Showing posts with label beauty. Show all posts

6/3/14

The Weekend Edit | OOTD, photodiary

To połowa drugiego kubka kawy tego poranka, a jeszcze nie udało mi się skonstruować chociaż jednego zdania bez zrobienia pauzy w połowie i skasowania wszystkiego, co napisałam. Tak, to ten typ poranka, który zdarza się raz na jakiś czas i to bez zapowiedzi. Kilka godzin rano, kiedy mózg, chociażby nie wiem jak zachęcany i jakimi środkami pobudzany, po prostu nie chce działać. Od razu więc usprawiedliwiam możliwy brak logiki i brakujące literki w wyrazach. 
Dziś kilka zdjęć z weekendu. Wsiadłam do pociągu, poodwiedzałam znajomych i skoncentrowałam się na dwóch rzeczach : jedzeniu i chodzeniu. Piątkową pogodą byłam wysoko zniesmaczona, ale za to następne dni okazały się idealne; szczególnie do siedzenia wieczorem nad brzegiem Wisły.


I'm on my second cup of coffee this morning and still can't type one proper sentence without pausing in the middle and deleting everything I've written so far. I'm sure you know these kind of mornings when your brain just won't work. It won't work. I'm having one of these so excuse illogical sentences or words lacking in a couple of letters. Here are a few pics I took this weekend. I took a train to Warsaw, met with my friends and focused on two things only : wandering the streets and eating. When I arrived on Friday the weather was absolutely disgusting but fortunately the next two days were just lovely - especially in the evening it was so nice to chill out on the bank of the river. 

(Weronika Załazińska / ph. Ola Kuliczkowska)
| Oysho jumpsuit | second-hand bag| second-hand scarf |  Deichmann boots  |H&M rings |



 Krótki momencik na docenienie tego kombinezonu. Dla osoby dosyć lubiącej wygląd sukienki (ale nie komfortu noszenia z nią związanego) to jeden z najlepszych wynalazków. Bo wygląda to jak sukienka, ale nie zmusza to wyglądania jak osoba z problemami i brakiem koordynacji rąk za każdym razem, kiedy wiatr zdecyduje się zawiać.

 Can we just all take a moment and appreciate this jumpsuit? I honestly that jumpsuit is one of the greatest things ever invented if you like dresses. It looks like a dress but doesn't make you look like a mental person doing weird moves with your hands whenever the wind blows. Absolutely genius.


 

1⏪  Z serii "jedząc powietrze" razem z Mary / Me eating air in da club with Mary 

2⏪ I kolejny raz, kiedy filtry z wielkiego badziewia robią pseudo-artystyczne (też trochę badziewne), ale znośne zdjęcie / I swear a good filter can make a decent photo out of some real crap

 ⏩3⏪ Typowe nocne selfie z Agatą i Olką pod mostem. Styl, klasa i piękno na jednej fotografii. /  Typical night time selfie with Agata and Ola.  

 ⏩4⏪ Brak lewej nogi. / No left leg here.
   

⏩ |second-hand shirt | Mango shorts and bag | Deichmann boots | second-hand scarf| ⏪
i

 Dniem pełnym chwały i zadowolenia okazał się piątek, kiedy to niekończąca się pogoń za rzeczami-widmo...została zakończona. Tylko ja potrafię spędzić tyle tygodni uganiając się za jedną książką i błyszczykiem i nie chcąc zaspokoić się wysyłką przez Internetem. Co to za zabawa, ja szukam stacjonarnie. Koniec końców udało mi się. Wszystko zależy od przyimka zaczęłam w pociągu i chociaż nie powinno się niczego polecać bez skończenia, to ja polecam. I polecam już ją kupić, zanim wszystkie egzemplarze znikną nawet z księgarni internetowych. Błyszczyk NYXa Butter Gloss w kolorze Creme Brulee od razu polubiłam, chociaż za często takich rzeczy nie noszę. Piękny kolor (w google grafice są dostępne bardzo dobre swatche) i piękna nazwa. Geniuszem jest ten, kto postanowił nadawać kosmetykom nazwy związane z jedzeniem.


Oh the glorious day happened on Friday when the never-ending struggle to get these two things was over. I spent so much time looking for a book and a lipgloss that it's just pathetic but you know I'm capable of a lot of things. Anyways, the book I got is a script of a conversation between three Polish language Masters. I'm halfway through and I find it hilarious. The lipgloss though is a NYX Butter Gloss one, in the colour Creme Brulee. I'm not a huge lipgloss wearer but the colour is absolutely beautiful. And by the way, can I just say how much I adore brands that name their products with the names of food?



A mówiąc o jedzeniu...Czym byłby blog bez typowego zdjęcia tego, co wylądowało w moim brzuchu?
Speaking about food...It's time for a typical blogger pics of what lands in my belly.


Miłego tygodnia! Have a nice week!
Read More

4/11/13

MAKE UP, PINK MOUSE AND PUPPIES

I suppose you haven't guessed yet (looking at the pictures and the title) what this post is going to be about. Surprise, surprise - beauty products. Since lately I've been getting quite a lot of requests to show you my current makeup favourites and a few days ago I bought this cute mouse-alike makeup bag (honestly speaking, there are times when I just can't bear the cuteness of it anymore - I mean, carrying it in my bag it's like carrying a bunch of puppies with big brown loving eyes - the type of puppies you see on mugs or notebooks, sweet to an absolute death), I decided to write a little bit about things I use, things I like, things I can recommend without a doubt. I'm very lucky because I have a chance to use and try out many products but at the end of the day, when I empty all of the 'luxurious' stuff and have to buy something on my own, I always look for a cheaper alternative in a drugstore. I guess, before you spend a lot of money on a beauty product, it's good to check whether you can't have pretty much the same and pay ten times less. Of course, it's a personal preference. I, for instance, from time to time I take out my savings and when my birthday's coming (seriously, any excuse will go), I buy myself something like YSL lipstick. There's just a funny luxurious mist around it. It's called the magic of brand. No, it's actually called having your brain switched off for a moment. But that  is just the way it is.
 
Założę się, że po rzuceniu okiem na zdjęcia i przeczytaniu tytułu dzisiejszego postu, nie domyśliliście się jeszcze, o czym dzisiaj będę tutaj pisać. Uwaga, niespodzianka - będę pisać o kosmetykach. Zdecydowałam się coś skrobnąć na ten temat, bo praktycznie pod każdym postem pojawiały się o to prośby, plus kilka dni temu kupiłam kosmetyczkę w kształcie kropkowanej myszy, więc pomyślałam, że jak szaleć to szaleć i wzięłam się do roboty. Muszę szczerze jednak przyznać, że momentami tolerowanie poziomu słodyczy tej kropkowanej myszy, a raczej kosmetyczki w kształcie kropkowanej myszy, staje się trudne do zniesienia, bo co jak co, ale noszenie czegoś takiego w torebce, to jak noszenie trzech małych słodkich szczeniaczków z wielkimi brązowymi oczami na raz - tak, to ten typ słodkich szczeniaczków z kubków i zeszytów, czyli prawie niemożliwy do wytrzymania na dłuższą metę). Piszę więc dzisiaj o rzeczach, których używam na co dzień, które bardzo lubię i z czystym sumieniem polecam. Dzięki blogowi mam wielką przyjemność dostawać dużo rzeczy po prostu w prezencie, kiedy jednak opróżniam te wszystkie 'luksusowe towary' i sama mam sobie coś kupić, z reguły wyszukuję tańsze odpowiedniki dostępne w  Rossmannach, Naturach i innych dziwnie nazywających się drogeriach. Jestem zdania, że zanim wyda się sporo pieniędzy na daną rzecz, warto zorientować się, czy praktycznie identycznego produktu nie można dostać dziesięć razy taniej. Oczywiście, co człowiek, to inne podejście do tych spraw. Sama przyznaję, że raz na jakiś czas, np. Na urodziny (szczerze mówiąc, każda okazja się nada), lubię ogołocić się ze wszystkich pieniędzy  i sprawić sobie prezent w postaci, na przykład, szminki YSL. Jest coś zabawnego w tym dymie małego luksusu wokół tego złotego opakowania, który prawie przeistacza się w opary. Tak, to magia marki. Nie, to raczej wyłączenie mózgu na kilka chwil. Nic już jednak na to poradzić nie umiem.
 
Last summer, when I wrote that huge post about lotions and potions, I told you that beauty for me is a topic that just opens our mouth. I openly admit that I really love beauty products, however weird and psycho it sounds, I just love looking at them. Honestly, I'm not that much into smearing all of the products on my face, I can't really use eyeshadows, I don't care about blush. I just adore looking at all this stuff. And having said that, I think it's high time I told you about my next obsession. Guys, it's really like a level-up of our friendship cause it's quite mental of me (not that my every mania is mental). I'm a Sephora addict. Not in a way, I go to Sephora and I buy ten thousand products and I leave. I don't actually buy anything. I just go there for a walk. I mean,  I just go there and I stand there. And I look at all these products. Everything is so organized, everything smells so nicely. I just feel so secure there. I told you it is mental. And when Holly Golightly would have her breakfast at Tiffany's because she just felt right there, I would totally eat it in Sephora.
 
W ostatnim poście, w którym opisywałam te wszystkie mazidła, czyli w sierpniu zeszłego roku, powiedziałam Wam, że te tematy, to dla mnie tematy-rzeka. Przyznaję otwarcie, że szczerze uwielbiam te wszystkie rzeczy i jakkolwiek dziwnie i psychicznie to zabrzmi, uwielbiam na nie po prostu patrzeć. Szczerze mówiąc, nie pociąga mnie jakoś nakładanie tych wszystkich produktów na twarz, nie umiem się obsłużyć cieniem do oczu, a róże zalegają u mnie w pudełku. Ja po prostu wielbię to wszystko obserwować. Powiedziawszy to, myślę, że to czas, żebym zdradziła Wam moją kolejną obsesję. Kończymy żarty, po tym wyznaniu przejdziemy wszyscy na wyższy poziom przyjaźni, bo to raczej psychiczna sprawa (jakby inne moje manie nie były psychiczne). Jestem uzależniona od sklepu Sephora. Nie uzależniona jednak na zasadzie przyjścia, kupna miliona kosmetyków i pójścia radosnym krokiem do domu. Ja tam prawie niczego nie kupuję. Ja po prostu przychodzę tam na spacer. Przychodzę tam, chodzę, a potem stoję. Stoję i patrzę. Patrzę na te wszystkie produkty. Wszystko jest ustawione w takim porządku, wszystko tak pięknie pachnie. Czuję tam bezpiecznie, jak nigdzie indziej. I tak jak Holly Golightly jadła śniadanie u Tiffany'ego (prawie), tak jak bym zjadła swoje z chęcią w Sephorze.
 
 
OK, since we are extremely close friends after my confession, it's time to present you my favorite products. I'll start with the only thing that I haven't found a cheaper alternative for. It's my tinted moisturizer. Dior Hydra Life Pro Youth Skin Tint in shade #1 - congrats for the longest name ever. I have extremely sensitive skin, it gets reds when it cold, it gets irritated when it hot, it doesn't like awful lot of ingredients and I swear, searching for something that my skin would tolerate was a traumatic experience (I mean it). I tried everything, from drugstore to high end, from foundation to powder and tinted moisturizer and I found this one only working and being super gentle for my skin. Next is a very nice powder (Chanel Les Beiges Healthy Glow Sheer Powder nr 50 - congrats for the longest name ever part 2)  that I got thanks to Chanel company. I use it only on my cheeks as a bronzer, I think it's the product with the biggest lasting power I've had plus, it smells so good. It smells so good I could smell it all day. But I don't, because it would be just...weird. And inappropriate. And that's it for the face. When it comes to eyes, I use two products - brown eyepencil and mascara. I really like Miss Sporty Kohl Kajal in 002 and Maybelline The Falsies Flared mascara. Since I have extremely dry lips, lately I've been using an awful lot of lipbalms. I also have an awful lot of vanilla candles in my room. I just love this smell. So I went to a drugstore one day, I saw Nivea Lip Butter in Vanilla and when I thought that finally my dreams would come true and I would be able to carry a vanilla scent everywhere, I died. I mean, I didn't, but I ended up buying it and loving it. It smells just like my candles (and that makes me super happy) and when it comes to moisturizing, it's far better than Carmex (that makes me super happy as well). And that would be all for my everyday makeup.
 
Jako, że po tym wyznaniu jesteśmy już oficjalnie najlepszymi przyjaciółmi, mogę przejść do meritum postu, czyli przedstawienia Wam wszystkich kosmetyków. Zacznę od rzeczy, której tańszego odpowiednika nie udało mi się znaleźć - krem tonujący, Dior Hydra Life Pro Youth Skin Tint w kolorze #1 (gratulacje dla najdłuższej nazwy, jaką można wymyślić). Mam strasznie wrażliwą skórę, czerwieni się, kiedy jest zimno, czerwieni się, kiedy jest gorąco, nienawidzi praktycznie wszystkich składników w kosmetykach i słowo daję, że pogoń za czymś, co trafiłoby w jej gusta, było traumatycznym przeżyciem. Naprawdę. Próbowałam chyba wszystkiego, od sprawdzenia na sobie całego asortymentu Rossmana, po organizowanie powtarzających się kilka razy w miesiącu pielgrzymek po próbki do Sephory. Znalazłam ten krem, który może nie jest tak "gruby" jak podkład, ale jest bardzo łatwy i przyjemny w użyciu. Następny jest puder, który nakładam tylko na policzki jako bronzer - Chanel Les Beiges Healthy Głów Sheer Power nr 50 (gratulacje dla najdłuższej nazwy vol.2), który dostałam dzięki uprzejmości tej firmy. Nie wiem, co oni tam w składzie zastosowali, nie chcę chyba nawet wiedzieć, ale z ręką na sercu mówię, że od godziny szóstej rano do godziny ósmej wieczorem, nic go z buzi nie ruszy. A pachnie tak, że mogłabym po prostu siedzieć i go wąchać. Nie robię tego jednak, bo byłoby to raczej dziwne i po prostu nieodpowiednie. Do oczu używam dwóch produktów - brązowej kredki Miss Sporty Kohl Kajal w kolorze 002 oraz tuszu Maybelline the Falsies Flared. Jeśli chodzi o usta, to niestety, z racji ich suchości, nabyłam odruch maniakalny w postaci wiecznego smarowania ich toną balsamów. Jestem zdania, że akurat balsamów do ust nigdy dość, tak samo jak nigdy dość świeczek o zapachu wanilii, które ustawiam w moim pokoju, w każdym możliwym miejscu. Moje marzenia o noszenia zapachu wanilii przy sobie, bez noszenia świeczek w torebce, spełniły się w momencie, w którym kupiłam Nivea Lip Butter. Pachnie zupełnie jak moje świeczki, a może nawet lepiej. Działa za to zdecydowanie lepiej niż wszystkie dotychczasowe Carmexy czy Neutrogeny.
 
 
(SIX purse, Accessorize necklace, Rimmel and Essie (30ml) nailpolishes)
 
When it comes to my nails, most of the time I stick to a very neutral nail polish like the one from Rimmel (Rimmel Lycra Pro 444 French Lingerie - these names are killing me, who wants to wear the color of their panties on their nails. It's quite confusing). I also really like Essie nail polish ( Essie 89 Raspberry) that I got from lovely girls from a shop 30 ml. Its color is the prettiest pink plus its name...is the prettiest too :) 

Jeśli chodzi o paznokcie, z reguły trzymam się lakierów w neutralnych kolorach, np. Rimmel Lycra Pro 444 French Lingerie (nawiasem mówiąc, nie wiem, kogo ma zachęcić nazwa koloru zdefiniowana jako kolor majtek, na dodatek francuskich). Bardzo lubię też lakier Essie (Essie 89 Raspberry), które wysłały mi dziewczyny ze sklepu 30ml. Kolor bardzo przypadł mi do gustu, tak samo jak oczywiście nazwa. Bardzo ładna.
 
(Jelly Pong Pong Lip Bush from GlossyBox)
 
A couple of months ago I told you I hated red lipsticks. Well, I haven't changed my mind, because I still don't like them. I don't like the texture of a lipstick and I don't like that you have to think about it all the time. Having said that, I found something that immediately became my holy grail in make up collection. I'll probably rave about it till the end of my life. It's a lip stain that looks like a big crayon. When you put in on your lips, it just looks you've got the prettiest shade of red on them but you can't really see any product texture-wise. It's invisible, it's stays forever, it doesn't dry out your lips. It's literally perfect. I don't really use to school, but sometimes I like to put it on after classes or during the weekends. It actually came to me in a GlossyBox and I couldn't find it in any shops in Poland. It's called Jelly Pong Pong Lip Blush. So when I run out of it, I'll be crying so much. So much. Or I'll order it online.

Kilka miesięcy temu nadawałam na blogu na czerwoną szminkę, rozpaczałam, mówiłam, że jej nienawidzę, że bardzo chciałabym ją nosić, ale wyglądam jak klaun, i tak dalej, i tak dalej. Wciąż jestem raczej wobec niej trochę podejrzliwa. Nie lubię po prostu samej tekstury szminki, tego jak wygląda na usta, tego, że trzeba o niej ciągle myśleć. Przekonałam się natomiast do samego koloru czerwieni (pewnie mogliście to zauważyć już na zdjęciach) i odkryłam coś, co będę wychwalała do końca swoich dni. Kryje się pod nazwą 'lip stain' i wygląda jak wielka kredka, której używa moja siedmioletnia siostra. Kiedy pokryje się nią usta, jedyne, co można zobaczyć, to po prostu piękny kolor, żadnej widocznej tekstury. Nie wysusza ust, nie trzeba sobie też zaprzątać głowy głupotami, czy nadal jest na ustach, bo ma się pewność, że ciągle jest. Jelly Pong Pong Lip Blush przyszło do mnie w GlossyBoxie, z tego, co się już orientowałam, nie jest sprzedawane w żadnym sklepie. Tak więc, kiedy już wszystko zużyję, będę gorzko płakać. Bardzo gorzko. Albo ewentualnie po prostu zrobię zamówienie przez Internet.  
 
So that's all. Let me know in the comments below what are your favourites, cause you know I' m dying to know it (not really dying, but as a beuty freak, I' d love to know it!) /// To wszystko. Dajcie znać w komentarzach, jakie Wy macie ulubione produkty - jako maniak, z radością wszystko przeczytam :)
Read More

10/18/12

RED LIPS

Często piszę na blogu o paniach, które zachwycają mnie swoją perfekcyjnością, a jednocześnie oczywiście mnie nią irytują. Każda z nich specjalizuje się w innej dziedzinie, a więc pisałam już o pani od perfekcyjnych bordowych paznokci, pani od perfekcyjnej opalenizny, pani od perfekcyjnych minimalistycznych ubrań i pani od perfekcyjnej zawartości torebki. Dzisiaj będzie o pani od perfekcyjnych czerwonych ust.

Nigdy nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego niektóre kobiety potrafią nosić na ustach czerwoną szminkę w absolutnie bezpretensjonalny i swobodny sposób, podczas gdy inne, nieważne jakby się nie starały i czego by nie zrobiły, zawsze wyglądają w niej tak, jakby pięć wcześniej wybiegły w pośpiechu z burleski. Znacie ten mit o pani (no i zaczęło się), która rano posypuje twarz pudrem i robi dwa maźnięcia czerwoną szminką, aby w jakiś podejrzany sposób przetransformować się w nieskazitelną, "nonszalacką' istotę? Oczywiście nie czesze też włosów, bo poduszka je idealnie wystylizowała, narzuca na siebie jakiś moro kurtko-płaszcz i wychodzi z domu. Opisywana pani to trochę taka pani-widmo, bo jak żyję sobie spokojnie 17 lat, to jeszcze nigdy dokładnie takiej nie spotkałam. Chyba, że mówimy tu o bezkresnych zasobach zdjęć tumblra.

Ryzyko porażki przy czerwonej szmince jest bardzo duże, ale jak już żyć na krawędzi, to na całego. Jesień przyszła, a z nią jesienna chandra - podobno nic nie poprawia tak humoru, jak żywe kolory (to w sumie nieprawda, przynajmniej nie w moim przypadku). Czemu by więc nie spróbować? Tym bardziej, że podobno czerwona szminka jest niezwykle uniwersalna. Akurat tego osobiście nie zauważyłam, bo za każdym razem, kiedy kładę ją na usta bliżej mi do klauna niż do kogokolwiek przyzwoitego, a już o jakichkolwiek niuansach w technikach jej nakładania, w zależności czy bliżej mi do lat 50. czy rocka, nawet nie ma mowy. Niestety u mnie zawsze wychodzi tak samo. Zarzuty jednak na tym się nie kończą. Człowiek naczyta się tych wszystkich bzdur w Vogue'ach, nie Vogue'ach, że niby to czerwień tak pięknie każdemu pasuje i oczekuje jakichś rozświetleń i wichrów (już nawet nie podmuchów) świeżości. A okazuje się, że czerwień czerwieni nie równa i owszem, jeden na tysiąc odcieni będzie tym, który i rozświetli, i odświeży, i nie wiem jeszcze co zrobi z tą twarzą, ale ta reszta już nie zachwyci. Ja polegam w tym temacie na próbowaniu wszystkiego na własnej skórze (a raczej ustach). Kończy się to oczywiście pudłem, gdzie te wszystkie  nieudane eksperymenty zalegają sobie w spokoju.

Raz na jakiś czas jednak, nie wiem dlaczego, czerwona szminka zdaje się u mnie spełniać swoje zadanie. Nie sprawia, że wyglądam 10 razy bladziej, 10 razy chorzej i 10 razy na bardziej zmęczoną. Na kilka godzin przychodzi ten mały podmuch (nie oszukujmy się, wichrów tu nie ma). I ten mały podmuch, chociaż taki rzadki, sprawia, że jeszcze nie wyrzuciłam w cholerę tego pudła i wciąż babram się w czerwieni....Czerwona szminka - tak czy nie? 

PS Za komentarze pod poprzednim postem dziękuję i odpowiem na nie wieczorem :)

Read More

8/16/12

Summer beauty routine

Today we're having a very girly conversation (as we always do here anyways) since the topic is - beauty. No matter what the others say, I guess beauty is something totally different to fashion - still, it's about some kind of illusion (sometimes bigger, sometimes smaller) but while fashion can have different goals; it may serve to look weird, eccentric, sexy, uncomfortable;  beauty most of the time is there to make a person feel and look better. Beauty connects people more, if you know what I mean. You see a girl standing in front of the mirror in the public bathroom (oh I chose just the perfect interior to write about beauty) and just your simple question and compliment about the lipstick she's wearing can transform into a conversation or a long-term friendship. As weird as it sounds beauty is some kind of uniting, it's available for everyone, it makes girls smile, talk long hours, share their secrets. 

Dzisiaj chyba nic, co mogłoby zaciekawić chłopców (chociaż w sumie to rzadko kiedy w ogóle może ich tu coś zaciekawić) (chociaż z drugiej strony, kto wie - może akurat zafascynuje ich dzisiejszy wywód), a mianowicie porozmawiamy o urodzie. Modę i urodę łączy dużo, ale jeszcze więcej dzieli. W obu oczywiści porusza się kwestie iluzji (czasami dużo więcej, czasami mniej) i zwodzenia zmysłów, ale co najbardziej różni te dwie dziedziny, to ich cele. Moda może sprawić, że będziemy wyglądać dziwacznie, ekscentrycznie, seksownie (pfe! Nienawidzę tego słowa), nieładnie; tymczasem makijaż i wszystkie te często śmieszne zabiegi pielęgnacyjne zazwyczaj służą jednemu: wyglądaniu i czuciu się po prostu lepiej. Być może zabrzmi to dosyć dziwacznie, ale dbanie o siebie łączy ludzi (ach, dzisiaj post stoi pod znakiem Wielkiego Patosu). Widzę dziewczynę stojącą przed lustrem w publicznej toalecie (jakże piękne wnętrza wybrałam do pisania o pięknie) i  jedno moje pytanie czy komplement dotyczący jej szminki wystarczy, aby nawiązała się z tego długa rozmowa, a nawet wieloletnia przyjaźń. Tak już skonstruowane są kobiety (a przynajmniej takie dziwaki jak ja). Wszystkie te kremy, szminki, tusze, balsamy to nie torebki Hermesa dostępne tylko dla nielicznych. I właśnie w tkwi cały urok bohaterki dzisiejszego tematu.



I have to tell you one thing - I'm an extremely lucky bastard when it comes to beauty products. I love them but I really do rarely buy them - most of the time they "just come to me" as in the form of the gift for Christmas or a gift from my friend whose mum works for a cosmetic brand (lucky, lucky bastard). And since I'm a really 'slow-consumer' (it takes me some years to use up some of the beauty products) I rarely have to repurchase some stuff with my own money. 

Zanim jednak przejdę do meritum (przed nami długa droga), muszę wyznać jedną rzecz. Jestem piekelnym farciarzem przy zakupach wszystkich tych elikisirów, bo....praktycznie rzadko kiedy je kupuję. Z reguły dostaję je na Gwiazdkę albo od przyjaciółek, albo od mamy przyjaciółki, która pracuje dla firmy kosmetycznej (to już nie farciara, to podwójna farciara), a ponieważ strasznie powolny ze mnie konsument (z reguły zużycie jednego słoiczka lub butelki zajmuje mi około roku), tylko raz na jakiś czas jestem zmuszona dokonać zakupu z własnej kieszeni.



My relationship with makeup was very uncomfortable, until now I guess since I always used to cover my face, not to enchance it. I guess it was the fault of the devil Acne that maybe wasn't so tragic but still it took all my self-confidence away, just like with the magic wand, like 'Bam! I'm the bad acne and I'm going to ruin your life for the next three years'. I mean, Acne wasn't talking to me and didn't have a magic stick and wasn't really that big BUT - it was really hard to live with it. I guess only people who used or have skin problems can understand such confessions - it probably sounds like a story of an emotionally unstable girl to the others (magic wand?seriously?). But anyways, I finally cured it and started a new episode in my life ("I'm the queen of the world, I'm not scared to leave my house" episode). Since than I feel more comfortable in my own skin and makeup it's not an obligation, it's not an 'armour' you put on yourself - it's just fun and it's just feels good to finally enjoy it.

Związek ja + makijaż był burzliwy, zły, wstrętny i niespokojny - aż do teraz. Być może działo się tak, bo makijażem pokrywałam twarz mniej więcej tak, jak mój dziadek pokrywa ścianę farbą - 'wałek i do przodu, aż niczego nie będzie widać'. Na pewno swój udział miał w tym wszystkim diabelski Trądzik, który nie był może aż tak tragiczny, ale i tak udało mu się z powodzeniem odebrać moje resztki pewności siebie. A zrobił to on iście obcesowo, bez zapowiedzi, jak za pomocą magicznej różdżki, tak jakby nagle wyznał mi 'Jestem zły i zamierzam zrujnować Ci życie na następne trzy lata". Gwoli wyjaśnienia, trądzik nie miał czarodziejskiego kija, ja z nim konwersacji nie prowadziłam ani też nie był to stan krytyczny, ALE i tak ciężko było z nim żyć. Być może to mój wymysł, ale wydaje mi się, że ten, kto nigdy nie zaznał niespodzianek na twarzy (wstrętny szczęściarz), nigdy nie zrozumie biadolenia innych osób - dla takiej persony to wszystko zapewne brzmi jak wyznania osoby niestabilnej emocjonalnie (magiczna różdżka? Zaczynam bać się sama siebie). W każdym razie, udało mi się to Zło wyleczyć i rozpocząć nowy rozdział w moim życiu (rozdział pod tytułem "Jestem królową świata, w końcu nie boję się wyjść z domu"). Od tamtej pory makijaż w końcu przestał być przykrym obowiązkiem, zbroją, którą nakładam każdego dnia - jest po prostu przyjemnością i zabawą. 



Slowly heading to my main point (I can't tell at this point how many 'stories of my life' I'm about to tell you more) - since it's summer, I decided to write about my summer beauty routine (what a surprise) - things that I use, I really like and that work for me.  Like I said before, I don't really buy all of them and I'm hell scared that one day I'll just run out of them all. So if you hear in the TV news something about a psycho girl that robbed the bank wearing her tulle second-hand skirt, that would be probably me willing to get money to repurchase all my beauty cabinet.

Powoli dochodzę do sedna sprawy (w sumie nie jestem w stanie określić, iloma jeszcze złotymi historyjkami z mojego życia będę Was raczyć) - z okazji tego, że mamy lato, zdecydowałam się napisać, o wszystkich produktach, których używam właśnie w ciągu tej pory roku (cóż za niesłychana niespodzianka). Tak jak już wcześniej zdążyłam wspomnieć, nie kupuję wszystkich tych rzeczy i drżę na myśl, że pewnego dnia, nagle wszystkie się skończą. Wszystkie jednocześnie. Jeśli więc kiedyś usłyszycie w Wiadomościach informację o psychicznej dziewczynie rabującej bank, ubranej w tiulową spódnicę z ciucholandu, to wiedźcie, że najprawdopodobniej będę to ja, opętana szałem i domagająca się pieniędzy na ponowny zakup wszystkich kosmetyków. 



In the morning the routine is pretty simple. I wake up, I say a couple of the typical sentences that I always say, like: "I'm gonna kill this stupid alarm clock" or "I'm gonna throw this stupid alarm clock out of the window" or "I hate this stupid alarm clock" and then, feeling totally happy and as fresh as a daisy, I'm ready to go to the bathroom. I wash my face with Nuxe Miceallar Foam Cleanser with Rose Petals (oh yes, these short names) and then spray it with Avene thermal water. Next I put powder on (Clinique Almost Powder) - it contains SPF +15 so it's pretty much enough for me. For the eyes I use two products: Essence Long-Lasting brown eyepencil 02 and Maybelline waterproof mascara Volum'Express Turbo Boost. I remember, one year ago, I used to do a cat-eye with the eye-liner everyday. Every single day. Black eyeliner. Cat-eye. It was just crazy. And then, one day, I stopped. I suddenly realized it was way too harsh for me so I switched to a very thin brown eyepencil. When it comes to mascara I can't really recommend anything since everything works pretty in the same way for me. I usually buy something from Maybelline and here, in Rome, I'm using a waterproof version - the last thing you want it to have a panda bear around your eye.

Poranek rozpoczynam bardzo pozytywnie, otwieram oczy i wypowiadam kilka typowo porannych zdań "Zabiję ten głupi budzik" lub "Zaraz wyrzucę ten głupi budzik przez okno" albo ewentualnie "Nienawidzę tego głupiego budzika". Następnie, czująca się bardzo rześko i w wyśmienitym humorze, udaję się w końcu do łazienki. I tu zaczyna się niezmienny rytuał (w końcu dotrwaliśmy do najważniejszej części postu) : przemywam twarz płynem micelarnym w piance Nuxe Micellar Foam Cleanser with Rose Petals (dłuższych nazw chyba nie da się wymyślić), następnie spryskuję ją wodą termalną Avene. I chociaż mój tata puka się w czoło i mówi, że straciłam głowę, żeby wodę kupować w aptece, to ja uparcie twierdzę, że nie jest to zwykła woda, a poprawa skóry jest zauważalna. Potem robię ruch "krzyżowy" nakładając szybko puder Clinique (Clinique Almost Powder) - zawiera on filtr +15, więc nie używam specjalnego kremu przeciwsłonecznego. Do makijażu oczu potrzebuję dwóch rzeczy - brązowej kredki Essence Long-Lasting 02 i wodoodpornego tuszu Maybelline Volum'Express Turbo Boost. Pamiętam, że jeszcze rok temu, miałam w zwyczaju robienie wielkiej kreski czarnym eyelinerem na pół oka. Codziennie. Czarnym eyelinerem. Na pół oka. I nagle, od tak, pewnego dnia po prostu przestałam. Zdałam sobie sprawę, że nie tędy droga (sic!) i chyba tak mocnego akcentu na twarzy nie potrzebuję. Jeśli chodzi o maskarę, to nie jestem w stanie niczego polecić, bo każdy tusz działa dla mnie tak samo. Z reguły kupuję te z firmy Maybelline, a do Rzymu zakupiłam specjalnie wersję wodoodporną, bo co jak co, ale efekt pandy chyba nie jest pożądany.




So here it goes - powder, eyepencil, mascara and something on my cheeks. I'm really obsessed about having something 'on my cheeks' - I usually wear a Bourjois bronzer (colour 52). And that's pretty it when it comes to makeup. Oh, there's another thing, totally 'summery' -  a dry oil. No, no the one from my kitchen. Nuxe Huile Prodigieuse tt's the most veristile thing in the whole world - you put it on your body, on your hair, on your cheekbones, on your month, in the corners of your eyes and you shiiiiineeeee, shiiineee like a star. I mean you seriously shine, because it contains shimmer but it's not the 'bad shimmer', it's the nice one. 

A więc ma się to tak : puder, kredka, tusz i coś na policzki. O tak, jestem opętana na tym punkcie - w lecie zawsze używam bronzera Bourjois w kolorze 52. I to na tyle, jeśli chodzi o makijaż. A tak, zapomniałam, jest jeszcze jeden, typowo wakacyjny produkt - suchy olej. Nie ten z kuchni. Suchy olejek Nuxe Huile Prodigieuse, który jest chyba najbardziej uniwersalnym kosmetykiem, z jakim miałam okazję się spotkać - kładzie się go na ciało, włosy, kości policzkowe, pod łukiem brwiowym, na usta, w kącikach oczu i lśniiii się jak 'miliony monet' albo jakaś gwiazda. Lśni się dosłownie, bo olejek zawiera świecące drobinki, ale są to jedne z tych "dobrych" drobinek, ładnie wyglądających na skórze.



Having said that I'm skipping to 'body part'. That's going to be so lame. I'm definietely not the person who buys all these creams, soaps and other moistures. I just use whaterver there is in the bathroom. I don't have my favourite moisturizer aswell. Like I said, I really love the Nuxe dry oil but I also use and like a calming body cream by Polish brand Ziaja (it's called Ziaja Sopot Sun and it's really cheap). When it comes to hair I'm as lame as with the body. Whatever I find, it'll be good. Right now I'm using L'Oreal Elseve Total Repair 5 shampoo. Sometimes I'd put the conditioner from the same line. So guys, if you have any haircare products for brown hair, that you like, please write in the comment. I would really apprecciate it. I don't want to be lame forever. 
My nails were free from the nail polish for almost all summer - I just kept them bare or put a very good conditioner Eveline 8 in 1 Total Action (ahaahah I love those creative names), it makes them stonger and a little bit lighter. Somedays ago, when I was having a tiramisu in the local restaurant in Trastevere, a very polished lady sat next to me. You know the feeling when you're sitting next to a very polished lady? You're angry you can't be like her, you're amazed by her elegance and struck by her perfection. All in one. So there she was, a very polished lady with a perfect-Italian-tan with her perfectly bordeaux nail polish on her nails. Ohhh, these nails - the colour was pure perfection. So just guess what I did? Of course, the next day I ran to the nearest shop and I desperately started to look for the same colour. I found it - the nail polish is called Ever, it costs 2 Euros, its brush is really crap but the colour (Bordaux 23) is amazing. It's not really going make me a perfect lady but at least I'll have nails like her.

Podzieliwszy się z Wami moją tajemną wiedzą na temat makijażu, szybko (dobry żart) przechodzę do "całego ciała". To będzie dosyć żałosna część, bo zdecydowanie nie jestem jedną z tych osób, które kupują miliony mydełek, gąbeczek, balsamów i żeli. Używam tego, co aktualnie znajduję się na półce w łazience. Nie mam też ulubionego kremu nawilżającego - tak, jak już wspomniałam, suchy olejek Nuxe spisuje się świetnie, ale jeszcze lepszy jest żel łagodzący po opalaniu marki Ziaja (seria Sopot Sun), który stosuję jak zwykły balsam. Jeśli chodzi o włosy, sprawy mają się jeszcze żałośniej, bo tu już doprawdy moje lenistwo osiąga sam szczyt. Myję je szamponem, który znajduje się w łazience (teraz jest to L'Oreal Elseve Total Repair 5), rozczesuję i idę spać. Czasami nałożę też odżywkę z tej samej serii, ale w moim wypadku to istny dzień szaleństwa. Jeśli więc znacie jakieś godne polecenia odżywki/maski/cotamjeszczejest dla brązowych włosów, proszę podzielcie się ze mną tymi informacjami w komentarzu, bo naprawdę, nie chcę do końca życia tkwić w tej żałosnej krainie.
Moje paznokcie miały się dobrze praktycznie przez całe lato - były sobie czyściutkie, bez grama lakieru albo ze świetną odżywką Eveline 8 w 1 Total Action (ahhahah jak ja kocham te kreatywne nazwy!), która sprawiała, że były jeszcze mocniejsze i trochę jaśniejsze (wiem, że to brzmi, jak tekst z kiepskiej reklamy, ale daję słowo, że takie po niej były! I są!). Kilka dni temu, kiedy jadłam (obżerałam się) tiramisu w lokalnej restauracji na Trastevere, usiadła koło mnie bardzo zadbana pani. Znacie to uczucie, kiedy siada koło Was bardzo zadbana pani? Jesteście źli, że nie możecie być tacy jak ona, jesteście zauroczeni jej elegancją i onieśmieleni jej perfekcyjnością. Wszystko jednocześnie. Tak więc ta bardzo zadbana pani usiadła koło mnie przy stoliku, miała perfekcyjną (a jakże by mogła mieć inną) włoską opaleniznę i piękne paznokcie pomalowane na jeszcze piękniejszy bordowy kolor. Ach, ten kolor - to była perfekcja w najczystszej postaci. A więc zgadnijcie, co wtedy zrobiłam. Oczywiście, następnego dnia pobiegłam z obłędem w oczach do najbliższego sklepu i desperacko szukałam lakieru do paznokci w podobnym odcieniu. Dla chcącego nic trudnego, znalazłam lakier firmy Ever, kosztuje chyba 2 Euro, ma straszny, wprost tragiczny pędzelek i taki sam kolor, jaki miała 'Bardzo Zadbana Pani"! (Bordaux 23). Być może lakier nie zrobi ze mnie perfeckyjnej damy, ale przynajmniej będę miała tak samo perfekcyjne paznokcie.



If you're still here that means you're probably the same beauty freak as I am. Great! So now I'm really looking forward to reading your beauty must-haves! Share!!! (Aaaa I totally love this 'girly' posts!)

Jeśli przebrnęliście przez ten post i jakimś cudem nadal łączycie tu literki, to 1) serdecznie gratuluję, 2) liczę, że podzielicie się ze mną swoimi ulubionymi miksturami!!!
Read More

3/24/12

nail battle

     Saturday evening, I'm sitting on my couch, wrapped up with a blanket, hot tea in one hand, a tray of cookies is right here beside me. I haven't looked in the mirror since the early morning, I don't really care I'm wearing a set of clothes that would rather resemble Anna Piaggi than me. Life is so good, right? In the moment I'm raving about the beauty of our universe, I look down on the keyboard to type something here and....BUM. The beauty of the universe goes up in the air the time I see them. My nails.

      Sobotni wieczór, siedzę opatulona w koc na kanapie, gorąca herbata w jednej dłoni, taca ciastek gdzieś w pobliżu. Nie spojrzałam na siebie od samego ranka, mało mnie obchodzi, że w dzisiejszym zestawie ubrań bardziej przypominam Annę Piaggi niż siebie. Życie jest takie wspaniałe, prawda? W momencie, kiedy zachwycam się pięknem wszechświata, moje spojrzenie wędruje w dół, na klawiaturę, aby coś napisać i...BUM. Owo piękno staje pod wielkim znakiem zapytania, kiedy je widzę. Moje paznokcie.

      For sixteen year my nails have looked more or less like a battle field, I used to bite them, scratch them, torture them. I tried everything to get rid of the nasty habit of biting them until I found one solution : nails covered with zillion layers of nail polish. If they had looked OK, I wouldn't have to touch them, it's easy. So age 12 (that is something I fail to explain), during my holidays at my Grandma's house in a village near my hometown, I decided to get my nails done. By manicurist. I kept my parents in the dark, of course.  That was my first and last trip. Together with my four friends who were there to give me huge support, armed with my savings, we entered a small beauty saloon or a place that was called this name. I asked for a French mani, but only painting since I was terribly of afraid of all those affections you might get. After fifteen minutes or so I walked out with a transformed version of French manicure that I would describe as "very creative". Oh, and I lost twenty bucks somewhere there that the woman in the saloon (with suspicious look in her eyes included) gave me back the day after when I came back there almost crying. Note : never come to a saloon where you must for a manicurist because she was just planting in her garden. I say never.

    Przez szesnaście lat moje paznokcie nie przypominały niczego innego, tylko pole bity, gryzłam je, skubałam, znęcałam się nad nimi. Nie pomogły gorzkie paluszki, groźby, krzyki, prośby. Po wielu latach znalazłam jedyny sposób, a mianowicie MALOWANIE (wielkie odkrycia są moją mocną stroną). Jeśli wyglądały OK, nie było sensu ich ruszać, proste. A więc mając 12 lat (to jedna z rzeczy, których wyjaśnieniu nawet nie próbuję podołać), podczas wakacji u babci na wsi, zapragnęłam iść do manicurzystki, oczywiście w tajemnicy przed rodzicami, no proszę! To była moja pierwsza i ostatnia wyprawa. Razem z czterema koleżankami, które wybrały się ze mną w ramach wsparcia, uzbrojona w oszczędności, wkroczyłam do "salonu piękności", a przynajmniej miejsca, które się za taki podawało. Wielce dorosła poprosiłam o francuski manicure, tylko malowanie, bo już wtedy za dużo nasłuchałam się o chorobach i różnego typu infekcjach. Tak więc po okołu piętnastu minutach wyszłam z "salonu" ze zmodyfikowaną wersją Frencha, którą można by było opisać jako bardzo kreatywne ujęcie takowej techniki malowania paznokci. A, i zgubiłam pięćdziesiąt złotych, które na szczęście zostały mi wypłacone przez panią z kasy następnego dnia, kiedy bliska płaczu się po nie zgłosiłam. Warto zapamiętać : nigdy, ale to przenigdy nie wybierać się na manicure do miejsca, gdzie każą Wam poczekać na manicurzystkę, bo akurat sadzi rośliny w ogrodzie. Nigdy.


     Right now, I'm probably painting my them once for three days, I have no idea how women can have such flawless nails for a week! To make you understand my level of depression a little bit more, just imagine : you paint your nails on Tueday, on Wednesday they look like crap. My friend says: "It's no surprise, you're using cheap nail polishes". Oh come on, another thing to splurge on? They say you ought to have a good quality mascara, foundations and another zillion things. I lived happily for 16 years thinking that nail polishes are one of those great things that can be bought for one dollar and be fine. So what they last on my hands for one day, I was sure the more expensive ones do too. So what do you think? Is it worth to invest in one nail polish than buy a lot but cheaper? And which ones would you recommend? Save me from coming back to my nasty habit again, pleaaase. OK, I'm off to paint them again, that's amazing right, because I painted them...yesterday. Arrrggghhh

    Obecnie paznokcie maluję prawdopodobnie co trzy dni (co doprowadza mnie nawiasem mówiąc do szewskiej pasji) i zielonego pojęcia nie mam, jak kobiety mogą funkcjonować z nienagannym manicurem cały tydzień. Aby przybliżyć Wam trochę mój poziom depresji, wyobraźcie sobie, że pełni pozytywnych myśli malujecie paznokcie we wtorek, a w środę samo patrzenie na nie przyprawia o mdłości. Wyżaliłam się oczywiście mojej przyjaciółce, która stwierdziła, że w lakiery trzeba zainwestować. Nie no, bez przesady. Kolejna rzecz, na którą trzeba wydać tonę pieniędzy? Mówią już, że podkład i tusz musi być dobrej jakości. Przez szesnaście lat żyłam sobie szczęśliwie w przekonaniu, że akurat co jak co, ale dobry lakier można kupić za trze złote. Co z tego, że na paznokciu nie przetrwa nawet jednego dnia, byłam pewna, że te droższe także tak działają. I zapewne byłam w błędzie. Co o tym myślicie? Czy rzeczywiście droższe lakiery (powiedzmy...OPI czy Essie) są warte w ogóle brania pod uwagę? I które byście polecały? Błagam o pomoc, bo jak co, ale to mojego okropnego nawyku to nie mam ochoty wracać. A teraz kończę i biegnę po lakier, bo trzeba od nowa zrobić manicure, który tak się miło składa....robiłam wczoraj.
Read More

2/25/12

new hair

       Once a year a strong will to change something in my life appears inside me. I'm not good at changing habits just becasue I'm too lazy to make such an effort, I'm too tired to make an interior makeover, I'm leaving plastic surgery to the others, and wearing lipsick is not particularly 'my' thing. But there is always HAIR. Suddenly long hair seems to be so boring for me, droopy and just gross. So during this "I wanna change in my liiiiife!!!" period, I ask myself probably twenty times a day "How could I bear this awaful haircut?!" and each hour that separates me from going to hairdresser's (ABSOLUTELY GIANT CHANGE IN MY LIFE) is similiar to agony.
 
       When last week I stated firmly that my relationship with long hair was over, I had to prepare a plan of my new haircut, I just couldn't go bare -handed to the nearest salon (after all I was getting ready for the ULTIMATE CHANGE IN MY LIFE, right?). My first thought was - the 60s. You know, that nice-looking, youthful mod-alike hair, that at the same time reminds me kinda of a young parisian - always busy, but always so chic! Quickly did I realize that I don't have straight hair and straightening is not a lovely idea. So if the 60s didn't work maybe my beloved 50s could? Yes, that was an awesome idea. Just perfect. A few hours later I changed my mind though, since extremely short hair works better for the others, I suppose.
      Oh, let's not forget about Alexa! One glaze in the mirror was enought to realize we don't share the same face or body so sadly getting a haircut similar to hers was dropped out.
But THE BIG DAY OF THE BIGGEST CHANGE IN MY LIFE was about to come and when it finally did, with a bunch of haircut photos which I wasn't going to show anyway did I go to the hairdresser's.
-How are we getting them cut?
("I was thinking Lauren Bacall-alike?/Mmm...london chic would look good on me, I suppose!/Let's fray it, I want the upper section to be nice and wavy/ Ebony - that's the idea!")

-Emmmm....well, above the shoulders..?

And it happened.
       

      Przynajmniej raz do roku nachodzi mnie ogromna, przeogromna chęć zmiany w swoim życiu. Na zmiany w nawykach jestem zbyt leniwa, zmieniać wnętrza domu mi się nie chce, operacje plastyczne zostawiam innym, a szminki niezbyt często noszę. Zawsze więc zostaje pastwienie się nad fryzurą. Długie włosy takie fe, nudne, oklapnięte i w ogóle ciężkie. Właśnie w tym okresie "zmian" dwadzieścia razy dziennie zadaję sobie pytanie: "jak ja mogłam z nimi wytrzymywać", a każda godzina, która dzieli mnie od wizyty u fryzjera (CAŁKOWITEJ, NIESAMOWITEJ ZMIANY W MOIM ŻYCIU) jest dla mnie istną męką.

      Kiedy więc ponad tydzień temu uznałam, że wystarczająco się tych długich włosów nanosiłam, musiałam zrobić konkretny plan nowej fryzury. Pomyślałam, że miło by było mieć włosy w stylu lat 60., czyli coś na kształt londyńskiej 'mod girl' lub bardziej współczesnej, zabieganej, ALE bądź co bądź bardzo zadbanej paryżanki (a jak!). Szybko jednak się zorientowałam, że przecież prostych włosów to nie mam, a prostować nie zamierzam. Skoro lata 60. nie wchodziły w grę, pomyślałam, że fryzura rodem z lat 50. byłaby wyśmienitym pomysłem. Jednak kilka godzin po podjęciu tej decyzji, uznałam jednak, że aż tak dużej zmiany nie zamierzam wprowadzać i w sumie to chyba niezbyt mi będzie dobrze w aż tak krótkich włosach.
       Cóż mi zostało...Ach tak, nie zapominajmy o Alexie. Patrząc w lustro, stwierdziłam, że ani jej twarzy, ani jej figury trudno się u mnie doszukać, więc porzuciłam ten pomysł, a wtedy - wierzcie mi - na mojej twarzy odmalował się niemały smutek.
       Sądny dzień nadszedł jednak i z toną zdjęć fryzur w komórce, których i tak nie zamierzałam tworzyć na mojej głowie, udałam się do fryzjera.

- To jak ścinamy włosy?
(Może coś w stylu Lauren Bacall? / Hmm...w sumie preferowałabym londyński szyk / Może lekko postrzępmy włosy, chciałabym, aby górne partie ładnie układały się fale / A wie Pani co? Może jakiś lekki heban) 
-Eeee....no, tak jakoś przed ramiona

I stało się.

Read More

12/7/11

you can choose what stays and what fades away


(Dior Diorshow mascara + mini Diorshow Extase, album with Carl Larsson's paintings I bought for myself ;))

So it's December guys! Definitely my favourite time of the year. I got some lovely presents from Santa, which I'm showing you today and the rest is coming up (the Mango bag I've been raving about for ages!). 

Nareszcie grudzień! Mój ulubiony miesiąc, ze względu na cały świąteczny kicz, który wprost...uwielbiam.  Dostałam kilka pięknych prezentów od Mikołaja, w tym upragnioną, wymarzoną, najpiękniejszą, najcudowniejszą ;p torebkę Mango. W sumie zauważyłam ostatnio, że każda kolejna torebka jest w moim mniemaniu tą "najpiękniejszą, najpraktyczniejszą, naj..." aż pojawi się następna...W tym przypadku będzie jednak inaczej - ona jest naprawdę naj ;p
Read More

3/2/11

beauty tittle-tattle


Since I get questions about my beauty routine, I decided to make a short post it. (Okay, there's a hidden motive too. I've run out of any nice outwear I can show you!). My cosmetics are rather simple and easy to wear, since in my every-day school life there's no time for any touch-ups or wearing smoky eyes like a panda bear (and honestly, I think I have time for things like that). So here we go, these are my favourites and essentials:

Dostaję ostatnio dużo pytań na temat kosmetyków jakich używam, więc postanowiłam zrobić o tym krótki post. (jest też jeden ukryty powód- nie mam już żadnych fajnych płaszczy, które mogę tu pokazać ;p). Wszystko, co mam, jest bardzo proste i łatwe w użyciu, z uwagi na to, że na co dzień, w szkole nie mam czasu na jakieś "poprawki" czy noszenie smoky eyes a la panda (a tak nawiasem, chyba mam na to jeszcze dużo czasu). Tak więc oto moja "złota piątka" :) :
  • Nivea Baby Powder - I discovered it last summer and since than it's been my favourite product ever! When you use it first time it can be quite weird for you.It's white and it's said to be perfect for a little baby's bottom...But you know..it works for me, so I'm not complaining :) /// Odkryłam ten puder dla niemowląt podczas zeszłych wakacji i od tamtej pory nic go nie przebije! Na początku może się to wydawać dziwne...jest biały i podobno idealny dla pupci małego dzieciaczka. Ale jak się okazało-dla mnie idealny. (używam go do twarzy :))
  • MAC Fluidline -one word : love / dwa słowa: nieustająca miłość
  • MAC Secret Blush - I can't say I'm an expert when it comes to blushes, but I've never seen such a subtle colour. / Nie jestem żadnym ekspertem, jeśli chodzi o róże (no dobra, w ogóle w niczym nie jestem eskpertem), ale nigdy w życiu nie widziałam tak subtelnego, delikatnego koloru.
  • John  Frieda Miraculous Recovery masque- I'm not a nice friend for my hair. I don't use any conditioner, because I simply forget about it, but twice or once a week I put John Frieda maque so as to keep them in good condition.// Nie jestem dobra dla swoich włosów i czasami się zastanawiam, dlaczego się jeszcze nie zbuntowały. Nie używam odżywki, bo zwyczajnie w świecie o niej zapominam. Jednak raz lub dwa razy w tygodniu stosuję maskę Johna Friedy, tak żeby nie być takim bezdusznym człowiekiem :)
  • L'Oreal Professionnel Tecni.Art Volume Lift Spray Mousse - this is my newest purchase and I have to say- I love it! It works great with my shorter hair and thank God I don't have to do all this weird stuff with brush to create a volume.// To mój najnowszy nabytek, jakże udany! Świetnie współpracuje z moimi krótszymi włosami i wreszcie nie muszę robić jakiś mega skomplikowanych tańców ze szczotką, żeby trochę je podnieść.
What about you? Do you have anything that you can't live without? Share! :)

P.S. Przypominam także o trwającej sondzie Oskary Fashion 2011 :) Oddawać głosy można tutaj . Mój blog został też nominowany do nagrody Blog Fashion Image w konkursie Modne Kreacje 2011 (haha, ile się tego narobiło :)) Głosować można tutaj
Read More

7/30/10

red

Na Wasze komentarze z poprzedniego posta odpowiem za kilka dni, teraz pakuję się i jadę do babci. Naszyjnik kupiłam na wyprzedaży chyba w Świecie Spinek ;), no i czerwone usta- chyba drugi raz na blogu. Będąc w Stanach, chciałam kupić marker do ust Givenchy , ale dużo tańszy odpowiednik znalazłam z firmy Revlon. Bardzo podoba mi się ten kolor, ale i tak wolę niepomalowane usta ;)

Hey guys! I just want to let you know I won't be able to answer your emails for a few days. I'm going to my Grandma tomorrow, she lives on a village so....;) The bright side is that I'll get some rest and finally find time to excercise! Anyways, today I'd like to show you my new necklece and tamtadadam! I'm wearing red lipstick ;) I was totally crazy about Givenchy lip marker but it was too expensive. Fortunately I found something similar by Revlon. It's amazing but I still prefer nude lips (by nude I mean wearing nothing -not wearing nude lipstick ;)) See ya!
Read More

3/8/10

rudolf the red nose reindeer
Z czerwonym nosem "ochoczo" ruszam do szkoły. / I say: call me Rudolf the Red Nose Reindeer.
wearing sh pullover, ny chains
Read More

3/1/10

so boring



Jakże ciekawy dzisiejszy post ;) Nie ma to jak chodzić w obłędzie po pokoju i desperacko próbować uchwycić coś w "to wygląda lepiej niż w rzeczywistości" kadrze. Tak w ogóle to w skasowanym, poprzednim poście (uznałam, że kiedy indziej pokażę Wam ten outfit, już z twarzą :D) dostałam pytania, na które teraz odpowiem:
1) Jak się uczysz?  Myślę, że dobrze ;) Na koniec podstawówki miałam średnią 5.7 ;), na koniec pierwszej klasy gimnazjum 4.91. Przeważnie przychodzę z piątkami do domu ;D, najgorzej jest z matematyką, ale ostatnio jestem niezmiernie szczęśliwa, bo podnoszą mi się wyniki ;)
2) Na którą masz do szkoły i czy możecie ubierać się jak chcecie? Tylko w pon. mam na 12.50 i siedzę w szkole do 18. W inne dni od 7.30 maksymalnie do 15.20. W szkole mamy mundurki (kamizelki, t-shirty- do wyboru), raczej nie nosimy krzykliwych kolorów itd.

You don't have to tell me that today's post is soooo boring, cause I know it ;) Anyways I got two questions:
1) What are your marks at school?  I think I'm a good student ;) Sometimes I get B and hardly ever C (well...apart from Maths BUT I got an A a few days ago;)) I don't have any problems, I can call myself "A-girl" (what name hahaha)
2) What time does your school start and do you have uniforms or something like that? On Mondays my school starts at 12.50 and ends at 18.00. Other days- 7.30 till 14.35. Yes, we do have uniforms (unfortunetely). We can wear a vest or t-shirt and we shouldn't wear colours like red, green or pink.
Read More

11/23/09

beauty post? call it whatever you want
Yesterday I got an email, in which one girl asked me about beauty products that I use. So I decided to make a list of things that really work, smell nice or mean something special (ymmm..) to me.// Dziękuję bardzo Terpsychorze, która przetłumaczyła wszystko na polski ;) Ja bym tego nigdy nie zrobiła, bo ciągle brakowało mi czasu ;) Jeszcze raz wielkie dzięki!


1. Mario Badescu Drying Lotion- pimple killer that really really really ! (;)) kill them. Maybe it doesn't change your face, but it definetely helps reducing your problem with whiteheads


2.The Body Shop Pomegranate Body Butter- i bought it on my summer holiday in England and since that time I've been using it every day but it hasn't finished yet. I love its smell - I must look for a smaller version of this butter (to have it in my bag)//kupiłam je podczas wakacji w Anglii i od tego czasu używam codziennie. Pomimo takiej eksploatacji jeszcze się nie skończył. Uwielbiam jego zapach - muszę poszukać jakiejś mniejszej wersji tego masła (żeby nosić je w torbie).


3.Rene Furtener Curbicia Shampoo - I bought it once to give it a try and I wasn't disappointed! This shampoo finally helped me with my hair. Unfortunetely it's very expensive for me, so I won't buy it once again.//kupiłam raz, na próbę i nie zawiodłam się! Ten szampon w końcu rozwiązał moje problemy z włosami. Niestety - jak dla mnie jest bardzo drogi, więc kolejny raz raczzej już go nie kupię.

4. L'Oreal Professional Tecni.Art Spiral Splendour- my favourite conditioner ever! I have very strange hair- it's between straight and curly (nowadys more curly). This conditioner works perfect on them. I've never had such a good thing in my bathroom ;)//moja ulubiona odżywka! Mam bardzo dziwne włosy - coś pomiędzy prostymi, a kręconymi (obecnie są bardziej kręcone). Ta odżywka działa na nie świenie. Nigdy nie miałam tak dobrej rzeczy w mojej łazience ;).


5.Bourjois Blush- i got it from my auntie ;) I don't know which colour is it (I cannot find the number;)) but it looks very nice on my face.///dostałam go od mojej cioci ;). Nie wiem jaki to kolor (nie mogę znaleźć numeru ;)), ale na mojej twarzy wygląda bardzo fajnie.


6. DKNY Be Delicious- it's very fresh and makes me smile whenever i smell it ;) Perfect for school. In the evening I usually use The Beat (Burberry)//są bardzo świeże i sprawiają, że uśmiecham się za każdym razem kiedy je powącham ;). Idealne do szkoły. Na wieczór używam zazwyczaj używam The Beat (Burberry).

7.Sephora Eye-Pencil - I use a little bit of it under my eye, because I don't wear any mascara. Two years ago I used mascara for the first time for a longer period of time (2 weeks haha ;D) and I stopped - mascara is the worst thing you can do to your lashes. It makes them so weak! Fortunately I don't need any of it- my lashes are naturally black (thank God).//używam jej trochę pod oczami, ponieważ nie stosuję żadnego tuszu do rzęs. Dwa lata temu użyłam maskary po raz pierwszy przez dłuższy okres czasu (2 tygodnie, haha ;D) i przestałam. Tuszowanie rzęs jest najgorszą rzeczą jaką możemy im zrobić - bardzo je osłabia! Na szczęście ja nie muszę go używać - moje rzęsy są naturalnie czarne (dzięki Bogu).


8. Carmex- amazing, amazing thing that you should have in your bag. One word: perfect.//niesamowita, niesamowita rzecz, którą powinnyście mieć w swojej torbie. Jedno słowo: wspaniały.


9.Eye-curler - all right, this is not a cosmetic, but I use it every day. As I said I don't use mascara but I curl my lashes. My dream eye-curler is from Shu Uemura. Maybe I'll buy it one day ;)//no dobra, może to nie jest kosmetyk, ale używam jej codziennie. Tak jak powiedziałam nie stosuję maskary, ale podkręcam rzęsy. Moja wymarzona zalotka to ta od Shu Uemura. Być może któregoś dnia ją kupię ;).

Any questions? Just write ;)
Read More