in the job connected with your studies for the rest of your life. Yeah, I know it's dumb. So I talk with a lot of people and with each conversation I realize how stupid my idea was. Mr Kowalski studied law for two years (who knows, maybe I'll choose applied mathematics?) and then he left Poland, he worked in Denmark, USA and then he came back, he decided to say 'bye-bye' to law and he started working on his goldsmithery. Back then you had to had to have proper skills to run your own workshop. Right now even I could become a goldsmith if I liked to. I wonder if it's good because if even I could call myself a goldsmith how can you not talk about the downfall of jewelry trade?


To dosyć zabawne, jak dziecko wyobraża sobie wybór pracy i dorosłą karierę - kilka lat temu, a nawet kilkanaście miesięcy temu wydawało mi się, że po skończeniu liceum następuje "wielka krecha", kiedy to wybiera się studia, a po "wielkiej kresce" te studia się kończy i zgodnie z kierunkiem pracuje się w odpowiednim zawodzie do końca świata. Dosyć spaczone miałam o tym pojęcie, nie powiem. I im z większą ilością osób na ten temat rozmawiam, tym bardziej wyprowadzam się sama z błędu. Pan Janusz studiował dwa lata prawo (kto wie, może ja wybiorę matematykę stosowaną), aby potem wyjechać, pracować w Danii, Stanach, rzucić prawo i uczyć się zawodu złotnika. A wtedy jeszcze trzeba było się uczyć - bez dyplomu mistrzowskiego nie pozwalano na otwarcie własnego zakładu. Teraz może to zrobić każdy, nawet ja za rok mogłabym otworzyć sobie biznes koło pana Janusza i nikt by się nie sprzeciwiał. Zastanawiam się, czy to dobrze, bo skoro nawet ja mogłabym nazwać siebie złotnikiem, to jak tu można nie mówić o upadku sztuki jubilerskiej? 





Some years ago a client would bring his own piece of gold and the job of the golsmith was to work on this unique piece and create something that would please the buyer. Now, it's so much different - a client comes, many products are shown to him and either he likes them or not. There are not so many people who work on jewelry from the very beginning to the very end, that take care of everyting. And unfortunetely the fewer goldsmiths, the more expensive the services are.

Goldsmith's workshop and a common jewelry shop are two different words. You don't see here plastic beads jumping on the floor neither you see entangled necklaces somewhere in the corner. Maybe it sounds weird but you can literally feel the respect for handmade things and work here. Jewelry is treaten as a work of art. Although some of the prices are totally out of this world, it's nice to come there and just inhale this wonderful atmosphere.


Dawniej, jak twierdzi pan Janusz, to klient przynosił własny kawałek złota, a zadaniem złotnika było stworzenie z tego kawałka czegoś, co usatysfakcjonowałoby kupującego. Teraz kupującemu pokazuje się po prostu gotowe produkty, które albo mu pasują, albo nie. Zostało już bardzo mało ludzi, którzy zajmują się biżuterią od A do Z, a nie polegają na produkcji maszyn. Złotników jest coraz mniej, a co za tym idzie, usługi są coraz droższe.

Zakład złotniczy a sklep sieciowy z biżuterią to dwa różne światy. Tutaj plastikowe korale nie skaczą po podłodze, a naszyjniki nie leżą zaplątane gdzieś w ciemnym kącie. Może dziwnie to zabrzmi, ale czuć tu szacunek do zrobionej własnoręcznie biżuterii, do pracy, a wszystkie rzeczy traktuje się jak dzieła sztuki. I chociaż niektóre ceny spędzają sen z powiek, to warto wybrać się do takiego miejsca, przynajmniej  po to, żeby przesiąknąć raz na jakiś czas tą przyjemną atmosferą.



PS1 Jeszcze raz dziękuję za wszystkie miłe słowa o moim czwartkowym "występie" w Dzień Dobry TVN. A kto nie widział, a ciekawy, może kliknąć TUTAJ, aby obejrzeć video.

PS2 To pierwszy post, w którym zdjęcia robię innym aparatem, niż zazwyczaj. Nawiązałam współpracę z Sony, które udostępniło mi najnowszy aparat - zobaczymy, jak się będzie sprawował. Na razie torebka stała się lżejsza (bo nie muszę tachać mojego wielkiego Canona), a! i oczywiście najlepsze w tym wszystkim jest to, że w końcu (!) będę mogła zrealizować tak długo wyczekiwane video. Posty, w których zdjęcia będą wykonane aparatem Sony, a nie Canonem, oznaczać będę banerem:



163 komentarze:

If you can't see your comment or my answers click 'Load more' :) / Jeśli nie widzicie wszystkich komentarzy albo moich odpowiedzi, kliknijcie w 'Load more' :)

9/25/12

ON THE STREET









(ph. Basia Zielińska / wearing second-hand sweater, second-hand shirt, '5,10,15' skirt, Mango bag, Whyred shoes via Bloggers Wardrobe)

I'm sorry for the poker face on this photo but this is honestly how I feel (and look) when I finish my classes each day. Tomorrow I'm going to Warsaw and on Thursday I'm the guest in the Polish TV show - wish me luck!

Z góry przepraszam za 'poker face' na zdjęciu, ale oddaje ta mina w zupełności to, jak czuję się po każdym dniu w szkole. Jutro krótki wyjazd do Wrogiego Miasta, które chyba mi się podoba (krakowianie, nie bijcie) - Warszawy. W czwartek będę gościem "Dzień Dobry TVN" - mam szczerą nadzieję, że nie zemdleję/nie palnę głupoty/nie umrę na miejscu. Trzymajcie kciuki i do zobaczenia! 

PS WAŻNE! Aby zobaczyć wszystkie komentarze (plus moje odpowiedzi) pod tym postem, kliknijcie na końcu strony w "Load more" :) 

287 komentarze:

«Oldest   ‹Older     Newer›   Newest»
«Oldest ‹Older     Newer› Newest»

If you can't see your comment or my answers click 'Load more' :) / Jeśli nie widzicie wszystkich komentarzy albo moich odpowiedzi, kliknijcie w 'Load more' :)

9/20/12

PLAYING ANNA







The drawing above was made by my Awesome Grandma since I'm not so confident to show you my 'works of art' (which don't have a slighest connection with art at all) and also I don't think a photo of me wrapped in blanket would bring you any aesthetic feeling. So yeah, I think a drawing is a good idea.

Zdecydowałam się dzisiaj na pokazanie Wam rysunku wykonanego przez moją Wspaniałą Babcię, bo a) na razie moje dzieła sztuki (które ze sztuką mają wspólnego tyle, co Phoebe Philo z barokowym przepychem) nie nadają się na publikację nawet w gazetce osiedlowej, b) zdjęcie dzisiaj też by się nie nadało, chyba że uznamy, że fotografia przedstawiająca Weronikę w wersji nomada z wielkim kocem na głowie zapewni Wam jakieś estetyczne doznania. Szczerze jednak w to powątpiewam.


Like I said, I'm sitting at home, wrapped in my blanket with a hot cup of tea and I'm shivering a little. I know it's quite pathetic to first write about the benefits of sport, healthy living and rave about how good I feel and then a week later, be taken ill. But this is me. In my primary school I loved being ill - it was the only sweet time when I could just sit in my bed, watch all fairytales and have an unlimited supply of tea and cookies all day long. But now...I seriously hate spending time in front of the TV, being chained to bed is not seriously my favourite way of spending free time and I don't have to be ill to have an unlimited supply cookies, because sometimes it seems I have it every day. So like you see I hate being sick. What can you do? When you've already slept even too much, your eyes are aching from reading and Carrie Bradshaw has written for the fiftieth time a question in her column you really start to get bored.

Tak jak napisałam, siedzę w domu, owinięta w wielki koc, z kubkiem gorącej herbaty i drżę sobie tak od czasu do czasu. Zdaję sobie sprawę, że to niezbyt mądrze najpierw pisać w zachwycie o sporcie, zdrowym trybie życia i zapewniać wszystkich dookoła jak wspaniale się czuję, aby potem, tydzień później kompletnie "się rozłożyć". Ale tak to już ze mną bywa. Jako, że prawie w każdym poście dzielę się z Wami moimi wspaniałymi i pasjonującymi historyjkami z dzieciństwa, dzisiaj też wypadałoby o tym wspomnieć. W szkole podstawowej uwielbiałam chorować, tydzień przeziębienia, grypy czy czegoś tam jeszcze, był jedynym słodkim czasem, kiedy mogłam siedzieć w łóżku cały dzień, cały dzień oglądać bajki i cały dzień spędzać na piciu herbaty i obżeraniu się ciastkami. Teraz jednak...nie lubię oglądać telewizji, bycie przywiązanym do łóżka nie plasuje się u mnie na pierwszym miejscu w rankingu ulubionych zajęć, a obżerać ciastkami to ja się mogę i bez choroby. I kiedy wyspałam się już za trzy dni w zapasie, oczy zaczęły mnie boleć od czytania, a Carrie Bradshaw w swoim felietonie postawiła już pięćdziesiąte z kolei pytanie, zaczynam się zastanawiać, co tu jeszcze można by zrobić.


So here it is, my list of things you can do when you get sick (just keep in mind I'm ill and I'm not sure if I don't have fever so I'm not really counsious about the things I'm writing here at the moment)

Oto więc lista zajęć, którym można się poddać spędzając upojny dzień w zamknięciu (Przy czytaniu proszę o uwzględnienie mojego marnego stanu, trudno powiedzieć, czy świadoma dziś jestem tego, co tu wypisuję)

BREAK NEW SHOES IN - I'm serious. If you can walk and you don't have to stay in bed all day, just put your new shoes on and break them in. It's better to do it now, at home then to suffer during the day out (I know what I'm saying, I've been through it many hurtful times)
Mówię poważnie. Jeśli jesteście w stanie wyjść z łóżka, nie zataczając się przy tym na wszystkie strony, to 24 godziny spędzone w domu można wykorzystać na to właśnie zajęcie. Lepiej to zrobić w zacisznych, domowych warunkach niż rzucać się od razu w nowych butach na ulicę. Wiem to z (bolesnego) doświadczenia!


DRESS UP - Again, if you don't have cold and you don't have to sit under your blanket (like I do), open your wardrobe and play around, nobody sees you so you can wear the weirdest things from your closet and test new things without being laughed at the first moment you walk out the door.
Jeśli stan zdrowia pozwala Wam wyjść spod koca (mnie nie) (słowo "koc" pojawiło się już tu po raz dziesiąty), to zawsze można pobawić się w Annę dello Russo i mieszać ze sobą najdziwniejsze ubrania ze swojej szafy, bo przecież nikt nie patrzy!


DIY - I never have time to do it so I guess being locked at home is makes the perfect moment to create something, like a bag or a necklace or a bracelet. Or studded shorts (nooooo).
Jestem fanką wszystkich stron opatrzonych tytułem DIY ("Zrób-to-sam"), ale tylko i wyłącznie fanką - lubię te wszystkie rzeczy oglądać i podziwiać, ale już samej nie chce mi się kiwnąć palcem. A są tam i torby, i naszyjniki, i bransoletki. I nawet ćwiekowane szorty (sic)


BE INFORMED - I'm so bad at keeping track of all the fashion shows during fashion weeks, I'm too lazy to watch all of them, read the reviews, comments, see the close-ups, analyse every single thing. It's a shame, I know! BUT! When you're ill you've got even too much free time so this is the moment when style.com becomes you're best friend.
Jestem beznadziejna w śledzeniu najnowszych kolekcji podczas miesiąca tygodni mody - lenistwo ogromne mnie ogarnia, kiedy dochodzi do oglądania każdej pojedynczej sylwetki, czytania każdej recenzji, komentarzy, analizowania ustawienia nóg modelek (?) - zawsze sobie myślę, że przecież się nie pali i będę miała jeszcze trochę czasu na zaznajomienie się ze wszystkim. A kiedy choroba przychodzi to tego czasu jest aż zanadto i nareszcie style.com staje się najlepszym przyjacielem i kompanem na następne kilka godzin.


OK, so how do you cope with the "illness boredom"? I'll be glad to hear it. See you in the next post, I'm off to  replensih my tea supply.

Ciekawa jestem, jak Wy radzicie sobie z "chorobową nudą". Do zobaczenia w następnym poście, idę uzupełnić herbaciane zapasy!



PS I've been featured in October issue of ELLE UK! My blog is on the 7th place (out of the 50!) in "the hot 50" ranking! See it HERE  / Brytyjskie ELLE zdobyte! ELLE UK (wydanie październikowe) umieściło mnie na liście 'HOT 50' nowych talentów. I to na siódmym miejscu! TUTAJ można zobaczyć skan gazety.

131 komentarze:

If you can't see your comment or my answers click 'Load more' :) / Jeśli nie widzicie wszystkich komentarzy albo moich odpowiedzi, kliknijcie w 'Load more' :)

9/7/12

TELL ME WHY




I did it. I bought Nike shoes. Yes, I know that the vision of me landing on the moon is seriously more probable than me wearing this type of shoes, I don't know what happened, I love them. Maybe it's because I'm such a pathetic fashion victim and I really couldn't choose any more pathetic and popular trend to become my 'discovery' this season or maybe because lately I transformed into the person I would kill with no doubt a few months ago - you know, this annoying type of person who cheerfully says sport is fun (?!) and wakes up a couple of minutes earlier to stretch her body (?!?!). This is what I became - a monster.

Zrobiłam to, kupiłam Nike'i. Wiem, że bardziej prawdopodobna jest wizja mnie lądującej na księżycu niż  noszącej takie buty, ale coś się w moim mózgu poprzestawiało, pomieszało i doprawdy jestem w nich zakochana. Zdaję sobie sprawę, że ten zakup tylko utwierdza wszystkich, że zasługuję na nagrodę Pierwszej Ofiary Mody, ale tak to zazwyczaj bywa, że na moje "wielkie odkrycia" sezonu wybieram akurat te najbardziej oklepane i popularne. Dochodzi do tego jednak też druga sprawa, a mianowicie poderzewam, że kupno butów był tylko "efektem ubocznym" mojej transformacji w osobę, którą zabiłabym z przyjemnością jeszcze kilką miesięcy temu -  tą, która z uśmiechem na ustach twierdzi, że sport to przyjemność (?!), a ustawiając budzik, w głowie zawsze ma dodatkowe piętnaście minut na rozgrzewkę (?!?!). Oto kim się stałam - istnym potworem.



My list of physical activies used to be pretty much the same all the time: running to catch the bus, stretching during rush hours in the tram and moving hangers in the second-hand stores. And I was really satisified with these. My school girlfriends were always with me and we all used to support each other during PE classes - the bench we would sit on, played a major part in our social lifes. But suddenly, I don't know why, more and more of them started exercising. Somebody signed up for gymnastics. Another person started dancing. The women I used to see in TV, they were all grinning and saying that the "dog asana" changed their life and the others, in the magazines, were ensuring me that there's no better way to deal with stress than run at 4.30 AM. Everybody exercised. Not only did they exercise, but they all seemed to enjoy it! Together with my few friends we were the last ones on the battlefield.

Przez większość życia lista moich aktywności fizycznych ograniczała się do podbiegania do autobusu, ćwiczeń rozciągających/siłowych praktykowanych w tramwaju szczególnie w godzinach szczytu oraz przekładania wieszaków w ciucholandach. To mi w zupełności wystarczało. Wśród koleżanek zawsze znajdowałam zrozumienie, a lekcje wf-u spędzane z trzydziestoma innymi dziewczynami na ławeczce sprawdzały się świetnie jako pomoc w zaciśnianiu relacji towarzyskich. W pewnym momencie jednak ławeczka, ku mojemu przerażaniu, zaczęła pustoszeć. Ktoś zapisał się na gimnastykę. Jeszcze kto inny tańczył. Wszystkie panie w telewizji twierdziły, że 'powitanie słońca' zmieniło ich życie, a inne w gazetach zapewniały, szczerząc zęby, że godzinny bieg o czwartej nad ranem to ich ulubiony sposób na walkę ze stresem. Coś mi tu nie pasowało. Każdy ćwiczył, a żeby nawet jeszcze tylko ćwiczył, każdy się z tego cieszył! Z ostatnimi wytrwałymi znajomymi, znalazłyśmy się same na polu walki.



I was really confused. Of course, I was confident of my inborn amazing and breathtaking flexibility but I decided to test it. Once, being stucked in a very weird and hurtful position, I collapsed on the floor, I kinda lost my confidence. And this is how I became a sport monster (well, it's a big exaggeration). And I'm telling you - it feel so good!  Being a sport monster is pretty convenient. The fairy tales about jumping endorphines are so true, you've got more energy, you concentrate easily and you don't have to lay down on the floor everytime you do vacuuming. I just want you to know I'm not a maniac (yet), I don't throw out from my fridge every single yoghurt that doesn't have a 'bio' label on it and I don't spend day and night in the gym, there would a looong way for me to go since my 'starting level' was not really even a 'level'.

W tym całym zamieszaniu, zdezorientowana, ale pewna jednocześnie swojej wrodzonej, nadzwyczajnej sprawności fizycznej, postanowiłam ją przetestować. Kiedy zapętlona runęłam na ziemię, już wiedziałam, że nie tędy droga. I wtedy właśnie zmieniłam się w sportowego (jeszcze pseudo) potwora. Prawić morałów tu nie zamierzam, bo i trudno, żeby morały prawiła siedemnastolatka, ale szczerze mówiąc, bycie takim potworem okazuje się bardzo wygodne i przyjemne. Bo tu i endorfiny, i więcej energii, zwiększona koncentracja, a i jeszcze podczas odkurzania nie pada się na ziemię co dwie minuty, łapiąc się za plecy. Moja "sportowość" nie jest jeszcze niczym maniakalnym (a do wszelkich maniactw, jak wiecie, mam słabość), nie wyrzucam z lodówki wszystkich jogurtów nieopatrzonych zieloną naklejką 'bio', ani nie spędzam całych upojnych dni i nocy na siłowni - do tego byłaby bardzo długa droga, bo wystartowałam przecież z poziomu poniżej jakiegokolwiek możliwego.



And you know what I think? We finally have a trend that can easily transform into a healthy lifestyle. Afters years and years of promoting anorexia or obesity, BEING IN SHAPE is finally in. It's all about treating your body as an individual, embracing and working on what you have and treating it with respect, because it deserves it, well you deserve it.  'A healthy mind in a healthy body' ? That's SO TRUE. 

I tak sobie myślę, że wreszcie w modzie mamy trend, który (zastosowany w rozsądnych ilościach) może z powodzeniem stać się stylem życia. A, że moda uwielbia popadać ze skrajności w skrajność, cieszmy się, że nareszcie (być może pozornie) zachowuje równowagę. Po promowaniu na zmianę anoreksji lub otyłości, w cenie jest ciało traktowane indywidualnie, niekoniecznie "zrobione" na modłę wychudzonej modelki, ale takie, z którym obchodzi się z należytym szacunkiem. Bo w końcu ktoś powiedział "W zdrowym ciele, zdrowy duch"... i chyba miał rację :)


PS Zabieram się już za odpowiadanie na komentarze pod poprzednim postem :) Dajcie mi czas do wieczora!

199 komentarze:

If you can't see your comment or my answers click 'Load more' :) / Jeśli nie widzicie wszystkich komentarzy albo moich odpowiedzi, kliknijcie w 'Load more' :)

9/2/12

ZILLION DAYS OF SUMMER

It's such a cliche to say it but I honestly can't believe summer holidays are over. A lot of things happened during these two months - not only did I experience Roman holidays but I also learned how to do laundry (yep, I'm a pro!), how to take out the cash from the cashmachine, I got some amazing offers connected with my blog, I even bought Nike shoes (yes, I'm not kidding). A LOT of unexpected things happened. So now I'm just keeping my fingers crossed and I'm hoping things won't slow down in a couple of months.

I guess it's time to tell you guys about some changes here, on my blog. As you know (or you don't) during the school year blog is not the most important thing in my life. It plays a major role but my school responsibilities go first. I've been thinking about this and I came to the conclusion that I wouldn't be able to post regurarly and at the same time write a lot in each post. I'm not saying I'm going to stop writing, no way, I definitely love it too much. I'm just warning you ( ;D ) that there may appear some posts just with photos once for a while, sometimes there will be a short text, sometimes there will be a loooong text, sometimes it will be a photo of me, sometimes of somebody else. I guess I just need a little bit more freedom here, I feel as if I was stucked in one form of creating posts. 


Chyba nie ma bardziej utartego i popularniejszego stwierdzenia niż 'Nie mogę uwierzyć, że skończyły się wakacje'. Ale to święta prawda. Za nic nie mogę w to uwierzyć. Tak dużo wydarzyło się przez te dwa miesiące, nie tylko mogłam doświadczyć prawdziwych rzymskich wakacji, ale także nauczyłam się robić pranie (to niezwykły wyczyn,prawdziwy ze mnie mistrz), wyciągać pieniądze z bankomatu, dostałam różne wspaniałe propozycje dotyczące bloga, kupiłam nawet Nike'i (tak, wcale nie żartuję). Zdarzyło się DUŻO, a przeważnie były to rzeczy zupełnie niespodziewane i zaskakujące. Teraz tylko mam nadzieję, że sprawy będą się kręcić na takich samych obrotach przez kolejne kilka miesięcy.

Nadszedł też czas, abym podzieliła się z Wami wiadomościami dotyczącymi przyszłości (miejmy nadzieję, wspaniałej, oszałamiającej, zapierającej dech w piersiach) bloga. Pewnie wiecie (lub nie), że w ciągu roku szkolnego, blog nie jest dla mnie priorytetem. Oczywiście jest niesamowicie ważny, prawie najważniejszy, ale na pierwszym miejscu stoi jednak szkoła. Tak sobie o tym właśnie myślałam i stwierdziłam, że nie byłabym w stanie bywać tu regularnie i jednocześnie pisać takiej długości teksty w każdym poście. Nie, nie, nie zamierzam przestać się tu produkować, to się nigdy nie stanie ;) Chcę jedynie ostrzec (!), że posty raz będą zawierały więcej tekstu, raz mniej, a czasami (miejmy nadzieję, że to się nie stanie) - żaden. Pojawiać się tu będą i sesje jak dotychczas, ale także pojedyncze zdjęcia, będę to przeważnie ja, ale kto wie, może będą się też tutaj pojawiać ludzie fotografowani przeze mnie? Daję tu sobie po prostu trochę więcej luzu, bo w pewnym momencie zorientowałam się, że "uwięziłam" się w jednym schemacie pisania postów. Zobaczymy więc, jak to się wszystko będzie układało na przestrzeni miesięcy.


Today I'm showing you my personal moodboard or I'd rather call it 'mood-wall' - it has appeared here on my blog in some posts and a lot of you've asked about it. Well, it keeps changing all the time - I stick there whatever 'I like' at the moment so there are scraps from the magazines as well as postcards, important letters, my 'to-do' lists, notes about meetings, old cinema tickets, you know, there's actually everything. I also have another moodboard inside my closet, which you probably have seen too but this one is definitely more current and it keeps growing (I would love to have the whole wall like this).

Dzisiaj natomiast chciałam Wam pokazać moją (kolejne słowo, którego wprost nie cierpię, zaraz po 'trendy') tablicę inspiracji (fe). W sumie jest to raczej ściana, a nie tablica. Pojawiała się tutaj już kilka razy i wiele z Was prosiło mnie, żebym ją kiedyś pokazała trochę bliżej. Oto ona, w całej okazałości - przyklejam tu dosłownie wszystko, wycinki z gazet, pocztówki, stare bilety do kina, listy z rzeczami do zrobienia, ważne listy, przypomnienia o spotkaniach, wszystko, wszystko, wszystko. Jest oczywiście też druga "tablica inspiracji', tyle że schowana w szafie, ta tutaj jednak 'aktualizowana' jest reguralniej i ciągle się powiększa (marzy mi się cała taka ściana!). Żegnam się więc i kończę te wszystkie ogłoszenia, życzę wszystkim uczniom cudownego (dzisiaj trzymają się mnie żarty) powrotu do szkoły, a studentów szczerze nienawidzę!

166 komentarze:

If you can't see your comment or my answers click 'Load more' :) / Jeśli nie widzicie wszystkich komentarzy albo moich odpowiedzi, kliknijcie w 'Load more' :)