6/30/13

HIGH HOPES


(ph. My Mum / wearing flower crown and blouse from Topshop Festival Collection , skirt from Topshop, vintage blazer, second-hand shirt underneath)


 I have no idea how to start today's post because I feel that the beginning of summer holidays requires a proper and a very special welcome here, but at the same time I know that  words are not sufficient to do this. You have to understand, there was nothing on this whole planet that I wanted more than the end of my damn school. And yep, I spent years being  that girl that would run to school with a wide smile on her face,  enjoy classes, do extra homework and have mixed feeling towards anybody that would not be the same. But this year, Polish educational system officially lost one of its supporters and probably will never have me back. Anyways,  it's finally summer and this means organizing time on your own. I've got so many ideas for these holidays that I'm not sure whether two months are enough to turn them into reality.

Miałam spore trudności z rozpoczęciem dzisiejszego postu, bo wiem, że  powitanie wakacji wymaga specjalnej oprawy i wzniosłej atmosfery, a jednocześnie jestem świadoma tego, że słowa nie będą w stanie tego wszystkiego oddać. Musicie wiedzieć, że mniej więcej od końcówki grudnia nie było rzeczy, której pragnęłabym bardziej niż zakończenie roku szkolnego (dosyć przyziemne pragnienia mam, przyznaję). Odkąd skończyłam siedem lat, byłam jedną z tych dziewczynek, które z uśmiechem na ustach gnały do szkoły, cieszyły się z zajęć, zgłaszały do dodatkowych projektów i z lekką obawą podchodziły do dzieci, które nie robiły tego samego. W tym roku jednak polski system edukacji oficjalnie stracił jedną ze swoich zwolenniczek i nie wydaje mi się, żeby ją odzyskał. Wakacje, dzięki Bogu, jednak się rozpoczęły, a to oznacza bycie Panią swojego czasu i organizowanie go po swojemu.

I wanted to do something out of my comfort zone in the first days of July and go on the biggest Polish festival Open'er (crazy, crazy, crazy till we see the sun, as you can see). Lots of people, squeezing in the crowd, noise and chaos - definitely not my favourites , but there are some things in your life that you just have to try. Last year, my biggest love on the music scene, the XX , were playing and I still want to kill myself for not being there. I remember, I called W. And terrorized him to put his phone up so that I could hear the concert live. So yep, you can say I half was there. Anyways, having high hopes for July 2013, I sadly have to say, I won't experience the festival spirit neither this year. There are too many things going on this summer and too much planning and even though I'm a master of organizing trips (I mean it. I guess it's the only hidden - not anymore - talent that I've got.), I would probably fail this time. I'm extremely excited for the next two months and I just can't wait to bring you guys on a journey with me. I have a feeling that summer 2013 is going to be the best time I've ever heard. Take care, guys!
W tym roku na sam początek wakacji chciałam zrobić coś, czego bałam się od dawna - pojechać na Open'era (szaleństwo pełną parą). Tłumy ludzi, brak przestrzeni wokół siebie, chaos i krzyki - przyznać muszę, że nie jest to moje wymarzone otoczenie, ale są takie rzeczy w życiu, które trzeba przeżyć na własnej skórze. W tamtym roku na scenie grał wielbiony przeze mnie zespół the XX i do dzisiaj nie mogę przeboleć, że nie wzięłam się w garść, nie zaoszczędziłam na bilet i nie pobiegłam tam jak najszybciej. Pamiętam, siedziałam w nocy w pokoju, wyglądałam trochę jak obłąkana i słuchałam przez komórkę prawie całego koncertu po wcześniejszym sterroryzowaniu W., żeby podniósł swój telefon nad tłum tak, żebym mogła wszystko usłyszeć. Można więc powiedzieć, że byłam tam. Połowicznie. W każdym razie byłam pełna nadziei wobec lipca 2013, ale ze smutkiem muszę powiedzieć, że i w tym roku festiwalowej atmosfery nie doświadczę. Chociaż jestem samozwańczym mistrzem planowania wyjazdów, to uznałam, że tego planowania na kolejne tygodnie już trochę za dużo i Open'era sobie podaruję. Cieszę się niesamowicie na nachodzące dwa miesiące i nie mogę się doczekać, aż zabiorę Was w przeróżne miejsca. Planuję też coś kompletnie nowego i mam nadzieję, że nie otrzyma to nagrody największej porażki mojego bloga i będę Was prosiła o wyrozumiałość i inne takie (ale o tym już niedługo). Trzymajcie się ciepło i do zobaczenia!

257 komentarze:

«Oldest   ‹Older     Newer›   Newest»
«Oldest ‹Older     Newer› Newest»

If you can't see your comment or my answers click 'Load more' :) / Jeśli nie widzicie wszystkich komentarzy albo moich odpowiedzi, kliknijcie w 'Load more' :)

6/19/13

FLAT MONTHS



(ph. Basia Zielińska / wearing JollyChic dress, shoes I bought in Sicily in a random shop)


I've always thought that if I were to bulid up my shoe collection I would buy more and more crazy/elegant/beautiful high heels, summer wedges, cute high heel sandals (Carrie Bradshaw reference if you haven't noticed). And look at me now - siting here in a cafe wearing my newest pair of flats after only day of wearing the wedges I'm showing you today. I spent the whole winter (that lasted ages this year in Poland) not even bothering to think about high heel shoes, living in a total comfort zone with no falls, no broken heels, no annoying sounds that stilletos make. Pure heaven, I'm telling you. But since the winter is gone and there should be no snow or slippery surfaces, I thought wearing my favourite wedges for the first time in eight or nine months couldn't be a better idea. And guess what, I couldn't be more wrong about that.

Zawsze myślałam, że jeśli będę już budować moją kolekcję butów, to będzie ona się składać w głównej mierze z ciekawych/pięknych/eleganckich obcasów, letnich koturnów i sandałów na podwyższeniu (patrz - garderoba Carrie Bradshaw). Siedzę jednak teraz w kawiarni, a na nogach mam nie piękne obcasy, ale nową parę płaszczków (wybaczcie za to niezbyt dystyngowanie brzmiące i dopiero co stworzone przeze mnie słowo, ale żmudne i nudne będzie powtarzanie „buty na płaskiej podeszwie” za każdym razem, kiedy o płaszczakach mowa). Całą zimę (a zima, jak wszyscy wiemy, trwała w tym roku trochę więcej niż przyzwoitość pozwala) spędziłam stroniąc od jakichkolwiek obcasów, żyłam sobie komfortowo, bez poślizgnięć, bez upadków, bez irytującego dźwięku stukających obcasów. Ale jako, że zima już dawno odeszła i nie ma ani śniegu, ani śliskich powierzchni, pomyślałam sobie, że nie ma bardziej odpowiedniego sposobu na powitanie lata, niż włożenie zapomnianych, ukochanych koturnów. I oczywiście, bardziej mylić się nie mogłam.
 
 


 I can't walk in them anymore. I literally feel the pair running right in my calf everytime I move my leg and after a fifteen-minute walk I can see how the wedges are transforming into two balls with a chain. Despite the fact, I love how high heels look, I prefer to admire them when they're nice and shiny in a shop rather than on mu feet and yes, I'd never thought I say it, but I'm team flats all the way. You know, it's quite nice to be able to run to catch the bus or walk a little bit faster from time to time and when I'm wearing high heels, I'm telling you, it does not happen. I know that's quite a random side note, but if I were to choose an animal that I wanted to be, I would choose a doe (or a lion but I'm not that agressive). It's free, fast, it runs a lot and has big eyes. Can you imagine a doe running so fast in high heels (of course if it wore any shoes at all)? Exactly. It would so doing it in flats though.

Straciłam moją zdolność. Straciłam zdolność chodzenia w koturnach. Czuję przeszywający ból w łydce, który jest silniejszy i silniejszy z każdym krokiem, a po piętnastu minutach spaceru widzę jak koturny zamieniają się w dwie kule z łańcuchem. Widok obcasów uwielbiam i bardzo mi się podoba, ale ostatnio doszłam do wniosku, że bardziej niż na mojej nodze, podoba mi się w witrynie w sklepie. I trudno mi to powiedzieć, bo myślałam, że moja ścieżka życiowa podąży w innym kierunku, ale tak, należę już do wielbicieli płaszczków. Dlaczego? Bo to całkiem miłe, kiedy mogę dobiec i wsiąść w ostatniej chwili do autobusu i to całkiem przyjemne, gdy mogę przejść dystans dłuższy niż trzy metry, a kiedy noszę obcasy, zapewniam Was - tak się nie dzieje. Wiem, że to dość specyficzne wtrącenie, ale gdybym miała być zwierzęciem, to chciałabym być sarną (albo ewentualnie lwem, chociaż żaden ze agresor). Wolna, szybka, ciągle biega i ma duże oczy. Trudno sobie wyobrazić sarnę, któraby miała biegać tak szybko w obcasach (gdyby oczywiście sarna nosiła jakiekolwiek obuwie). W płaszczkach natomiast nie miałaby żadnego problemu.


Having said that, taking a doe as my role model for this summer, I don't think I'd be wearing a lot of high heels in the next few months. What about you? Are you team flats or high heels? Have a lovely week!

Powiedziawszy to, ustanawiam sarnę moim wzorem postępowania na te wakacje i czuję, że obcasów to ja się w przeciągu kilku miesięcy dużo nie nanoszę. Ciekawa jestem jak jest z Wami (moja Mama, na przykład, żadnego bólu nie czuje i reprezentuje zwolenniczki każdego typu obcasów, co ja uważam za oczywiście, niewyobrażalne). Miłego tygodnia!


197 komentarze:

If you can't see your comment or my answers click 'Load more' :) / Jeśli nie widzicie wszystkich komentarzy albo moich odpowiedzi, kliknijcie w 'Load more' :)

6/15/13

IN WARSAW FOR LOUIS VUITTON

(ph. Karolina Kamińska and I / wearing JollyChic dress, Promod shoes)

Before I start my usual rambling, let me just clarify one thing - I was not, I am not and I'll never be a party animal. So everything you're about to read in a few second, was written by a socially awkard person that runs away for every single camera and thinks she's going to die when there are too many people in the same room. Once I stated that, I can keep carrying on. So if you follow me on any sort of social media sites, you probably know that I had a great pleasure to be invited to the opening of the first Louis Vuitton store in Poland. I have to say, I don't really take part in such things much often. I guess the lat time I partecipated in a 'big event' was two or three years ago. I was so dissapointed by people and so lost in that sort of society that I kept on rejecting every single invitation that I would get throughout those few years. This time I said yes though, because a) I appreciated being invitated there, b) I really like Louis Vuitton - I've always liked their campaigns, some bags and pret-a-porter collections (remember white princesses riding on a carrousel? That is so freaking me), c) I knew that I would have a story to tell you and you know how I love telling stories to you, guys.


Zanim zacznę spisywanie moich jak zwykle głębokich przemyśleń, chciałam na wstępie tylko powiedzieć, że lwicą salonową to ja nie byłam, nie jestem i zapewne nigdy nie będę. Miejcie więc na uwadze, że wszystko, co za chwilę przeczytacie, zostało napisane z perspektywy osoby, która ucieka przed każdym aparatem i która myśli, że koniec jej życia właśnie się zbliża, kiedy w jednym pomieszczeniu zbierze się za dużo ludzi. Wszystkie więc bankiety, nie bankiety, otwarcia, premiery i nie wiem co jeszcze, zamiast mnie kusić, raczej mnie odpychają. Ostatni raz kiedy przyjechałam do Warszawy, żeby uczestniczyć w „wielkim wydarzeniu” (przynajmniej tak je określali organizatorzy przedsięwzięcia) był jakieś dwa albo trzy lata temu. Wyszłam stamtąd tak rozczarowana i tak zagubiona, że od tych kilku lat z uporem osła odrzucałam wszystkie zaproszenia, które miałam okazję dostawać. Moment przełomowy nastąpił kilkanaście dni temu, kiedy przyjęłam zaproszenie na otwarcie pierwszego sklepu Louis Vuitton. A przyjęłam je, bo a) było mi naprawdę przemiło je dostać (świetny powód tak na sam początek), b) samą markę bardzo, ale to bardzo lubię - ich kampanie reklamowe są przepiękne, większość toreb (aczkolwiek zdecydowanie nie wszystkie) też, nie wspominając już o kolekcjach pret-a-porter (białe księżniczki jeżdżące na karuzeli? chyba nikt nie ma wątpliwości, że to sceneria mojego wyimaginowanego życia), c) zawsze to kolejna historia do opowiedzenia, a jak zapewne wiecie, opowiadać Wam historie, to ja lubię bardzo.





Together with Karolina, we arrived in Warsaw in the afternoon, so we went to out hotel and started to get ready for the evening. (May I just say I had the most comfortable bed I've ever been in? I loved it to such an extend, that I didn't want to fall aspleep at night, cause I knew that in the morning I would have to leave this little rectangular paradise). The photos from the hotel room were taken in the morning, cause we didn't have much time and the lightening sucked a little, so during the event I had a black bow in the my hair but I forgot to pin it in the morning.

Razem z Karoliną przyjechałyśmy do Warszawy późnym popołudniem, więc szybko pobiegłyśmy do hotelu i zaczęłyśmy iście królewskie przygotowania. Naprawdę tylko tej karuzeli, o której pisałam przed chwilą, tam brakowało, bo czułam się zupełnie jak księżniczka i skakałam na łóżku przez dobre piętnaście minut; łóżku, które było tak miękkie, że prawie polały się na nie łzy rzęsiste, kiedy rano musiałam je opuścić. Zdjęcia w pokoju robiłyśmy następnego dnia i zapomniałam wpiąć we włosy czarną wstążkę, którą miałam poprzedniego wieczoru.



Outside the store we passed a little army of photographers that were making a circle around somebody, whose face I didn't see. Apparently, somebody was giving some faces of his lifetime. I got in and I was welcomed by the loveliest person in this industry I've ever met - Magda. And then I saw something that quite ridiculous and very scary for me - the place where celebrities are asked to stand and smile and one billion photographers are taking pictures of every single milimiter of their body. Don't worry guys, I said no. I said no because I'm not a celebrity. I said no because if I do something, I always need to see the reason why I do it and I couldn't find any reason why I would stand there. I said no, well, because I'm scared of those photographers. And yes, it is possible to say no in such situations, nobody's dragging you out there.
 
 
Zbliżając się na miejsce, minęłyśmy po drodze rój fotografów, którzy okrążyli przed wejściem kogoś, kogo twarzy nie zobaczyłam. Zapewne właśnie tworzył pozy swojego życia. Weszłam do środka i od razu powitała mnie najbardziej sympatyczna osoba w tej branży - Magda. Wtedy też zobaczyłam coś, co gdybym miewała koszmary, zapewne pojawiałoby się w nich w miarę często. Coś, co mnie śmieszy i przeraża równocześnie - złowieszcza ścianka. Spokojnie, nie zgodziłam się na zdjęcie. Powiedziałam nie, bo nie jestem celebrytką, a zdjęciami lubię się dzielić tylko z Wami. Powiedziałam nie, bo jeśli coś robię, to muszę w tym widzieć choć troszkę sensu, a tutaj sensu nie zobaczyłam. No i powiedziałam nie, bo po prostu boję się tych fotografów. Wyglądają, jakby chcieli każdego tam zjeść. I tak jeszcze tylko powiem, że da się powiedzieć nie”, nikt mnie nie owinął łańcuchem i nie zaciągnął przed obiektyw. Przypadkowych” zdjęć ze ścianki więc, według mnie, nie ma. Jeśli ktoś ma tam zdjęcie, to chciał mieć tam zdjęcie. I oceniać tu nie mam zamiaru, czy to dobrze czy źle, bo każdy czuje się dobrze w innych warunkach. Ja akurat w takich czułabym się najgorzej.
 
 
The store itself was AMAZING - it has two floors and is very spacious. Well, it wasn't spacious during the event but I imagine without all this people it would definitely be like this. There were some beautiful baggages, bags and shoes and honestly, I'd be very happy to lock myself there just to sit and look at everything.
Sklep jednak zrobił na mnie bardzo duże wrażenie - dwa piętra i dużo przestrzeni (gdyby odjąć wszystkich ludzi). Pełno pięknych toreb, walizek, butów; mogłabym się tam zamknąć i po prostu to wszystko obserwować. Tak przez kilka dni.


I guess I came back four of five times to see this bag again and again. The lady (she was extremely kind) who was working there, laughed at me because I was probably looking a little bit mental. I don't know what was going on with me, but I just couldn't help staring at this bag. It's lovely. And it's so mine in my imaginated world.
Wracałam z cztery albo pięć razy, żeby zobaczyć tę torbę raz jeszcze. Pani, która tam pracowała (przemiła dziewczyna), śmiała się ze mnie, kiedy powracałam ze spojrzeniem maniaka. Nie wiem, co się ze mną stało, ale torba ta mnie opętała. Jest piękna. I jest moja. W wyimaginowanym świecie.

Thank you Louis Vuitton for an invitation, maybe I'm not a party animal, but I do apprecciate beautiful things. And surely, there plenty of them in this store. See you very soon!

Jeszcze raz bardzo dziękuję za zaproszenie, „party animal” ze mnie żadne, ale doceniam piękne rzeczy. A w tym sklepie było ich mnóstwo. Do zobaczenia i miłego weekendu!

166 komentarze:

If you can't see your comment or my answers click 'Load more' :) / Jeśli nie widzicie wszystkich komentarzy albo moich odpowiedzi, kliknijcie w 'Load more' :)

6/9/13

SUMMER EXPOSURE


(ph. My Mum / wearing AmericanApparel dress)
I should probably greet you all guys with 'Aloha' and a photo of me holding a cocktail with a little tacky straw hat because this pictures pretty much how I feel now. It's JUNE. The Sun is shining. I'm almost done with school. And everything just cheers me up. It's also very warm outside and this means showing more skin than usual is quite unavoidable. Now, this led me to another weird observation about myself. Even though summer is something I look forward the most, it takes me quite a lot of time to adjust myself this season, clothes-wise. Subconsciously I divide my body into two sections - from waist down and from waist up. And there wouldn't be anything weird about  that if I didn't have totally different approach to each of the sections, when it comes to exposure.
Tam sobie myślę, że do dzisiejszego powitania pasowałoby krótkie „Aloha” i moje zdjęcie, gdzie jestem cała  rozpromieniona i trzymam w ręku koktajl z tandetną parasolka, bo tak błogo się ostatnimi czasy (od wczoraj) czuję. CZERWIEC. Świeci słońce. Szkoła, która najwyraźniej miała podstępny plan dokonania aktu mordu na mojej osobie, powoli się kończy. Nie mam żadnego powodu, żeby się smucić. Jest też bardzo ciepło na zewnątrz, a to oznacza nieuniknione pokazywanie ciała. Mimo, że czekam na lato bardziej niż na cokolwiek innego, za każdym razem, najwięcej czasu zajmuje mi przystosowanie się do tej pory roku pod względem ubrań. Zorientowałam się, że przez kilka dobrych lat, dzieliłam swoje ciało na dwie części - od pasa w górę i od pasa w dół. I nie byłoby to bardzo dziwne, bo taki podział zbytnio wymyślnym nie jest, gdyby nie to, że moje podejście do góry i dołu pod względem negliżu, ma się tak jak pies Reksio do Hanki z 'Rumcajsa' albo jak piernik do wiatraka.


If I had to come up with an outfit that is the most in my comfort zone, I would probably pick micro shorts for my 'from waist down' section and an armour as my blouse. I don't know why but any sort of fabric touching the major part of my legs makes me so uncomfortable that I find it so hard to even walk. So whenever I praise my personal motto 'the shorter, the better' it's not because I'm a secret exhibitionist and I want to show off my legs, cause seriously, they are the last things in body that I can boast about, but it's because my 'from waist down' section has origins from some kind of jungle and it needs freedom and air.
Gdybym miała szybko wymyślić strój, w którym czułabym się najpewniej i najbezpieczniej, zapewne wybrałabym mikro szorty i zbroję jako moją bluzkę. Nie wiem dlaczego, ale każdy materiał, przykrywający moje nogi bardziej niż przed kolana sprawia, że czuję się niekomfortowo i nie jestem w stanie swobodnie chodzić. Za każdym razem więc, kiedy zdaję się tu wyznawać zasadę „im krócej, tym lepiej”, to nie dlatego, że chcę się czymś podpisywać (bo co jak co, ale już bardziej mogłabym się popisać swoim uchem niż nogami), ale dlatego, że moja część „nożna” ma jakieś dziwne powiązania z wolnością i dostępem do powietrza.

And then comes 'from waist up' section. I love fitted blouses and nice fitted dresses but I just can't help it that the thing I feel the most comfortable in is the baggiest sweater you can find on this planet. So every summer, it takes me so long to convince myself that showing a half of my shoulder is not going to scandalize the whole population. Today's dress is totally out of my comfort zone but since I'm on my personal therapy that I created for myself, which involves saying Yes to more things than locking myself at home in pyjamas and laptop on my bed, I think it's quite a good start. Have a lovely week everyone and tell me what's your approach to 'summer exposure' :)
Sekcja „od pasa w górę” natomiast, to zupełnie inna bajka. Bardzo podobają mi się dopasowane bluzki i sukienki, ale nic już nie poradzę, że najwygodniej czuję się w obszernym swetrze. Każdego lata więc spędzam kilka tygodni na przekonywaniu siebie, że odsłonięcie połowy mojego ramienia nie będzie siało zgorszenia wśród całej populacji. Dzisiejsza sukienka jest zdecydowanie poza moją „strefą komfortu”, ale jako, że jestem właśnie w trakcie terapii stworzonej dla siebie przez siebie, która skupia się przede wszystkim na mówieniu „TAK” czemuś więcej niż zamknięciu się w domu, w piżamie i laptopem na łóżku, myślę, że taki strój to całkiem niezły start. Miłego tygodnia i życzę Wam dużo słońca!



187 komentarze:

If you can't see your comment or my answers click 'Load more' :) / Jeśli nie widzicie wszystkich komentarzy albo moich odpowiedzi, kliknijcie w 'Load more' :)