4/27/13

WORDS OF WISDOM

(ph.Paula Pietruszka / wearing Reserved blouse and necklace, Max Rave skirt, House bag, SIX bracelet)


To be honest, I've never ever considered a table in a cafe as something more than a table. Until yesterday, when  I realized that when you grab two girls, who are even worse, best friends, you place them at the opposite sides of the table and you give them at least an hour, you are gurunteed that the table will suddenly be full of hidden meanings, metaphores and symboles. It will represent a psychologist's office, a travel agent's one, a motivation coach's one, it will be counsellor's office, a dietetician and beautitian's room at the same time. If you're a girl (if you're not, I'm sorry) you probably know what I'm talking about. It always makes me laugh how suddenly during the meeting with out best friends we become experts in absolutely every part of life and we're ready to give advice about anything to our friend in need. And then, when the two sides of the table manage to solve their problems, it's always time for a  'Little Philosopher's Club'. Here's probably the deepest part of every meeting, it's so deep that you could surely dig and reach the oldest parts of Krakow's Market Square. The amount of words of wisdom is tremedous and you come up with conclusions that you would never ever come up on your own (well, sometimes it's a good thing and sometimes not really). One of the one zillion conclusions from yesterday's meeting with P. was to actually change our point of view and look at the city we live in from a 'tourist' perspective.


Szczerze mówiąc, nigdy nie sądziłam, że stolik w kawiarni może być czymś innym niż tylko stolikiem w kawiarni. Aż do wczoraj, gdy zorientowałam się, że w momencie, w którym weźmie się dwie dziewczyny, a co gorsze przyjaciółki, posadzi się je po przeciwnych stronach tego stolika i da się im przynajmniej godzinę, to można być pewnym, że przedmiot będzie symbolem wszystkiego tylko nie rzeczy, na której kładzie się filiżanki z kawą. Będzie reprezentował gabinet psychoterapeuty, personalnego trenera motywacji, doradcy zawodowego, będzie biurem podróży, gabinetem dietetyka i kosmetyczki w jednym. Za każdym razem rozśmiesza mnie, jak podczas spotkania z przyjaciółką, nagle każda z nas staje się ekspertem w absolutnie każdej dziedzinie życia i jest gotowa udzielić porady na każdy temat drugiej stronie w potrzebie. Następnie, kiedy dwie strony rozwiążą już trapiące je problemy, zawsze nadchodzi część pod tytułem "Klub Małego Filozofa". To moja ulubiona część, najgłębsza ze wszystkich. Jest tak głęboka, że gdyby wziąć łopatę, to spokojnie można by było się dokopać do najstarszych części Rynku w Krakowie. Złotymi myślami sypie się jak z rękawa i dochodzi się do takich wniosków, do których by się nigdy nie doszło samemu (przy tym akurat trudno stwierdzić, czy to na dobre każdej z nas wychodzi). Jednym z tych wniosków właśnie, do których doszłyśmy wczoraj z P. było spojrzenie na miejsce, w którym mieszkamy z nowej perspektywy, z perspektywy turysty.




I always wondered how on Earth can people in New York, Rome, Paris or Tokyo (or any city) be so indifferent when they pass all the marvellous buildings every single day. They live in such beautiful cities and they just don't appreciate it. I'd kill myself (well not really) to be in their shoes. But then I realized, I do exactly the same. Come on, I live in Krakow, one of the most beautiful places in Europe, with incredibile architecture and vibe, a city that is visited by thousands and thousands of people and I bet some of them think exactly the same thing as I do when it comes to people from Rome or Paris. For me, Krakow is so normal and average. And I just got used to things that take other people's breath away.  Take castel Wawel, for instance. One of the greatest things to see, huge castle situated in the strict center of Krakow, people come to visit it from all the parts of the world. And I pass it every single day on my way. So yesterday after our "Little Philosohper's Club" I decided to take a different approach on average things because if you do it, they are no longer average.

Zawsze z lekkim oburzeniem myślałam o mieszkańcach Nowego Jorku, Rzymu czy Paryża, którzy każdego dnia tak obojętnie mijają te wszystkie niesamowite budowle i ulice. Mieszkają w takich miastach i tego nie doceniają. Wczoraj jednak, uświadomiłam sobie, że ja robię dokładnie tak samo. Mieszkam przecież w Krakowie, w jednym z najpiękniejszych miast w Europie, słynnego ze swojej architektury i niepowtarzalnej atmosfery, mieszkam w mieście, do którego spływają setki tysięcy ludzi, żeby zobaczyć to, co ja uważam za zwyczajne. Wawel, dajmy na to. Jeden z najbardziej znanych zabytków w Polsce, wielki zamek w samym sercu miasta. Turyści nie mogą przestać się nim zachwycać. A ja mijam go codziennie w drodze do szkoły i jest dla mnie tak normalny jak pierwszy lepszy kiosk czy piekarnia (i w tym momencie gratuluję sobie porównywania piekarni do jednego z najważniejszych miejsc w naszym kraju). I właśnie wczoraj, po sesji "Klubu Małego Filozofa" dotarło do mnie, że warto spojrzeć na rzeczy zwyczajne z innej strony, bo wtedy zwyczajne już nie będą.


I guess if you live in a city and you're bored and want to travel, try sightseeing in your city first. It's ridiculous how differently you look at the same things if you just change your point of view.   Now that is finally warm outside (of course the topic of weather finally showed up!) it's so much easier to get yourself together and move. Since we our such a lovely community, I challenge you guys to get up from your chair (not now) and do an experiment for one day only. For one day only try looking at the place you live in from a different perspective and notice things you never notice on your regular basis. And let me know how it went. See you in the next post! :)

Jeśli mieszkacie w mieście i chcecie podróżować, spróbujcie najpierw zwiedzić swoje miejsce. Niesamowite, jak wiele tych samych rzeczy zaczyna się widzieć w innych barwach, jeśli tylko zmieni się punkt widzenia. Jako, że nareszcie na zewnątrz jest ciepło (i pojawił się temat pogody!), łatwiej jest wziąć się w garść i ruszyć z miejsca. I skoro jesteśmy wszyscy tak zgranym blogowym społeczeństwem, proponuję Wam wyzwanie. Wstańcie z krzesła (nie teraz) i na tylko na jeden dzień popatrzcie na miejsce, w którym mieszkacie z perspektywy turysty. Może zobaczycie pięć milionów rzeczy, których nie dostrzegaliście każdego innego dnia. Możecie też niczego nie dostrzec i okaże się, że Klub Małego Filozofa jednak nie funkcjonuje, jak należy. W każdym razie, dajcie mi znać. Miłego tygodnia! :)


212 komentarze:

«Oldest   ‹Older     Newer›   Newest»
«Oldest ‹Older     Newer› Newest»

If you can't see your comment or my answers click 'Load more' :) / Jeśli nie widzicie wszystkich komentarzy albo moich odpowiedzi, kliknijcie w 'Load more' :)

4/11/13

MAKE UP, PINK MOUSE AND PUPPIES

I suppose you haven't guessed yet (looking at the pictures and the title) what this post is going to be about. Surprise, surprise - beauty products. Since lately I've been getting quite a lot of requests to show you my current makeup favourites and a few days ago I bought this cute mouse-alike makeup bag (honestly speaking, there are times when I just can't bear the cuteness of it anymore - I mean, carrying it in my bag it's like carrying a bunch of puppies with big brown loving eyes - the type of puppies you see on mugs or notebooks, sweet to an absolute death), I decided to write a little bit about things I use, things I like, things I can recommend without a doubt. I'm very lucky because I have a chance to use and try out many products but at the end of the day, when I empty all of the 'luxurious' stuff and have to buy something on my own, I always look for a cheaper alternative in a drugstore. I guess, before you spend a lot of money on a beauty product, it's good to check whether you can't have pretty much the same and pay ten times less. Of course, it's a personal preference. I, for instance, from time to time I take out my savings and when my birthday's coming (seriously, any excuse will go), I buy myself something like YSL lipstick. There's just a funny luxurious mist around it. It's called the magic of brand. No, it's actually called having your brain switched off for a moment. But that  is just the way it is.
 
Założę się, że po rzuceniu okiem na zdjęcia i przeczytaniu tytułu dzisiejszego postu, nie domyśliliście się jeszcze, o czym dzisiaj będę tutaj pisać. Uwaga, niespodzianka - będę pisać o kosmetykach. Zdecydowałam się coś skrobnąć na ten temat, bo praktycznie pod każdym postem pojawiały się o to prośby, plus kilka dni temu kupiłam kosmetyczkę w kształcie kropkowanej myszy, więc pomyślałam, że jak szaleć to szaleć i wzięłam się do roboty. Muszę szczerze jednak przyznać, że momentami tolerowanie poziomu słodyczy tej kropkowanej myszy, a raczej kosmetyczki w kształcie kropkowanej myszy, staje się trudne do zniesienia, bo co jak co, ale noszenie czegoś takiego w torebce, to jak noszenie trzech małych słodkich szczeniaczków z wielkimi brązowymi oczami na raz - tak, to ten typ słodkich szczeniaczków z kubków i zeszytów, czyli prawie niemożliwy do wytrzymania na dłuższą metę). Piszę więc dzisiaj o rzeczach, których używam na co dzień, które bardzo lubię i z czystym sumieniem polecam. Dzięki blogowi mam wielką przyjemność dostawać dużo rzeczy po prostu w prezencie, kiedy jednak opróżniam te wszystkie 'luksusowe towary' i sama mam sobie coś kupić, z reguły wyszukuję tańsze odpowiedniki dostępne w  Rossmannach, Naturach i innych dziwnie nazywających się drogeriach. Jestem zdania, że zanim wyda się sporo pieniędzy na daną rzecz, warto zorientować się, czy praktycznie identycznego produktu nie można dostać dziesięć razy taniej. Oczywiście, co człowiek, to inne podejście do tych spraw. Sama przyznaję, że raz na jakiś czas, np. Na urodziny (szczerze mówiąc, każda okazja się nada), lubię ogołocić się ze wszystkich pieniędzy  i sprawić sobie prezent w postaci, na przykład, szminki YSL. Jest coś zabawnego w tym dymie małego luksusu wokół tego złotego opakowania, który prawie przeistacza się w opary. Tak, to magia marki. Nie, to raczej wyłączenie mózgu na kilka chwil. Nic już jednak na to poradzić nie umiem.
 
Last summer, when I wrote that huge post about lotions and potions, I told you that beauty for me is a topic that just opens our mouth. I openly admit that I really love beauty products, however weird and psycho it sounds, I just love looking at them. Honestly, I'm not that much into smearing all of the products on my face, I can't really use eyeshadows, I don't care about blush. I just adore looking at all this stuff. And having said that, I think it's high time I told you about my next obsession. Guys, it's really like a level-up of our friendship cause it's quite mental of me (not that my every mania is mental). I'm a Sephora addict. Not in a way, I go to Sephora and I buy ten thousand products and I leave. I don't actually buy anything. I just go there for a walk. I mean,  I just go there and I stand there. And I look at all these products. Everything is so organized, everything smells so nicely. I just feel so secure there. I told you it is mental. And when Holly Golightly would have her breakfast at Tiffany's because she just felt right there, I would totally eat it in Sephora.
 
W ostatnim poście, w którym opisywałam te wszystkie mazidła, czyli w sierpniu zeszłego roku, powiedziałam Wam, że te tematy, to dla mnie tematy-rzeka. Przyznaję otwarcie, że szczerze uwielbiam te wszystkie rzeczy i jakkolwiek dziwnie i psychicznie to zabrzmi, uwielbiam na nie po prostu patrzeć. Szczerze mówiąc, nie pociąga mnie jakoś nakładanie tych wszystkich produktów na twarz, nie umiem się obsłużyć cieniem do oczu, a róże zalegają u mnie w pudełku. Ja po prostu wielbię to wszystko obserwować. Powiedziawszy to, myślę, że to czas, żebym zdradziła Wam moją kolejną obsesję. Kończymy żarty, po tym wyznaniu przejdziemy wszyscy na wyższy poziom przyjaźni, bo to raczej psychiczna sprawa (jakby inne moje manie nie były psychiczne). Jestem uzależniona od sklepu Sephora. Nie uzależniona jednak na zasadzie przyjścia, kupna miliona kosmetyków i pójścia radosnym krokiem do domu. Ja tam prawie niczego nie kupuję. Ja po prostu przychodzę tam na spacer. Przychodzę tam, chodzę, a potem stoję. Stoję i patrzę. Patrzę na te wszystkie produkty. Wszystko jest ustawione w takim porządku, wszystko tak pięknie pachnie. Czuję tam bezpiecznie, jak nigdzie indziej. I tak jak Holly Golightly jadła śniadanie u Tiffany'ego (prawie), tak jak bym zjadła swoje z chęcią w Sephorze.
 
 
OK, since we are extremely close friends after my confession, it's time to present you my favorite products. I'll start with the only thing that I haven't found a cheaper alternative for. It's my tinted moisturizer. Dior Hydra Life Pro Youth Skin Tint in shade #1 - congrats for the longest name ever. I have extremely sensitive skin, it gets reds when it cold, it gets irritated when it hot, it doesn't like awful lot of ingredients and I swear, searching for something that my skin would tolerate was a traumatic experience (I mean it). I tried everything, from drugstore to high end, from foundation to powder and tinted moisturizer and I found this one only working and being super gentle for my skin. Next is a very nice powder (Chanel Les Beiges Healthy Glow Sheer Powder nr 50 - congrats for the longest name ever part 2)  that I got thanks to Chanel company. I use it only on my cheeks as a bronzer, I think it's the product with the biggest lasting power I've had plus, it smells so good. It smells so good I could smell it all day. But I don't, because it would be just...weird. And inappropriate. And that's it for the face. When it comes to eyes, I use two products - brown eyepencil and mascara. I really like Miss Sporty Kohl Kajal in 002 and Maybelline The Falsies Flared mascara. Since I have extremely dry lips, lately I've been using an awful lot of lipbalms. I also have an awful lot of vanilla candles in my room. I just love this smell. So I went to a drugstore one day, I saw Nivea Lip Butter in Vanilla and when I thought that finally my dreams would come true and I would be able to carry a vanilla scent everywhere, I died. I mean, I didn't, but I ended up buying it and loving it. It smells just like my candles (and that makes me super happy) and when it comes to moisturizing, it's far better than Carmex (that makes me super happy as well). And that would be all for my everyday makeup.
 
Jako, że po tym wyznaniu jesteśmy już oficjalnie najlepszymi przyjaciółmi, mogę przejść do meritum postu, czyli przedstawienia Wam wszystkich kosmetyków. Zacznę od rzeczy, której tańszego odpowiednika nie udało mi się znaleźć - krem tonujący, Dior Hydra Life Pro Youth Skin Tint w kolorze #1 (gratulacje dla najdłuższej nazwy, jaką można wymyślić). Mam strasznie wrażliwą skórę, czerwieni się, kiedy jest zimno, czerwieni się, kiedy jest gorąco, nienawidzi praktycznie wszystkich składników w kosmetykach i słowo daję, że pogoń za czymś, co trafiłoby w jej gusta, było traumatycznym przeżyciem. Naprawdę. Próbowałam chyba wszystkiego, od sprawdzenia na sobie całego asortymentu Rossmana, po organizowanie powtarzających się kilka razy w miesiącu pielgrzymek po próbki do Sephory. Znalazłam ten krem, który może nie jest tak "gruby" jak podkład, ale jest bardzo łatwy i przyjemny w użyciu. Następny jest puder, który nakładam tylko na policzki jako bronzer - Chanel Les Beiges Healthy Głów Sheer Power nr 50 (gratulacje dla najdłuższej nazwy vol.2), który dostałam dzięki uprzejmości tej firmy. Nie wiem, co oni tam w składzie zastosowali, nie chcę chyba nawet wiedzieć, ale z ręką na sercu mówię, że od godziny szóstej rano do godziny ósmej wieczorem, nic go z buzi nie ruszy. A pachnie tak, że mogłabym po prostu siedzieć i go wąchać. Nie robię tego jednak, bo byłoby to raczej dziwne i po prostu nieodpowiednie. Do oczu używam dwóch produktów - brązowej kredki Miss Sporty Kohl Kajal w kolorze 002 oraz tuszu Maybelline the Falsies Flared. Jeśli chodzi o usta, to niestety, z racji ich suchości, nabyłam odruch maniakalny w postaci wiecznego smarowania ich toną balsamów. Jestem zdania, że akurat balsamów do ust nigdy dość, tak samo jak nigdy dość świeczek o zapachu wanilii, które ustawiam w moim pokoju, w każdym możliwym miejscu. Moje marzenia o noszenia zapachu wanilii przy sobie, bez noszenia świeczek w torebce, spełniły się w momencie, w którym kupiłam Nivea Lip Butter. Pachnie zupełnie jak moje świeczki, a może nawet lepiej. Działa za to zdecydowanie lepiej niż wszystkie dotychczasowe Carmexy czy Neutrogeny.
 
 
(SIX purse, Accessorize necklace, Rimmel and Essie (30ml) nailpolishes)
 
When it comes to my nails, most of the time I stick to a very neutral nail polish like the one from Rimmel (Rimmel Lycra Pro 444 French Lingerie - these names are killing me, who wants to wear the color of their panties on their nails. It's quite confusing). I also really like Essie nail polish ( Essie 89 Raspberry) that I got from lovely girls from a shop 30 ml. Its color is the prettiest pink plus its name...is the prettiest too :) 

Jeśli chodzi o paznokcie, z reguły trzymam się lakierów w neutralnych kolorach, np. Rimmel Lycra Pro 444 French Lingerie (nawiasem mówiąc, nie wiem, kogo ma zachęcić nazwa koloru zdefiniowana jako kolor majtek, na dodatek francuskich). Bardzo lubię też lakier Essie (Essie 89 Raspberry), które wysłały mi dziewczyny ze sklepu 30ml. Kolor bardzo przypadł mi do gustu, tak samo jak oczywiście nazwa. Bardzo ładna.
 
(Jelly Pong Pong Lip Bush from GlossyBox)
 
A couple of months ago I told you I hated red lipsticks. Well, I haven't changed my mind, because I still don't like them. I don't like the texture of a lipstick and I don't like that you have to think about it all the time. Having said that, I found something that immediately became my holy grail in make up collection. I'll probably rave about it till the end of my life. It's a lip stain that looks like a big crayon. When you put in on your lips, it just looks you've got the prettiest shade of red on them but you can't really see any product texture-wise. It's invisible, it's stays forever, it doesn't dry out your lips. It's literally perfect. I don't really use to school, but sometimes I like to put it on after classes or during the weekends. It actually came to me in a GlossyBox and I couldn't find it in any shops in Poland. It's called Jelly Pong Pong Lip Blush. So when I run out of it, I'll be crying so much. So much. Or I'll order it online.

Kilka miesięcy temu nadawałam na blogu na czerwoną szminkę, rozpaczałam, mówiłam, że jej nienawidzę, że bardzo chciałabym ją nosić, ale wyglądam jak klaun, i tak dalej, i tak dalej. Wciąż jestem raczej wobec niej trochę podejrzliwa. Nie lubię po prostu samej tekstury szminki, tego jak wygląda na usta, tego, że trzeba o niej ciągle myśleć. Przekonałam się natomiast do samego koloru czerwieni (pewnie mogliście to zauważyć już na zdjęciach) i odkryłam coś, co będę wychwalała do końca swoich dni. Kryje się pod nazwą 'lip stain' i wygląda jak wielka kredka, której używa moja siedmioletnia siostra. Kiedy pokryje się nią usta, jedyne, co można zobaczyć, to po prostu piękny kolor, żadnej widocznej tekstury. Nie wysusza ust, nie trzeba sobie też zaprzątać głowy głupotami, czy nadal jest na ustach, bo ma się pewność, że ciągle jest. Jelly Pong Pong Lip Blush przyszło do mnie w GlossyBoxie, z tego, co się już orientowałam, nie jest sprzedawane w żadnym sklepie. Tak więc, kiedy już wszystko zużyję, będę gorzko płakać. Bardzo gorzko. Albo ewentualnie po prostu zrobię zamówienie przez Internet.  
 
So that's all. Let me know in the comments below what are your favourites, cause you know I' m dying to know it (not really dying, but as a beuty freak, I' d love to know it!) /// To wszystko. Dajcie znać w komentarzach, jakie Wy macie ulubione produkty - jako maniak, z radością wszystko przeczytam :)

172 komentarze:

If you can't see your comment or my answers click 'Load more' :) / Jeśli nie widzicie wszystkich komentarzy albo moich odpowiedzi, kliknijcie w 'Load more' :)

4/6/13

HAIR BOWS AND COLLARS

(ph. Basia Zielińska/ wearing second-hand sweater, f&f (Tesco) blouse, second-hand shorts)
 
Two days ago I was sitting in our city's main library and cramming for my history exam. While I was swimming in the endless sea of dates, surnames, battles, births, deaths and destructions, I looked around me and my lord, I realized something that I don't what really to think about. I'm turning eighteen this year. I saw all these people sitting in the main library room, preparing for the finals, surrounded with yellow and green highlighters, over fifteen books on each desk and countless sheets with notes (and a laptop with Facebook opened), I saw their bored/tired/I-don't-even-know-what-I'm-reading-about faces and it struck me - this will be me next year: officially an adult, officially in the last class of high school, officially worrying about my future and officially becoming coffein addict. And in this brief moment, between Napoleon's battles and the Congress of Vienna, when I looked at all that crowd, I realized how much I didn't want to grow up.
 
Dwa dni temu, kiedy tak siedziałam w jednej z krakowskich bibliotek i pilnie uczyłam się historii, odkryłam coś bardzo przerażającego, niepokojącego i niespodziewanego. Pływałam właśnie w wielkim basenie dat, nazwisk, bitew, urodzin, zgonów i zniszczeń, kiedy w ramach przerwy od tej jakże fascynującej nauki, rozejrzałam się wokół siebie i zorientowałam się, że w tym roku kończę osiemnaście lat. Nie wiem, skąd takie przemyślenia akurat podczas nauki o bitwie pod Auerstadt, ale tak jakoś zobaczyłam te wszystkie osoby w bibliotece przygotowujące się do matury, obłożone markerami, książkami, laptopem z włączonym facebookiem, stosem notatek dziwnej treści i w momencie, w którym zobaczyłam ich, zobaczyłam też siebie za rok - dokładnie taką samą, oficjalnie dorosłą, oficjalnie w ostatniej klasie, oficjalnie niewyspaną i oficjalnie uzależnioną od kofeiny. I właśnie tak pomiędzy bitwami Napoleona i kongresem wiedeńskim, dotarło do mnie, jak bardzo nie chcę dorastać.
 

Since you know I am quite an particularly weird human being, I'm fed up with growing up even though I haven't grown up yet and that is not necessarily connected with just a birth date. And I seriously start to worry about myself because if my desire to be young 'foreeeever' hit me when I'm 17 (?!) what I'm gonna do when it hits me when I'm like...50. I wouldn't be surprised if I turned out to be one of those motor-riding-all-in-black-wild-free-whatever person suffering from a middle age crisis. But now I decided to just enjoy all the freedom that comes with my age. Cause seriously, 17 seems like the most perfect age to wear anything. I'm not too old and not too young. Hair bows, tulles, collars - so pretty much everything that a kid from a kindergarten loves. Yes, I know, that's girly-girly to the extend some people can't just take it. I swear if I were in kindergarten right now, I would surely be that girl that boys don't want to play with. You know, that type of 6-year old girly-girly girl (?) that makes 6-year old boys shudder with disgust.
 
Zaczynam się o siebie trochę martwić, bo skoro pragnienie bycia wiecznie młodym pojawia się u mnie w wieku lat siedemnastu, to co ja będę wyprawiać, kiedy dopadnie mnie kryzys wieku średniego. Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby okazało się, że wstąpiłam do jakiegoś stowarzyszenia składającego się z wolnych, szalonych, niebezpiecznych mężczyzn po pięćdziesiątce w skórze. Postanowiłam jednak cieszyć się tym, co mam. A mam lat siedemnaście i mam prawo do noszenia ubrań jak z przedszkola bez bycia posądzaną o problemy psychiczne. Kokardy, tiule, kołnierzyki - wszystko to, czym z pewnością nie pogardziłaby żadna siedmiolatka, a co w pewnym momencie przyprawiłoby nieco starszego osobnika o mdłości. Słowo daję, gdybym teraz chodziła do przedszkola, byłabym zapewne jedną z tych dziewczynek, z którą mali chłopcy, nawet zmuszani, nie chcieli się bawić. Wiecie, ten typ dziewczyńsko-dziewczyńskiej siedmiolatki, która sprawia, że siedmiolatkowie drżą z obrzydzenia.


 
 
 Oh, and since my post couldn't be complete without letting you know what the weather is like in
Poland, let me just tell you it's 6th April and we've got snow on the streets. With this lovely accent allow me to wish you a wonderful weekend and a magnificent next week! Xx
 
Już miałam kończyć ten post, kiedy przypomniałam sobie, że czymże byłaby moja publikacja na blogu bez chociażby krótkiego raportu pogodowego? 6 kwietnia, wiosna w rozkwicie, śnieg na ulicach, trzy stopnie powyżej zera na termometrze. Tym "radosnym" akcentem żegnam się z Wami i życzę udanego tygodnia! :)
 


246 komentarze:

«Oldest   ‹Older     Newer›   Newest»
«Oldest ‹Older     Newer› Newest»

If you can't see your comment or my answers click 'Load more' :) / Jeśli nie widzicie wszystkich komentarzy albo moich odpowiedzi, kliknijcie w 'Load more' :)