Showing posts with label travel. Show all posts

8/27/13

LONDON BABY!





I'm back. I spent only eleven days abroad but still, I feel as if I haven't seen Krakow for half a year. If during the absence on my blog you somehow happened to stalk me on Facebook, Instagram or Twitter, you probably know that together with my best friend we organised a tiny little Eurotrip. It was basically a trip to four big cities - I went to Stockholm, London, Amsterdam and Milan. How was it? Well, I came back to Poland alive so I gotta say, we did a solid job. Of course, I wouldn't be me if I hadn't had some drama moments during the journey. Yes, I did run on board being the last passenger, I was accused of using fake money and I did pray for finding 1.70 Euro in my wallet to buy something to eat for breakfast on my last day in Milan. But generally, I did completely fine, during those eleven days I saw so many beautiful places and I brought back home amazing and absolutely beautiful memories that will last forever. I also have seen recently that a lot of you were asking about how I planned the whole thing, which transport I used, how I packed my bag and all that stuff and yes, there will be coming a whole separate post about it that should be up around the beginning of Septemeber (it hopefully will be a video, yay). Today I'm taking you with me to my second destination - London. I spent there five days and honestly didn't want to leave, I didn't want to leave so dramatically that it was just pathetic to look at me in that condition.
 
Wróciłam. To było tylko jedenaście dni podróży, a i tak czuję się, jakbym Krakowa nie widziała przynajmniej od pół roku. Jeśli zahaczyliście gdzieś podczas mojej nieobecności na blogu o inne strony, gdzie się ochoczo produkuję (facebook, instagram, twitter), to wiecie, że razem z moją przyjaciółką zorganizowałyśmy same wycieczkę po czterech miastach - Sztokholmie, Londynie, Amsterdamie i Mediolanie. Dotarłyśmy żywe do Polski, więc mogę stwierdzić, że dałyśmy radę. Nie obyło się oczywiście bez kilku super dramatycznych momentów, wbieganiu jako ostatnie na pokład samolotu, byciu oskarżanym o używanie fałszywej gotówki i modleniu się o 1.70 Euro na śniadanie ostatniego dnia, ale generalnie świetnie to wszystko zaplanowałyśmy, zwiedziłyśmy kawałek Europy i przywiozłyśmy jedne z najpiękniejszych wspomnień w naszym życiu. Widziałam, że pojawiło się sporo pytań dotyczących tego, jak zaplanowałam podróż, jak się pakowałam, jak szukałam noclegów itd., dlatego poświęcę temu osobny post, który powinnam wstawić na początku lub w połowie września (w zależności jak się uwinę z filmowaniem). Dzisiaj natomiast zabiorę Was ze sobą do drugiego punktu mojej podróży, w którym spędziłam aż pięć dni i z którego rozpaczliwie nie chciałam wyjeżdżać, a mianowicie do Londynu (pozostałe miasta wrzucam do jednego postu, bo nie mam aż tak dużo zdjęć).




Let me just tell you, London turned out to be the biggest and the best surprise ever. Before Eurotrip I visited this city twice - I was about 12/13 and had less than 24 hours to see the main spots. I don't remember nearly anything but the thing I do remember is that I thought London was OK. OK? Coming back here after five years let me see this city from a totally different perspective and honestly guys, "OK" seems like the biggest bullshit that you can tell about London. I can't even express how I  love this city. I like it more than I like the XX, I like it more than I like scrolling down tumblr, I even like it more than I like breadcrumbs (and it says A LOT).

Londyn okazał się największą i najlepszą niespodzianką, jaką tylko mogłam sobie wymarzyć. Nie licząc eurotripu, byłam w tym mieście dwa razy - miałam około 12/13 lat i 24 godziny na zobaczenie miejsc tak zwanych "must see". Szczerze, to już niczego z tej podróży nie pamiętam, gdzieś tam tylko jawi się za mgłą Big Ben i tyle mi z tej wycieczki mniej więcej zostało. Pamiętam jedynie jeszcze jedną rzecz - po powrocie do domu uznałam, że Londyn był w porządku. W porządku? Po kolejnej wizycie, tym razem pięć lat później, stwierdzam, że mówienie o tym mieście, że jest "w porządku", zahacza o jakiś paragraf w kodeksie karnym. Z radością otwieram więc kolejny rozdział w moim życiu i witam nową obsesję - Londyn. Lubię go bardziej niż the XX, lubię go bardziej niż przeglądanie tumblri, lubię go nawet bardziej niż bułkę tartą (a to już poważna sprawa).




 
Even though I spent most of my Eurotrip with Kasia, we had our friend Anita flying to us from Poland for these five days. And we wouldn't be able to spend so much time in London if not for two incredible human beings - Ludwika and her man Simo. I feel that this post should be basically a 'gratitude post' but at the same time words can't describe how thankful we are. Ludi and Simo, not knowing us (Ludwika knew me only from my blog) before, gave us their whole appartment for our stay, helped us with everything and on our second day we were served a Italian dinner made by Simo that included the best pesto I've eaten in my life and loads of other delicious things (I don't want to keep desribing the food here since right now I'm on my flight home, I'm starving and haven't eaten anything for eight hours so just excuse me). Just one more thing. For the dessert we were given a home made panna cotta with...raspberries. Yes. Raspberries (here comes a delicate referencje to my blog' s name). I am not even kidding you. Together with girls we decided it is high time to create their fan page on Facebook, cause for Christ sake, such positive and warm people should be superheroes or something. Ludi and Simo - thank you so much again!

Większość eurotripu spędziłam z Kasią, do Londynu jednak, na te kilka dni doleciała do nas z Polski Anita. Nie mogłybyśmy spędzić jednak tak dużo czasu razem w tym mieście, gdyby nie dwójka niesamowitych ludzkich stworzeń - Ludwiki i Simo. Mam takie poczucie, że cały ten post powinien być jednym wielkim postem dziękczynnym, a jednocześnie doskonale wiem, że słowa i tak nie wyrażą, jak strasznie jesteśmy im wdzięczne (i nimi zachwycone)! Ludi i Simo nie znając nas w ogóle (Ludwika kojarzyła mnie jedynie z bloga), oddali nam swoje mieszkanie na czas naszego pobytu, pomogli w absolutnie każdej kwestii, a drugiego dnia została nam zaserwowana włoska kolacja przygotowana przez Simo. Kolacja składająca się z najlepszego pesto, z jakim miały styczność moje kubki smakowe w całym życiu, i innych niesamowitych rzeczy (nie rozpisuję się zbytnio o jedzeniu, bo wciąż myślę o nim myślę po głodowaniu w Mediolanie na ostatnim etapie wycieczki). Jeszcze tylko jedna rzecz - jako deser dostałyśmy robioną w domu panna cottę z....malinami. Tak. Malinami (jeśli jeszcze ktoś nie zrozumiał, o co mi chodzi - przetłumaczcie nazwę mojego bloga). Naprawdę nie zostaje inna rzecz do zrobienia niż założenie tej dwójce fan page'a na Facebooku, bo tak pozytywne i ciepłe osoby powinny zostać super bohaterami czy kimś w tym rodzaju. Ludi i Simo - jeszcze raz dziękujemy!





So yeah, here is the rest of my trip - we once had a typical English breakfast, I went to British Museum, National Gallery and Museum of Natural History (I'm saving Tate for my next visit!). I also went to Madame Tussauds and let me just tell you, it was like the biggest scam in my entire life cause I spent 30 pounds (30 freaking pounds) just to hear that One Direction wasn't there and they were about to come back in two days. Later that day I found out on Twitter that 1D (I mean the real boys, not the statue) were actually IN LONDON for their première. Bravo. Congratulations to the lamest fangirl ever. Besides that, I also took a trip to Harry Potter Studios and it was amazing. I was on Privet Drive. My life is complete now. Kisses!
 
A oto reszta mojej wycieczki  - raz wybrałyśmy się na typowe angielskie śniadanie, odwiedziłam British Museum, National Gallery i Muzeum Historii Naturalnej (Tate zostawiam na kolejną wizytę!). Poszłam też do Madame Tussauds, które okazało się największą ściemą mojego życia, bo wydałam 30 funtów (30 funtów, nadal mam z tym problemy), tylko po to, żeby usłyszeć, że niestety, ale nie ma figur One Direction, bo gdzieś tam sobie latają, ale wracają już za dwa dni. Za dwa dni to ja już byłam w Amsterdamie. Kilka godzin później tamtego feralnego dnia, przeczytałam na Twitterze, że 1D (nie figury woskowe, ci prawdziwi), podczas gdy ja załamywałam się w Madame Tussauds, byli kilka ulic dalej, pozując przed rozpoczęciem premiery filmu. Brawo. Serdeczne gratulacje kieruję do siebie. Oprócz tego udało mi się też pojechać do miejsca, gdzie kręcono wszystkie części Harrego Pottera i mam na ten temat do powiedzenia tylko tyle, że było to iście wspaniałe przeżycie! Stałam na Privet Drive - moje życie nabrało sensu. Do zobaczenia!

Read More

8/4/13

LOUIS VUITTON AND PARIS PHOTO DIARY
During my stay in Paris, just one day before my awesome birthday in Disneyland, I was invited by Louis Vuitton to visit their famous store on the Champs Elysees. It was a lovely experience, I'm telling you. I had a private tour around the store which is HUGE and jam-packed with clients and tourists who just want to see probably the most important place in Paris in terms of luxury shopping. And yes, just in case you're wandering - I am wearing LV dress in the photo. The dress was beautiful, Sofia Coppola wore it this year in Cannes and I almost fainted in the changing room. Oh, and excuse this crappy, so-not-luxurious photo taken with my phone but my camera lens didn't want to capture this dress in a proper way. So yeah, here I go - taking selfies in LV store.

Podczas mojego pobytu w Paryżu, dzień przed najlepszymi urodzinami w Disneylandzie, zostałam zaproszona na odwiedziny najsłynniejszego sklepu Louis Vuitton na Champs Elysees. Sklep jest ogromny, podzielony na kilka części i pięter, ma tajemne przejścia i pokoje, dostępne tylko nielicznym, które dzięki oprowadzaniu, miałam okazję zobaczyć. Tak, na zdjęciu powyżej i poniżej mam na sobie sukienkę Louis Vuitton. Była przepiękna, Sofia Coppola nosiła ją w tym roku na festiwalu w Cannes, a ja prawie zemdlałam w przymierzalni. Wybaczacie dosyć ubogie w jakość zdjęcie z komórki, ale mój obiektyw odmawiał objęcia w całości sylwetki.






 
Oh, the traveling section. Girl, if you ever find yourself going on camping holidays, don't worry - LV will provide you with everything you can possibly think of, including  cocoon-birdy-looking giant storage for your books and toilettes. And speaking of books - you don't have to worry neither, cause you've got a LV cover for it as well. You can also buy LV mini-table, hammock (in case your bold and beautiful life makes you a little tired and you need a short nap) and lamp. I honestly don't even want to think how much it all would cost. On the other hand though, looking at all these camping things made me wander - if you have enough money to buy a cocoon from Louis Vuitton, do you actually live in a tent ever?

O tak, sekcja podróżna. Jeśli zdarzy się Wam kiedyś jechać na wakacje pod namiot - głowa do góry, LV dostarczy Wam wszystko, o czym tylko możecie tylko pomyśleć, włączając gigantyczny, kokoniasto - ptakowy wór, który będzie przechowywał książki i przybory toaletowe. Będąc już przy książkach - w ogóle nie musicie się o nie martwić, bo ochroni je specjalny pokrowiec. Możecie też kupić inne rzeczy, niezbędne podróżnikowi na campingu - stolik LV, hamak (na wypadek, gdybyście potrzebowali krótkiej drzemki - piękne i bogate życie potrafi przecież zmęczyć), a nawet lampę. Naprawdę, nie chcę się nawet zastanawiać, ile za to wszystko trzeba by było zapłacić. Z drugiej strony, patrząc na ten cały ekwipunek, zaczęłam się zastanawiać - czy jeśli kogoś stać na kupowanie kokoniastego wora Louis Vuitton, to czy jeździ w ogóle jeszcze pod namiot?



 
Somewhere in a secret place in LV store there is a secret room that you need a secret code to get in and it's basically a saloon for special clients that come and say 'Hey, I need another LV bag, this time I want it special and design it by myself'. So basically what happens in this room is creating a perfect bag with a client. You can choose everything on your own - the type of leather, colour, shape, etc. On average, it takes about 4-6 months to get your bag. Sometimes you need one meeting with a client to design a bag, sometimes you need lots of them. People come here with their children and let them choose everything, because they treat the bag as some sort of heritage. Most of the time, people who order such bags are foreigners. I was like 'Emm..so they come to Paris several times just to have a meeting a choose the color of the leather?'. The man who was showing me around gave me the best answer ever. 'If they can afford a Louis Vuitton bag, they can surely afford a ticket to Paris'. Well, I couldn't not agree with that.
 
Gdzieś w sekretnym zakamarku sklepu jest sekretny pokój, do którego potrzeba sekretnego kodu, żeby się dostać i jest to po prostu salonik dla specjalnych klientów, którzy przychodzą i rzucają hasło "Mam już kilka torebek LV, teraz chcę następną, ale specjalną, więc sama ją zaprojektuję". Tak więc, to co się tu generalnie odbywa, to tworzenie idealnej torby dla klienta, który ma wpływ na wszystko - od typu skóry, przez kolor i kształt, na rodzaju kłódek kończąc. Z reguły na torbę czeka się od czterech do sześciu miesięcy, a jeśli chodzi o spotkania z samym klientem, to jest to sprawa indywidualna - czasami wystarczy jedno spotkanie i wiadomo, o co komu chodzi, a czasami nawet kilka spotkań nie wystarcza, żeby dana osoba zdecydowała się na kolor kłódki. Bywa też tak, że matki przychodzą ze swoimi małymi dziećmi i pozwalają im bawić się w projektantów, bo torbę traktują jak dziedzictwo, które kiedyś swoim dzieciom przekażą. Powiedziano mi, że większość osób, które korzystają z tej usługi sklepu to obcokrajowcy, na co zareagowałam pytaniem, czy w takim razie klient lata sobie ot tak, do Paryża co kilka dni, żeby tylko dograć kolor skóry torebki. Pan, który oprowadzał mnie po sklepie, udzielił mi bezbłędnej odpowiedzi : "Jeśli mogą sobie pozwolić na torbę Louis Vuitton, to zdecydowanie mogą sobie pozwolić i na bilet do Paryża". No cóż, nie mogłam się z tym nie zgodzić.


 
Hold on, hold on - do you see what I see? Yes, the Sofia Coppola bag that I saw and fell in love with during the big opening of LV store in Warsaw (see the post here) (by the way, Sofia Coppola seems to be the main character in today's post). It's this sort of bag I just can't get over, it becomes an obsession, I'm telling you. If I ever come and visit another LV store and see this bag again, I swear, it will be chasing me in my nightmares. Just look at it. It is black perfection. I mean it.
 
Czy widzicie to, co ja właśnie widzę? Tak, to ta torebka zaprojektowana przez Sofię Coppolę, którą zachwycałam się podczas otwarcia sklepu LV w Warszawie (link do posta tutaj) (Sofia Coppola chyba stała się główną bohaterką tego wpisu). To ten typ torebki, o której zapomnieć nie mogę, naprawdę, zaczyna się to robić niebezpieczne i przypominać obsesję. Jeśli kiedyś jeszcze raz zawitam do jakiegoś sklepu Louis Vuitton i natknę się na tę torbę, to przysięgam, że jej wizja zacznie mnie prześladować.
 


I' m leaving you with a couple more pictures of Paris, have a lovely day everyone and I'll see you soon! XX

Poniżej natomiast kilka ostatnich zdjęć z Paryża, miłego dnia, trzymajcie się i do zobaczenia wkrótce ;)
Read More