Showing posts with label people. Show all posts

10/28/12

WARSAW STORIES


I love getting out of Krakow - even when my destination is not so far away. Last week I went to Warsaw for one day and this meant waking up at 4 AM to catch the train at 5.30. You see, I was really desperate. The whole compartment was empty (because nobody that has something called 'a brain' goes to the capital city on Sunday. At 5 AM.) So I made a little party with my friend (after having  2 cups of coffee injected) because nothing seemed to be better than having running competitions in the middle of the night - 5 o'clock is not morning. Please. Before nine we got to Warsaw. You see, there's always a little bit of tension between people from the capital city and the ones that live in the next most well-known city in the country. So you have Warsaw people and Krakow people. Warsaw people say Krakow sucks. Krakow people say Warsaw sucks. It's like a big never ending story. I like Warsaw. It's pretty. Totally different from Krakow but maybe that's why it's so interesting for me.


Ucieczki z Krakowa są jedną z moich ulubionych form powstrzymywania się od roztrzaskiwania głowy o ścianę z powodu natłoku szkolnych obowiązków, problemów egzystencjalnych i tych mniej egzystencjalnych; ogólnie rzecz biorąc, żeby zachować względną równowagę psychiczną, muszę wyjechać, chociażby na kilka godzin. I tak w zeszłą niedzielę wybrałam się na dzień do Warszawy - to oznaczało pociąg po godzinie piątej i jednocześnie pobudkę o godzinie czwartej (w nocy). Moja pobudka o tej godzinie może wam potwierdzić silną potrzebę tych wyjazdów, bo takie rzeczy popełniają ludzie chyba tylko w akcie desperacji. Cały wagon miałam do podziału z Basią (bo nikt normalny nie wybiera się do  Warszawy w niedzielę o piątej), więc po wypiciu dwóch kaw, z odpowiednią "nastrojóweczką" (takiego słowa użył przesympatyczny pan konduktor, włączając i wyłączając światła) urządziłyśmy małą, prywatną imprezę. A przed dziewiątą byłyśmy już na miejscu. Podobno mieszkańcom Krakowa nie wypada lubić Warszawy. I na odwrót. Powiem Wam, że lubię W. Jest zupełnie różna od Krakowa, ale może dlatego wydaje mi się taka interesująca? I niech mnie niektórzy błotem obrzucają, ale zdania nie zmienię.







I love roofs. I'm totally obsessed about them. When I heard about the roof garden from Agata I was desperate to go there. Honestly speaking I only like New York better than this (seriously). I can't even imagine how wonderful it looks at night or covered with snow.

Moją pierwszą miłością zawsze były i będą dachy. Kiedy więc Agata powiedziała mi o ogrodzie na dachu (!!!!!!) Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego, byłam pewna, że z tego narodzi się kolejna wielka miłość. I wcale się nie myliłam. Nie wyobrażam sobie, jak pięknie musi wyglądać to miejsce pokryte śniegiem albo w nocy.



As I said, I got to Warsaw before 9 AM so I met with Agata from Sparks&Whispers to have a little chat and breakfast too. Since I am a FASHION blogger I just needed to take photos of FOOD, because  this is what we, fashion bloggers, normally do all the time do - we keep you guys updated about what goes to our stomach. Sometimes I feel pretty lame because my phone lacks of Instagram (=no pretty pictures of every single coffee, slice of bread, vegetables that have appeared in my life)

Tak jak pisałam, w Warszawie byłam przed dziewiątą. Z Agatą ze Sparks&Whispers spotkałam się w MiTo. Oczywiście jako MODOWA blogerka, musiałam zrobić pięć milionów zdjęć JEDZENIU, bo prawda taka, że my, blogerki (MODOWE) zajmujemy się właśnie informowaniem Was, co w danym momencie idzie do naszego brzucha. Niestety, Instagramu mój telefon nie posiada, więc fotografowanie każdej kawy, kawałka chleba i każdego warzywa napotkanego w życiu, nie wchodzi u mnie w grę.




Since I can get lost even in my own appartment, I asked A. to give me address of the best spots in Warsaw so that I could find them on my super-great-prepared-at-home-maps. I was sooo prepared. But then I realized I forgot to take them with me. The same stuff happened with my camera - I wanted to be so prepared, so I thought 'why do I have to take one camera when I can two?". So I was a walking-talking camera shop and when I was about to take the most beautiful picture ever with my Canon, the most horrible sign appeared on the screen "No CF card". That's called 'blogger drama'.


Z racji tego, że zgubić potrafię się nawet w swoim trzypokojowym mieszkaniu, poprosiłam A. o podanie mi adresów kilku ładnych miejsc w Warszawie tak, żebym mogła je odnaleźć i zaznaczyć na moich super-świetnych-wcześniej-wydrukowanych-profesjonalnych mapach. Byłam gotowa na wszystko i przygotowana do granic możliwości. Wszystko poszłoby wyśmienicie, gdyby nie fakt, że tych super-ultra map zapomniałam wziąć z domu. Podobnie potoczyła się sprawa z aparatem - pomyślałam, że skoro chcę być taka przygotowana, to zamiast jednego aparatu, wezmę dwa. Chodziłam więc po Warszawie, wyglądając jak sklep elektroniczny, a w momencie, w którym chciałam zrobić zdjęcie Canonem, na wyświetlaczu pokazał się najbardziej złowieszczy napis: "Brak karty"(to tak z serii "Dramaty Blogerki").








So I was left with my little Sony camera. I think it did a pretty good job, especially that most of the time I was shooting pics and recording everything at the same time ;)

Zostałam więc tylko i wyłącznie z moim nowym Sony. Można powiedzieć, że był to mniej więcej dla niego test bojowy. Spisał się świetnie, dodatkowo biorąc pod uwagę to, że przeważnie w tym samym czasie chciałam robić i zdjęcia, i kręcić video.







I also met with Julia who works for SHOWROOM, which is a Polish online platform gathering young designers. Showroom is one of the companies I trurly respect when it comes to making any colaborations since they work very closely with bloggers but still, they treat us just as like they would treat every business partners.

Udało mi się spotkać z Julią, która na co dzień pośredniczy w kontaktach między projektantami a SHOWROOMEM. To tak naprawdę jedna z nielicznych firm, o których mogłabym mówić i mówić w samych superlatywach i wychwalać to, co sobą reprezentują, ale i to, jak współpracują, np. właśnie z blogerkami (czytaj: traktują je poważnie). Co prawda nagrałam całą naszą rozmowę, ale moje zdolności obróbki video nie są jeszcze na tak porażającym poziomie, aby głos był słyszalny.




I'm leaving you with this short video I made with my friends. Have a lovely week!

Zanim Was zostawię z krótkim filmikiem (ustawcie sobie 720 p :)), chcę tylko powiadomić, że w ramach współpracy z Sony, organizuję konkurs, w którym do wygrania jest ten sam model aparatu, który posiadam ja ;) (czyli Sony NEX-F3 z obiektywem 18-55 mm). Co trzeba zrobić? Interesuje mnie odpowiedź na jedno pytanie - jak wg Was wyglądałoby idealne zdjęcie? Chodzi mi nie tylko o to, co miałoby przedstawiać, ale także jaki byłby kadr, kolory, jak wyobrażacie sobie światło. Swoją odpowiedź  (kilka zdań na ten temat) możecie przesłać mailem na adres: weronika.sony@gmail.com do 4 listopada ;)


Read More

9/30/12

Tête-à-tête / Janusz Kowalski, goldsmith

You know this feeling, when a wonderful and absolutely superb idea comes to your mind, you can see everything in your mind but suddenly you're stopped by some stupid obstacles you didn't foresee? It happens to me all the time. A few weeks ago I thought I would talk to some people that represent more niche jobs. So when all the corset-makers and hatterrs kicked me out from their workshops I came to three sad conclusions: 1) I can't make people respond to my persuasion, 2) I'm not a walking-talking advertisment of what I do, 3) it's high-time to make my own business cards. I never thought I'd need them but I noticed that without them, instead of making people smile, I rouse in them emotions that a common door-to-door salesman does. Fortunetely, I found a wonderdul and super-nice man, Mr Janusz Kowalski, who runs his own goldsmith's on Sienna Street 12 (the strict center of Krakow)


Dziwnie to czasem bywa z tym całym blogowaniem, bo przychodzi człowiekowi pewien pomysł do głowy, już widzi jego pełną i wspaniałą realizację, aż tu nagle po drodze zatrzymują go przeszkody, których nie udało mu się przewidzieć. Tak było i w moim przypadku, kiedy kilka tygodni temu pomyślałam, żeby na blogu zrobić serię spotkań z ludźmi reprezentującymi nieco bardziej niszowe (choć znowu z tą niszą tak bym nie przesadzała) zawody. Kiedy więc wszystkie panie gorseciarki i kapeluszniczki wyrzuciły mnie ze swoich zakładów, doszłam do trzech smutnych wniosków: 1) siła perswazji nie jest u mnie na wysokim poziomie, 2) nie jestem chyba chodzącą reklamą tego, co robię 3) czas najwyższy wyrobić wizytówki. Do tej pory niezbyt mi to myśl zaprzątało, chociaż byłam świadoma, że praktycznie każda blogerka takowe posiada. Ja sobie jakoś bez nich radziłam. Aż nagle okazało się, że bez wizytówki zamiast serdecznego uśmiechu budzę raczej emocje podobne do tych na widok akwizytora. Znalazł się jednak przemiły człowiek, pan Janusz Kowalski, prowadzący zakład złotniczy w samym sercu Krakowa, który zgodził się na rozmowę i zdjęcia bez wcześniejszego posyłania mi podejrzliwych i pełnych obaw spojrzeń. I tak oto znalazłam się na ulicy Siennej 12.




My relationship with jewellery reminds me of my relationship with a cat sitting on the tree, so basically there's no relationship at all. I can't say I wear a lot of shiny stuff but at the same time I'm not a type of minimalist who would only wear one basic watch and one simple ring on his ring finger. So it was even more interesting for me to meet with a person who has been in the jewellery business for more than forty-five years (FORTY-FIVE YEARS, for me it's like infiniiiity)


Moja relacja z biżuterią przedstawia się mniej więcej tak, jak moja relacja z kotkiem Mruczkiem na drzewie, czyli nijak. Nigdy nie mogłam zaliczyć się ani do grupy zakładającej każde możliwe świecidło na każdą możliwą część ciała, ani też do grupy minimalistów noszących na przykład tylko jeden określony typ zegarka i jeden surowy pierścionek zawsze na palcu serdecznym. Biżuteria odgrywa dla mnie podrzędną rolę. Tym bardziej więc byłam ciekawa spotkania z człowiekiem, dla którego od czterdziestu pięciu lat jest ona całym światem (czterdzieści pięć lat....jest to dla mnie dość przerażająca perspektywa).






It's quite funny when you realize how a kid perceives the idea of choosing a job - I remember, a few years or even months ago I would think that after high-school there is a big black stroke, in which you choose your studies and after this bag black stroke you graduate and you work in the job connected with your studies for the rest of your life. Yeah, I know it's dumb. So I talk with a lot of people and with each conversation I realize how stupid my idea was. Mr Kowalski studied law for two years (who knows, maybe I'll choose applied mathematics?) and then he left Poland, he worked in Denmark, USA and then he came back, he decided to say 'bye-bye' to law and he started working on his goldsmithery. Back then you had to had to have proper skills to run your own workshop. Right now even I could become a goldsmith if I liked to. I wonder if it's good because if even I could call myself a goldsmith how can you not talk about the downfall of jewelry trade?


To dosyć zabawne, jak dziecko wyobraża sobie wybór pracy i dorosłą karierę - kilka lat temu, a nawet kilkanaście miesięcy temu wydawało mi się, że po skończeniu liceum następuje "wielka krecha", kiedy to wybiera się studia, a po "wielkiej kresce" te studia się kończy i zgodnie z kierunkiem pracuje się w odpowiednim zawodzie do końca świata. Dosyć spaczone miałam o tym pojęcie, nie powiem. I im z większą ilością osób na ten temat rozmawiam, tym bardziej wyprowadzam się sama z błędu. Pan Janusz studiował dwa lata prawo (kto wie, może ja wybiorę matematykę stosowaną), aby potem wyjechać, pracować w Danii, Stanach, rzucić prawo i uczyć się zawodu złotnika. A wtedy jeszcze trzeba było się uczyć - bez dyplomu mistrzowskiego nie pozwalano na otwarcie własnego zakładu. Teraz może to zrobić każdy, nawet ja za rok mogłabym otworzyć sobie biznes koło pana Janusza i nikt by się nie sprzeciwiał. Zastanawiam się, czy to dobrze, bo skoro nawet ja mogłabym nazwać siebie złotnikiem, to jak tu można nie mówić o upadku sztuki jubilerskiej? 





Some years ago a client would bring his own piece of gold and the job of the golsmith was to work on this unique piece and create something that would please the buyer. Now, it's so much different - a client comes, many products are shown to him and either he likes them or not. There are not so many people who work on jewelry from the very beginning to the very end, that take care of everyting. And unfortunetely the fewer goldsmiths, the more expensive the services are.

Goldsmith's workshop and a common jewelry shop are two different words. You don't see here plastic beads jumping on the floor neither you see entangled necklaces somewhere in the corner. Maybe it sounds weird but you can literally feel the respect for handmade things and work here. Jewelry is treaten as a work of art. Although some of the prices are totally out of this world, it's nice to come there and just inhale this wonderful atmosphere.


Dawniej, jak twierdzi pan Janusz, to klient przynosił własny kawałek złota, a zadaniem złotnika było stworzenie z tego kawałka czegoś, co usatysfakcjonowałoby kupującego. Teraz kupującemu pokazuje się po prostu gotowe produkty, które albo mu pasują, albo nie. Zostało już bardzo mało ludzi, którzy zajmują się biżuterią od A do Z, a nie polegają na produkcji maszyn. Złotników jest coraz mniej, a co za tym idzie, usługi są coraz droższe.

Zakład złotniczy a sklep sieciowy z biżuterią to dwa różne światy. Tutaj plastikowe korale nie skaczą po podłodze, a naszyjniki nie leżą zaplątane gdzieś w ciemnym kącie. Może dziwnie to zabrzmi, ale czuć tu szacunek do zrobionej własnoręcznie biżuterii, do pracy, a wszystkie rzeczy traktuje się jak dzieła sztuki. I chociaż niektóre ceny spędzają sen z powiek, to warto wybrać się do takiego miejsca, przynajmniej  po to, żeby przesiąknąć raz na jakiś czas tą przyjemną atmosferą.



PS1 Jeszcze raz dziękuję za wszystkie miłe słowa o moim czwartkowym "występie" w Dzień Dobry TVN. A kto nie widział, a ciekawy, może kliknąć TUTAJ, aby obejrzeć video.

PS2 To pierwszy post, w którym zdjęcia robię innym aparatem, niż zazwyczaj. Nawiązałam współpracę z Sony, które udostępniło mi najnowszy aparat - zobaczymy, jak się będzie sprawował. Na razie torebka stała się lżejsza (bo nie muszę tachać mojego wielkiego Canona), a! i oczywiście najlepsze w tym wszystkim jest to, że w końcu (!) będę mogła zrealizować tak długo wyczekiwane video. Posty, w których zdjęcia będą wykonane aparatem Sony, a nie Canonem, oznaczać będę banerem:



Read More