Showing posts with label writing. Show all posts

9/28/13

FIVE THINGS TO DO IN ROME



Today I decided to share with you some of the things I personally think you should do when you visit Rome. Of course, there are thousands and thousands of them, but here are my first five: / Dzisiaj pięć z miliona rzeczy, które, według mnie, warto zrobić w Rzymie:


1. GO FOR A MIDNIGHT WALK
Or for a run if you happen to have sports wear with you. Last year I used to do it all the time - just a little bit of sport while looking at Colloseum and Forum Romanum at 2 AM (casual, right). Rome by night is magical and if you're not afraid of being killed (or kidnapped or robbed like I was not) in the middle of the night, try not to bring anybody with you.

Bieg czy spacer po północy w Rzymie to coś, co będąc tutaj, trzeba zrobić chociaż jeden raz. Jeśli nie boicie się zniknięcia w tajemniczych okolicznościach czy obrabowania, to polecam nie zabierać nikogo ze sobą i o 2 czy 3 w nocy mieć Koloseum czy Forum Romanum tylko dla siebie.


2. VISIT RED
This place...I can't even. It's by far one of the best bookstores/shops/restaurants I've ever been to and definitely one of my favorite spots in Rome. You can read a book there, you can buy your own Moleskine, you can buy some delicious food and have a coffee in a super nice restaurant that's inside RED. Since it's situated on Via del Corso aka the biggest shopping street in Rome, it's not that hard to get there.

RED to jedno z najwspanialszych księgarni/sklepów/kawiarni w jednym. Można tu poczytać książkę, można kupić własnego Moleskine'a, wybrać jedną z miliona foremek do ciastek, napić się kawy czy zjeść obiad. RED znajduje się na Via del Corso aka najsławniejszej ulicy handlowej Rzymu, co nie powinno utrudniać, a raczej powinno ułatwić poszukiwania (zawsze jednak można być mną i przejść nie zauważyć szyldu dwa razy pod rząd).



3. GO HIGH
Right where Via del Corso ends and Piazza del Popolo starts there is a lovely viewpoint, where you can admire (for free) the whole, whole Rome.Plus, there is a lovely park next to it where you can wind down and relax - as always, I advise you to be careful cause if you're a girl and you're alone, there's a quite huge possibility you'll find a creepy old man making circles around you when you're chilling under a tree (top tip: look for families with children - they're quite a safe surrounding). 

Tam, gdzie swój koniec ma Via del Corso, a miejsce Piazza del Popolo, jest jedno z moich ulubionych miejsc w Rzymie - punkt widokowy, do którego można się dostać albo wchodząc po schodach przy P.d.P albo idąc od strony Schodów Hiszpańskich (nie polecam tej drugiej opcji w nocy - nie oferowane jest tam jakiekolwiek światło). Punkt widokowy znajduje się w wielkim parku, do którego regularnie przychodziłam w zeszłym roku. Jeśli jesteście dziewczyną i wybieracie się same, istnieje dosyć duże prawdopodobieństwo zauważenia jakiegoś dziwnego, podejrzanego mężczyzny powyżej średniej wieku chodzącego w kółko dookoła was. Wtedy radzę uciekać (lub od razu szukać miejsca przy rodzinach - to stosunkowo najbardziej bezpieczne otoczenie).



4. HAVE THE TIME OF YOUR LIFE WITH...RATS
If you want to get close with Mother Nature and her children, visit the area near Castel Sant'Angelo - you're 90% sure to run into at least two rats on your way. When I first saw them, I turned into a freaking gold-medal sprinter and prayed in my soul to avoid a closer encounter with these tiny friends. Don't get me wrong, I love animals but seeing a giagantic monster that resembles more a little dog (when it comes to its size) than a Remy rat from Ratatouille is a little bit too much for me. So, if you're like me and in the mood for a adrenaline rush, you know where to go!

Jeśli lubicie spotkania z Matką Naturą i jej dziećmi, odwiedźcie okolicę Zamku Świętego Anioła  - na 90% spotkacie przynajmniej dwa szczury podczas Waszej przechadzki. Kiedy pierwszy raz je zobaczyłam, osiągnęłam zawrotną prędkość biegu, modląc się w duchu, żeby żaden nie zaplątał mi się pod nogą. Oczywiście, kocham zwierzęta, ale bliższe kontakty z gigantycznymi potworami, które bardziej niż Remiego z Ratatouille przypominają małego psa (rozmiarowo), nie należą do moich ulubionych rozrywek. Gdyby jednak ktoś z Was miał ochotę na skok adrenaliny, polecam taki spacer.



5. EAT (as simple as that)
When you're in Rome this is, without the doubt, the first thing you just need to do. EAT. Instead of going to a restaurant, have a piece of pizza in a bar filled with Italians or buy some bread, prosciutto and cheese and go for a dinner to a park. It's a great way to save some money, anyways. When it comes to gelati, my favourite place to get them is Punto Di Gelato - they basically have any flavour you can think of. 

Nie wspominanie o jedzeniu, kiedy piszę o Rzymie, byłoby niewybaczalne, bo to pierwsza rzecz, o której trzeba pomyśleć tutaj przyjeżdżając. Zamiast stołować się w restauracjach, możecie zjeść  kilka kawałków pizzy w barze pełnym Włochów, albo kupić trochę chleba, szynki i sera w małym sklepiku i wybrać się na obiad do parku (plus oszczędzicie w ten sposób trochę Euro). Jeśli chodzi o sławne "gelati", moim ulubionym miejscem jest Punto di Gelato oferujące każdy smak, o którym można tylko pomyśleć (i nie pomyśleć  - były tam lody mające w swojej nazwie słowo "bawół", ale nie pamiętam już do czego konkretnie się to odnosiło).



Let me know in the comments whether you have some more suggestions. I'll see you soon, have a lovely weekend!
Dajcie znać w komentarzach, jeśli macie jakieś pomysły, co jeszcze mogłoby się znaleźć na tej liście. Miłego weekendu!




Read More

1/13/13

THE ULTIMATE GUIDE TO...POSING
Please, don't be misled by this optimistic title of today's post because the things I'm gonna write here will be be quite the contrary of it. I've already told you one bilion times that I couldn't be more lame in posing for the photos. When there's a camera in front of me I get shivers, my face turns into a stone and I immedietaly freeze. And yes, I know that almost four years of constant blogging and putting zillions of my pics should have taught me something or at least helped me to get used to it but...they just didn't. Since January is the month of the resolutions (are you guys still sticking to them? I do! And I'm serious), I decided to make one connected with posing because the vision of me shivering etc. for the next four or more years didn't seemed to be very enjoyable. So I got out of my comfort zone, faced the monster and won. Don't get me wrong, though. I haven't become a posing master and I'm not having a photoshoot for Dior tomorrow because of it. I just feel a little bit more comfortable now and I stopped suspecting the camera of having a vicious plan of killing me or something.

I've never supported the theory that a picture can really 'catch' the moment and at the same time show things just as they are. I still do think it is not possible for a photo to show how I really look like. Because it's all about movement. When you're with somebody, you talk with him, you laugh and even when you both are not saying a word to each other, his or hers face features are constantly changing. And I think this constant change is what make us real human beings. A person's never stiff. A picture in my perspective will never 'catch the moment' but it will 'create the moment', look at some things from a particular perspective, emphasize something, hide something else.

Nie dajcie się zmylić temu radosnemu i optymistycznemu tytułowi, bo to, co przeczytacie w tym poście, jest dokładnym przeciwieństwem tego, co w "Nadzwyczajnym Poradniku Perfekcyjnego Pozowania" mogłoby się znaleźć. Zapewne, to już milionowy raz, kiedy wspominam o moim nadzwyczajnym antytalencie do pozowania, ale jest on naprawdę „anty” w pełnym znaczeniu tego przedrostka. Aparat powoduje u mnie swego rodzaju napady paniki, moja twarz zamienia się w kamień, a ciało zastyga. Tak, wiem, że prawie cztery lata spędzone na wyginaniu się przed obiektywem w warunkach różnych, niekoniecznie korzystnych, powinny mnie czegoś w tym temacie nauczyć, albo przynajmniej mnie trochę do tego przyzwyczaić, ale nic takiego się nie stało. Jako, że styczeń to czas postanowień (jestem ciekawa, czy nadal trzymacie się swoich. Ja tak. Nie żartuję), zdecydowałam postanowić sobie coś w tematyce pozowania, bo wizja sesji na kolejne cztery czy więcej lat przyprawiała mnie o mdłości. Pokonałam swoje lęki, zmierzyłam się z potworem i wygrałam. Oczywiście, nie stałam się nagle takim mistrzem pozowania, żeby jutro lecieć na sesję dla Diora z Marion Cotillard, ale powiedzmy, że poczułam się niec pewniej przed obiektywem i przestałam podejrzewać aparat o jakieś niecne plany uszkodzenia, zniszczenia, zabicia mojej osoby.

Nigdy nie byłam zwolenniczką teorii, twierdzącej że aparat jest w stanie "uchwycić moment" i pokazać rzeczy takimi, jakie są naprawdę. Szczerze powątpiewam, czy kiedykolwiek powstanie zdjęcie, które pokaże jak naprawdę wyglądam, czy jak wyglądają inne osoby. Wszystko przecież opiera się na ruchu. Każdy człowiek, z którym przebywam, z którym śmieję się, rozmawiam, czy nawet milczę, każdy człowiek nie przestaje być w ruchu. Jego twarz zmienia się nieprzestanie z ułamka na sekundę i każda z tych zmian tworzy całość. Prawdziwego człowieka. Osoba nie jest w stanie być sztywna i bez ruchu. Zdjęcie, w moim rozumieniu, nigdy nie "uchwyci" momentu, ale ono ten moment "stworzy", ujmie rzeczy z odpowiedniej perspektywy, coś podkreśli, a co innego schowa.


SO here I am, showing you thousands of versions of myself. It's actually quite a funny thing, I wonder if there ever were so many photos that it would be possible to put them on each other and see the closest version to real me. As I said before, camera "creates" the moment and I've always wanted my moments to be the best. I once did great, I once did a little bit worse (but not in a fifty-fifty proportion, I'd say the majority of my attempts were definitely 'a little bit worse'). Anyways, I've managed to notice some things for these four years, create some (lame) techniques that work for me and day by day I'm getting closer to the 'Master of Posing' title (nice joke). Today enjoy my "Ultimate Posing Guide" ("Quite the contrary" edition)!


Pokazuję więc na tym blogu nieskończoność wersji swojej osoby. W sumie to śmieszna sprawa, jestem ciekawa, czy tych zdjęć mogłoby być kiedyś na tyle dużo, żeby tworzyły pewnego rodzaju kalki, które po nałożeniu na siebie, pokazałyby najbliższy mój najbliższy portret. Jako, że, tak jak pisałam, aparat "tworzy" chwile, ja zawsze starałam się je tworzyć jak najlepsze. Raz wychodziło, a raz nie (nie jest to jednak relacja fifty-fifty, powiedziałabym, że o wiele częściej zachodzi ta druga część zdania). Przez cztery lata jednak zdążyłam zauważyć kilka spraw, opracować swoje (często żałosne) techniki i z dnia na dzień przybliżać się do tytułu Mastera Pozowania (dobry żart). Otwieram więc oficjalnie mój "Nadzwyczajny Poradnik do Perfekcyjnego Pozowania" (edycja "Całkiem na odwrót") i życzę Wam niezapomnianych wrażeń podczas lektury!

 

I always look for a place that is not very crowded, suits my outfit and has a good lighting - so bascially I look for Holy Grail. And guess what - I never can find it. What I've learnt is to not be afraid in places that don't look very nice at the beginnng - one of the pictures I like the most is the one taken in front of a grocery store with patatoes in the background. I wouldn't say it's the chicest surrounding ever but the photo turned out to be really nice. So experiment. Maybe one day you'll find patatoes inspiring as well.

Kiedy poszukuję miejsca do zdjęć, zawsze zwracam uwagę na to, żeby było to miejsce niezatłoczone, dobrze oświetlone i pasujące do danego stroju. Jednym słowem są to poszukiwania Świętego Graala, które zazwyczaj kończą się fiaskiem. Nauczyłam się jednak, żeby dawać szansę miejscom z kategorii tych raczej niepozornych - jednym z moich ulubionych zdjęć jest to zrobione przed sklepem spożywczym z ziemniakami na drugim planie. Być może nie było to najbardziej wytworne otoczenie, ale zdjęcia wyszły świetne. Polecam więc eksperymentować. Kto wie, może pewnego dnia i ziemniaki staną się dla Was inspirujące.


People on the street are always willing to help. They'll give me some professional tips how to pose, they'll just stare, they'll tell me that if I freeze my hands I'll never find a husband - it's funny how totally unknown people care about me so much. I remember how scared I was of people. I had this brilliant method that everytime somebody was about to pass the street, I would wait until he passed it. Since Krakow is quite a big and crowded city, I waited almost all the time. So the method wasn't brilliant at all. I only now started to enjoy shooting a little bit more - the thing I love the most is when people just smile or laugh when they see me jumping in a tulle skirt and a jumper when everybody's else wearing coats and scarfs. Yes, I know they laugh because they think I have some mental issues but it's nice to give people a reason to smile anyways, right?

Ludzie na ulicy są zawsze chętni i gotowi do pomocy. Przystaną i zdradzą mi tajniki dobrego pozowania, przystaną i po prostu się pogapią, albo przystaną i stwierdzą, że jeśli przemrożę sobie dłonie, to nie znajdę nigdy męża - to zabawne, jak kompletnie nieznane osoby potrafią się o mnie tak troszczyć. Pamiętam, jak jeszcze do niedawna bałam się ludzi. Miałam jedną wyśmienitą metodę - za każdym razem, kiedy ktoś przechodził, zatrzymywałam się i czekałam, aż już to zrobi, bo czułam się bardzo zestresowana czyjąś obecnością. Jako, że Kraków to dość duże i tłoczne miasto, praktycznie cały czas spędzałam na staniu w miejscu i wyśmienita metoda musiała ulec modyfikacji. Dopiero teraz trochę bardziej spodobało mi się to całe "pozowanie" - lubię, kiedy ludzie uśmiechają się lub śmieją, widząc mnie skaczącą w tiulu i swetrze, podczas gdy wszyscy inni są opatuleni szalami i przykryci płaszczami. Tak wiem, że śmieją się ze mnie, bo zapewne myślą, że mam problemy z psychiką, ale i tak przyjemnie jest dawać ludziom powody do radości, prawda?


Do you know this feeling when you just relax in front of the camera and every picture turns out to be amazing? No? Well, neither do I. Every time I have a 'posing's not difficult at all, I'll make faces like Linda Evangelista' moment that lasts for about 5 minutes, the pictures are the most horrible ones that this world has seen. So lesson number one: don't pretend you're a pro, when you're definitely not. I think it's better to admit that you can't pose than have fifty pictures with your mouth 'Anja Rubik' styled(so with a mouth wide, wide open). Anja is the world's top model and has years of experience. Most of us...don't.

Znacie to uczucie, kiedy po prostu stajecie zrelaksowani przed aparatem, a każde zdjęcie wychodzi niesamowicie? Nie? Ja też nie znam. Raz na jakiś czas przechodzę przez fazę "Aparat nie gryzie, zaraz zrobię minę jak Linda Evangelista". Faza ta jednak trwa z reguły pięć minut i owocuje zdjęciami nienadającymi się to publicznej projekcji. Zasada numer jeden: nie udawaj profesjonalisty, kiedy po prostu nim nie jesteś. Wydaje mi się, że lepiej jest przyznać się przed sobą do znikomych zdolności w tym temacie, niż publikować pięćdziesiąt zdjęć z kategorii "usta jak Anja Rubik" (=mina podobna do miny dzidziusiów, które karmi się wielkim łyżkami z papkami). Anja wygląda pięknie, ale Anja jest najlepszą modelką na świecie, z wieloletnim doświadczeniem. A większość z nas...chyba jednak nie.

Getting ready for a photoshoot in winter is like getting ready for a fight (I suppose). First, I have to prepare myself mentally - so face the fact in a few minutes I'm going to take my coat off and pretend I'm in Egypt when it's snowing all around me. Then, it's time for some warm-up, most of the time I just jump. And then I need some good words from my friends like 'You can do this!'. I count to five and I take my coat off. It's one of the worst things you can experience. But trust me, after a few minutes, get used to it and you're much closer to the title of the Master of posing.

Przygotowania do sesji przypominają przygotowania do prawdziwej walki (tak myślę). Najpierw muszę przygotować się psychicznie do zadania - ściągnięcia płaszcza i udawania na mrozie osoby całkiem zadowolonej z życia. Potem czas na rozgrzewkę - zazwyczaj robię podskoki, dziwne pajacyki, albo gram w łapki z przyjaciółką. Następnie otrzymuję trochę wsparcia w postaci słów "Dasz radę, dasz radę", liczę do pięciu i zdejmuję płaszcz. To uczucie dosyć podobne do tego przy wskakowaniu do morza, na początku jest ciężko, ale potem człowiek się przyzwyczaja i żadne mrozy mu nie straszne.

And that would be all. I know that most of the things I've written are completely useless but I warned you - it's "Quite the contrary" edition. If you like the idea of my completetly useless guides, let me know in the comment, since it's really fun to write them and I think it would be a nice new section on my blog. Oh, and if you have any tips for posing, write them down aswell - maybe I'll finally learn something about it.

To chyba na tyle. Zdaję sobie sprawę z tego, że większość rzeczy, o których napisałam, jest kompletnie bezużyteczna, ale jako, że to przecież edycja "Całkiem na odwrót" (ostrzegałam!), musicie mi wybaczyć. Jeśli podoba Wam się pomysł kompletnie bezużytecznych poradników, dajcie znać w komentarzu - to całkiem dobra zabawa i myślałam, żeby wprowadzić je jako nowy typ postów na blogu. A, a jeśli wpadną Wam do głowy jakieś prawdziwe porady dotyczące dzisiejszego tematu - też dajcie znać, może wreszcie czegoś się o tym nauczę.

(drawing by me)
Read More

11/16/12

SHOP WINDOWS


I'm probably of the biggest fans of shop windows in the whole world. I love to watch how they change each season, what kind of light it's used in winter and what kind in summer, how much fake snow must be used to create 'christmas atmosphere' and how the manequines can be set to give you this weird impression that even though they don't have a face and they're made of a few pieces stuck together - they're still having so much fun behind the window. I especially adore window shops in kids stores during christmas time - those kids with white plastic instead of face, dressed up in sequines, tulles, with bowes and necklaces around their plastic necks are just too cute to handle.
But let's just face one thing - most of the time shop windows look all the same and the ideas used to create them are not really revelatory. Shop windows are there to allure us so it's not surprising that the amount of glitter, neons and shiny things often exceeds the limit of decency. When I was doing my regular (once for a few months) walk among window shops I noticed two most popular ways of arranging them. They either:

 Uwielbiam witryny sklepowe. Uwielbiam obserwować, jak zmieniają się z porą roku, jakiego sposobu oświetlenia używa się w zimie, a jakiego latem; ile sztucznego śniegu potrzeba, aby wykreować świąteczną atmosferę i jak należy ustawić manekiny, aby zawsze, ale to zawsze sprawiały to niepokojące wrażenie, że chociaż nie mają twarzy i są stworzone z kilku przyklejonych plastikowych elementów, to za szklaną taflą bawią się wręcz wyśmienicie. Szczególnie lubię witryny sklepów dla dzieci podczas świąt Bożego Narodzenia - nikt nie rozczula tak jak te małe dzieciaczki z białym plastikiem zamiast twarzy, opatulone w tony tiuli i cekinów, z muszkami i naszyjnikami wokół ich plastikowych szyjek, które brodzą w sztucznych zaspach śniegu.
Nie zmienia to jednak faktu, że witryny sklepowe z reguły wyglądają tak samo, a pomysły dotyczące ich aranżacji nie są zbyt odkrywcze. Ilość konfetti, neonów i innych błyszczących rzeczy zdecydowanie przekracza jakiekolwiek granice przyzwoitości, wszystko się tli, miga, połyskuje, a więc wabi (przynajmniej większość). Bo witryna specjalnie skomplikowanych zadań do wykonania nie ma - po prostu ma wabić. Kiedy więc robiłam mój co-kwartalny obchód wszystkich istniejących witryn sklepowych (tak, tak też można), zauważyłam, że tworzy się je z reguły na dwa sposoby. I albo:




1) Show a strong, confident and beautiful manequin-woman, somebody we all wish to be (just add eyes, nose and mouth). She (manequin lady) often stands or sits alone in high heels, she's got big fur around her neck, bigger necklace on top of her dress/shirt and she's not accompanied by any other manequin because she probably needs so much space to let her inner glow shine.
2) Show a group of ladies or a couple (manequines) having so much fun together for example in the forest (I can't stop laughing when I see tree-trunks dumped in the middle of the exposition) coincidentally dressed up in clothes worth more than five bottles of Gucci perfumes. They're just the people you wish you hang up with when you finish your two or more shopping spree.


1) Pokazują piękną, silną, niezależną, pewną siebie i przewspaniałą kobietę-manekin - czyli osobę, którą wszystkie chciałybyśmy się stać (dodając oczy, nos i usta). Stoi albo siedzi w wielkich szpilkach wciśniętych na jej miniaturowe nieukrwione stopy, na szyi ma wielkie futro, na bluzce jeszcze większy naszyjnik i przeważnie tak stoi/siedzi sobie sama, bez żadnego towarzystwa, bo drugi manekin mógłby jeszcze przyćmić jej gwiazdę.
2) Pokazują grupkę dziewczyn albo parę zakochanych (manekinów), którzy mają dobry ubaw, na przykład w lesie (rozrzucone pnie drzew na chybił trafił są zdecydowanie moim faworytem) albo w jakimś innym dziwnym miejscu, a są przy tym całkiem przypadkowo ubrani w rzeczy mające wartość większą niż z pięć butelek perfum Gucci. To po prostu ludzie, z którymi każda pani zakupoholiczka chciałaby trochę pogawędzić po kilkugodzinnych zakupach.

So basically this is how most of the window shops look. Sometimes, with a mere luck, you can notice a artificial dog or disco ball but this is only when people who stand behind it get more creative. But still, I like them, because frankly speaking I kinda have a soft spot for some forms of kitsch. Sometimes though, I wish I could see something different, something that won't necessarily show me a white plastic body. Can a shop window be art? 

Tak więc mniej więcej to wygląda. Czasami, jeśli ma się szczęście, można trafić na sztucznego psa albo kulę dyskotekową. Ja jednak lubię witryny, może dlatego, że mam słabość do różnych form kiczu. Troszkę inaczej mają się sprawy, gdy i marka może sobie pozwolić na wkład większej sumy pieniędzy w aranżację witryny, i gdy kieruje swoje produkty do bardziej wyselekcjonowanej grupy ludzi. Wtedy, powoli, gdzieś zza kotar (oczywiście błyszczących) wyłania się słowo: sztuka. Czy witryna sklepowa może być sztuką?


A few days ago I managed to see a new exhibisiton that claim shop windows can be art. A few brands and designers cooperated with talented artists on creating original shop windows that can be seen in the centre of Warsaw. So you've got huge H&M life exhibition where models (not plastic ones this time) sit on the couches, read books, they play their roles behind the glass.  I also liked shop window in Ania Kuczyńska's shop, which is pretty minimal but still very pretty.

W zeszły weekend udało mi się zobaczyć kilka witryn sklepowych, powstałych w ramach festiwalu "Warszawa w budowie". Ogólnie rzecz biorąc, polega to na tym, że spotyka się artysta z projektantem/firmą i tworzą witrynę sklepową, która ma zadzwiać swoją oryoryginalnością, niezwykłością i pięknością i na dodatek ma udowadniać, że nawet ona sztuką być może. Jest więc dwupiętrowa instalacja w H&Mie, gdzie modele (już nie plastikowi) siedzą sobie, czytają książki, rozmawiają, odgrywają swoje role za szybą, jest i sklep Ani Kuczyńskiej, który szczególnie mi się spodobał.




I didn't make it to see all the shop windows on my list since even with two maps in two different mobiles I'm hopeless when it comes to finding the way (so are my friends) but there are two places in Warsaw you'll find no matter where you are. I can't think of any other two places that would be so cliche but this is why I probably love them so much. The Palace of Culture and Science and Starbucks - Starbucks in Krakow is really lame and I'm generally not the biggest fan of it but there is one ST very near The Palace (I can't remember the street) that I just love, love, love, love. It's not so packed with people and it's got two floors (yay!) so I can't wait to come there in December and watch Warsaw in snow. Have a lovely weekend, xx.

Niestety nie udało mi się zobaczyć wszystkich witryn z mojej listy, bo nawet posiadając dwie mapy, w dwóch różnych komórkach nie jestem w stanie się odnaleźć (nie umieją tego zrobić też moi znajomi), ale są takie miejsca, gdzie trafię zawsze, o każdej porze dnia i nocy. Trudno o bardziej pospolite miejsca w Warszawie niż Pałac Kultury i Starbucks (tak), ale kocham je całym sercem. Nie, nie biegam z pustym kubkiem cały dzień w celu uzyskania doskonale skomponowanej kolorystycznie stylizacji. Za Starbucksem ogólnie nie przepadam, bo też nic specjalnego w nim nie ma, ale jego jedna filia (gdzieś przy Pałacu, oczywiście nie mogę zlokalizować ulicy) jest przecudowna - niezbyt zatłoczona, z dwoma piętrami - słowem, czekam na grudzień!




PS Za wszystkie pytania serdeczne dzięki, "trochę" ich jest, ale postaram wyłowić te najczęstsze/najciekawsze i zmontować wkrótce filmik :)


Read More

9/30/12

Tête-à-tête / Janusz Kowalski, goldsmith

You know this feeling, when a wonderful and absolutely superb idea comes to your mind, you can see everything in your mind but suddenly you're stopped by some stupid obstacles you didn't foresee? It happens to me all the time. A few weeks ago I thought I would talk to some people that represent more niche jobs. So when all the corset-makers and hatterrs kicked me out from their workshops I came to three sad conclusions: 1) I can't make people respond to my persuasion, 2) I'm not a walking-talking advertisment of what I do, 3) it's high-time to make my own business cards. I never thought I'd need them but I noticed that without them, instead of making people smile, I rouse in them emotions that a common door-to-door salesman does. Fortunetely, I found a wonderdul and super-nice man, Mr Janusz Kowalski, who runs his own goldsmith's on Sienna Street 12 (the strict center of Krakow)


Dziwnie to czasem bywa z tym całym blogowaniem, bo przychodzi człowiekowi pewien pomysł do głowy, już widzi jego pełną i wspaniałą realizację, aż tu nagle po drodze zatrzymują go przeszkody, których nie udało mu się przewidzieć. Tak było i w moim przypadku, kiedy kilka tygodni temu pomyślałam, żeby na blogu zrobić serię spotkań z ludźmi reprezentującymi nieco bardziej niszowe (choć znowu z tą niszą tak bym nie przesadzała) zawody. Kiedy więc wszystkie panie gorseciarki i kapeluszniczki wyrzuciły mnie ze swoich zakładów, doszłam do trzech smutnych wniosków: 1) siła perswazji nie jest u mnie na wysokim poziomie, 2) nie jestem chyba chodzącą reklamą tego, co robię 3) czas najwyższy wyrobić wizytówki. Do tej pory niezbyt mi to myśl zaprzątało, chociaż byłam świadoma, że praktycznie każda blogerka takowe posiada. Ja sobie jakoś bez nich radziłam. Aż nagle okazało się, że bez wizytówki zamiast serdecznego uśmiechu budzę raczej emocje podobne do tych na widok akwizytora. Znalazł się jednak przemiły człowiek, pan Janusz Kowalski, prowadzący zakład złotniczy w samym sercu Krakowa, który zgodził się na rozmowę i zdjęcia bez wcześniejszego posyłania mi podejrzliwych i pełnych obaw spojrzeń. I tak oto znalazłam się na ulicy Siennej 12.




My relationship with jewellery reminds me of my relationship with a cat sitting on the tree, so basically there's no relationship at all. I can't say I wear a lot of shiny stuff but at the same time I'm not a type of minimalist who would only wear one basic watch and one simple ring on his ring finger. So it was even more interesting for me to meet with a person who has been in the jewellery business for more than forty-five years (FORTY-FIVE YEARS, for me it's like infiniiiity)


Moja relacja z biżuterią przedstawia się mniej więcej tak, jak moja relacja z kotkiem Mruczkiem na drzewie, czyli nijak. Nigdy nie mogłam zaliczyć się ani do grupy zakładającej każde możliwe świecidło na każdą możliwą część ciała, ani też do grupy minimalistów noszących na przykład tylko jeden określony typ zegarka i jeden surowy pierścionek zawsze na palcu serdecznym. Biżuteria odgrywa dla mnie podrzędną rolę. Tym bardziej więc byłam ciekawa spotkania z człowiekiem, dla którego od czterdziestu pięciu lat jest ona całym światem (czterdzieści pięć lat....jest to dla mnie dość przerażająca perspektywa).






It's quite funny when you realize how a kid perceives the idea of choosing a job - I remember, a few years or even months ago I would think that after high-school there is a big black stroke, in which you choose your studies and after this bag black stroke you graduate and you work in the job connected with your studies for the rest of your life. Yeah, I know it's dumb. So I talk with a lot of people and with each conversation I realize how stupid my idea was. Mr Kowalski studied law for two years (who knows, maybe I'll choose applied mathematics?) and then he left Poland, he worked in Denmark, USA and then he came back, he decided to say 'bye-bye' to law and he started working on his goldsmithery. Back then you had to had to have proper skills to run your own workshop. Right now even I could become a goldsmith if I liked to. I wonder if it's good because if even I could call myself a goldsmith how can you not talk about the downfall of jewelry trade?


To dosyć zabawne, jak dziecko wyobraża sobie wybór pracy i dorosłą karierę - kilka lat temu, a nawet kilkanaście miesięcy temu wydawało mi się, że po skończeniu liceum następuje "wielka krecha", kiedy to wybiera się studia, a po "wielkiej kresce" te studia się kończy i zgodnie z kierunkiem pracuje się w odpowiednim zawodzie do końca świata. Dosyć spaczone miałam o tym pojęcie, nie powiem. I im z większą ilością osób na ten temat rozmawiam, tym bardziej wyprowadzam się sama z błędu. Pan Janusz studiował dwa lata prawo (kto wie, może ja wybiorę matematykę stosowaną), aby potem wyjechać, pracować w Danii, Stanach, rzucić prawo i uczyć się zawodu złotnika. A wtedy jeszcze trzeba było się uczyć - bez dyplomu mistrzowskiego nie pozwalano na otwarcie własnego zakładu. Teraz może to zrobić każdy, nawet ja za rok mogłabym otworzyć sobie biznes koło pana Janusza i nikt by się nie sprzeciwiał. Zastanawiam się, czy to dobrze, bo skoro nawet ja mogłabym nazwać siebie złotnikiem, to jak tu można nie mówić o upadku sztuki jubilerskiej? 





Some years ago a client would bring his own piece of gold and the job of the golsmith was to work on this unique piece and create something that would please the buyer. Now, it's so much different - a client comes, many products are shown to him and either he likes them or not. There are not so many people who work on jewelry from the very beginning to the very end, that take care of everyting. And unfortunetely the fewer goldsmiths, the more expensive the services are.

Goldsmith's workshop and a common jewelry shop are two different words. You don't see here plastic beads jumping on the floor neither you see entangled necklaces somewhere in the corner. Maybe it sounds weird but you can literally feel the respect for handmade things and work here. Jewelry is treaten as a work of art. Although some of the prices are totally out of this world, it's nice to come there and just inhale this wonderful atmosphere.


Dawniej, jak twierdzi pan Janusz, to klient przynosił własny kawałek złota, a zadaniem złotnika było stworzenie z tego kawałka czegoś, co usatysfakcjonowałoby kupującego. Teraz kupującemu pokazuje się po prostu gotowe produkty, które albo mu pasują, albo nie. Zostało już bardzo mało ludzi, którzy zajmują się biżuterią od A do Z, a nie polegają na produkcji maszyn. Złotników jest coraz mniej, a co za tym idzie, usługi są coraz droższe.

Zakład złotniczy a sklep sieciowy z biżuterią to dwa różne światy. Tutaj plastikowe korale nie skaczą po podłodze, a naszyjniki nie leżą zaplątane gdzieś w ciemnym kącie. Może dziwnie to zabrzmi, ale czuć tu szacunek do zrobionej własnoręcznie biżuterii, do pracy, a wszystkie rzeczy traktuje się jak dzieła sztuki. I chociaż niektóre ceny spędzają sen z powiek, to warto wybrać się do takiego miejsca, przynajmniej  po to, żeby przesiąknąć raz na jakiś czas tą przyjemną atmosferą.



PS1 Jeszcze raz dziękuję za wszystkie miłe słowa o moim czwartkowym "występie" w Dzień Dobry TVN. A kto nie widział, a ciekawy, może kliknąć TUTAJ, aby obejrzeć video.

PS2 To pierwszy post, w którym zdjęcia robię innym aparatem, niż zazwyczaj. Nawiązałam współpracę z Sony, które udostępniło mi najnowszy aparat - zobaczymy, jak się będzie sprawował. Na razie torebka stała się lżejsza (bo nie muszę tachać mojego wielkiego Canona), a! i oczywiście najlepsze w tym wszystkim jest to, że w końcu (!) będę mogła zrealizować tak długo wyczekiwane video. Posty, w których zdjęcia będą wykonane aparatem Sony, a nie Canonem, oznaczać będę banerem:



Read More

8/16/12

Summer beauty routine

Today we're having a very girly conversation (as we always do here anyways) since the topic is - beauty. No matter what the others say, I guess beauty is something totally different to fashion - still, it's about some kind of illusion (sometimes bigger, sometimes smaller) but while fashion can have different goals; it may serve to look weird, eccentric, sexy, uncomfortable;  beauty most of the time is there to make a person feel and look better. Beauty connects people more, if you know what I mean. You see a girl standing in front of the mirror in the public bathroom (oh I chose just the perfect interior to write about beauty) and just your simple question and compliment about the lipstick she's wearing can transform into a conversation or a long-term friendship. As weird as it sounds beauty is some kind of uniting, it's available for everyone, it makes girls smile, talk long hours, share their secrets. 

Dzisiaj chyba nic, co mogłoby zaciekawić chłopców (chociaż w sumie to rzadko kiedy w ogóle może ich tu coś zaciekawić) (chociaż z drugiej strony, kto wie - może akurat zafascynuje ich dzisiejszy wywód), a mianowicie porozmawiamy o urodzie. Modę i urodę łączy dużo, ale jeszcze więcej dzieli. W obu oczywiści porusza się kwestie iluzji (czasami dużo więcej, czasami mniej) i zwodzenia zmysłów, ale co najbardziej różni te dwie dziedziny, to ich cele. Moda może sprawić, że będziemy wyglądać dziwacznie, ekscentrycznie, seksownie (pfe! Nienawidzę tego słowa), nieładnie; tymczasem makijaż i wszystkie te często śmieszne zabiegi pielęgnacyjne zazwyczaj służą jednemu: wyglądaniu i czuciu się po prostu lepiej. Być może zabrzmi to dosyć dziwacznie, ale dbanie o siebie łączy ludzi (ach, dzisiaj post stoi pod znakiem Wielkiego Patosu). Widzę dziewczynę stojącą przed lustrem w publicznej toalecie (jakże piękne wnętrza wybrałam do pisania o pięknie) i  jedno moje pytanie czy komplement dotyczący jej szminki wystarczy, aby nawiązała się z tego długa rozmowa, a nawet wieloletnia przyjaźń. Tak już skonstruowane są kobiety (a przynajmniej takie dziwaki jak ja). Wszystkie te kremy, szminki, tusze, balsamy to nie torebki Hermesa dostępne tylko dla nielicznych. I właśnie w tkwi cały urok bohaterki dzisiejszego tematu.



I have to tell you one thing - I'm an extremely lucky bastard when it comes to beauty products. I love them but I really do rarely buy them - most of the time they "just come to me" as in the form of the gift for Christmas or a gift from my friend whose mum works for a cosmetic brand (lucky, lucky bastard). And since I'm a really 'slow-consumer' (it takes me some years to use up some of the beauty products) I rarely have to repurchase some stuff with my own money. 

Zanim jednak przejdę do meritum (przed nami długa droga), muszę wyznać jedną rzecz. Jestem piekelnym farciarzem przy zakupach wszystkich tych elikisirów, bo....praktycznie rzadko kiedy je kupuję. Z reguły dostaję je na Gwiazdkę albo od przyjaciółek, albo od mamy przyjaciółki, która pracuje dla firmy kosmetycznej (to już nie farciara, to podwójna farciara), a ponieważ strasznie powolny ze mnie konsument (z reguły zużycie jednego słoiczka lub butelki zajmuje mi około roku), tylko raz na jakiś czas jestem zmuszona dokonać zakupu z własnej kieszeni.



My relationship with makeup was very uncomfortable, until now I guess since I always used to cover my face, not to enchance it. I guess it was the fault of the devil Acne that maybe wasn't so tragic but still it took all my self-confidence away, just like with the magic wand, like 'Bam! I'm the bad acne and I'm going to ruin your life for the next three years'. I mean, Acne wasn't talking to me and didn't have a magic stick and wasn't really that big BUT - it was really hard to live with it. I guess only people who used or have skin problems can understand such confessions - it probably sounds like a story of an emotionally unstable girl to the others (magic wand?seriously?). But anyways, I finally cured it and started a new episode in my life ("I'm the queen of the world, I'm not scared to leave my house" episode). Since than I feel more comfortable in my own skin and makeup it's not an obligation, it's not an 'armour' you put on yourself - it's just fun and it's just feels good to finally enjoy it.

Związek ja + makijaż był burzliwy, zły, wstrętny i niespokojny - aż do teraz. Być może działo się tak, bo makijażem pokrywałam twarz mniej więcej tak, jak mój dziadek pokrywa ścianę farbą - 'wałek i do przodu, aż niczego nie będzie widać'. Na pewno swój udział miał w tym wszystkim diabelski Trądzik, który nie był może aż tak tragiczny, ale i tak udało mu się z powodzeniem odebrać moje resztki pewności siebie. A zrobił to on iście obcesowo, bez zapowiedzi, jak za pomocą magicznej różdżki, tak jakby nagle wyznał mi 'Jestem zły i zamierzam zrujnować Ci życie na następne trzy lata". Gwoli wyjaśnienia, trądzik nie miał czarodziejskiego kija, ja z nim konwersacji nie prowadziłam ani też nie był to stan krytyczny, ALE i tak ciężko było z nim żyć. Być może to mój wymysł, ale wydaje mi się, że ten, kto nigdy nie zaznał niespodzianek na twarzy (wstrętny szczęściarz), nigdy nie zrozumie biadolenia innych osób - dla takiej persony to wszystko zapewne brzmi jak wyznania osoby niestabilnej emocjonalnie (magiczna różdżka? Zaczynam bać się sama siebie). W każdym razie, udało mi się to Zło wyleczyć i rozpocząć nowy rozdział w moim życiu (rozdział pod tytułem "Jestem królową świata, w końcu nie boję się wyjść z domu"). Od tamtej pory makijaż w końcu przestał być przykrym obowiązkiem, zbroją, którą nakładam każdego dnia - jest po prostu przyjemnością i zabawą. 



Slowly heading to my main point (I can't tell at this point how many 'stories of my life' I'm about to tell you more) - since it's summer, I decided to write about my summer beauty routine (what a surprise) - things that I use, I really like and that work for me.  Like I said before, I don't really buy all of them and I'm hell scared that one day I'll just run out of them all. So if you hear in the TV news something about a psycho girl that robbed the bank wearing her tulle second-hand skirt, that would be probably me willing to get money to repurchase all my beauty cabinet.

Powoli dochodzę do sedna sprawy (w sumie nie jestem w stanie określić, iloma jeszcze złotymi historyjkami z mojego życia będę Was raczyć) - z okazji tego, że mamy lato, zdecydowałam się napisać, o wszystkich produktach, których używam właśnie w ciągu tej pory roku (cóż za niesłychana niespodzianka). Tak jak już wcześniej zdążyłam wspomnieć, nie kupuję wszystkich tych rzeczy i drżę na myśl, że pewnego dnia, nagle wszystkie się skończą. Wszystkie jednocześnie. Jeśli więc kiedyś usłyszycie w Wiadomościach informację o psychicznej dziewczynie rabującej bank, ubranej w tiulową spódnicę z ciucholandu, to wiedźcie, że najprawdopodobniej będę to ja, opętana szałem i domagająca się pieniędzy na ponowny zakup wszystkich kosmetyków. 



In the morning the routine is pretty simple. I wake up, I say a couple of the typical sentences that I always say, like: "I'm gonna kill this stupid alarm clock" or "I'm gonna throw this stupid alarm clock out of the window" or "I hate this stupid alarm clock" and then, feeling totally happy and as fresh as a daisy, I'm ready to go to the bathroom. I wash my face with Nuxe Miceallar Foam Cleanser with Rose Petals (oh yes, these short names) and then spray it with Avene thermal water. Next I put powder on (Clinique Almost Powder) - it contains SPF +15 so it's pretty much enough for me. For the eyes I use two products: Essence Long-Lasting brown eyepencil 02 and Maybelline waterproof mascara Volum'Express Turbo Boost. I remember, one year ago, I used to do a cat-eye with the eye-liner everyday. Every single day. Black eyeliner. Cat-eye. It was just crazy. And then, one day, I stopped. I suddenly realized it was way too harsh for me so I switched to a very thin brown eyepencil. When it comes to mascara I can't really recommend anything since everything works pretty in the same way for me. I usually buy something from Maybelline and here, in Rome, I'm using a waterproof version - the last thing you want it to have a panda bear around your eye.

Poranek rozpoczynam bardzo pozytywnie, otwieram oczy i wypowiadam kilka typowo porannych zdań "Zabiję ten głupi budzik" lub "Zaraz wyrzucę ten głupi budzik przez okno" albo ewentualnie "Nienawidzę tego głupiego budzika". Następnie, czująca się bardzo rześko i w wyśmienitym humorze, udaję się w końcu do łazienki. I tu zaczyna się niezmienny rytuał (w końcu dotrwaliśmy do najważniejszej części postu) : przemywam twarz płynem micelarnym w piance Nuxe Micellar Foam Cleanser with Rose Petals (dłuższych nazw chyba nie da się wymyślić), następnie spryskuję ją wodą termalną Avene. I chociaż mój tata puka się w czoło i mówi, że straciłam głowę, żeby wodę kupować w aptece, to ja uparcie twierdzę, że nie jest to zwykła woda, a poprawa skóry jest zauważalna. Potem robię ruch "krzyżowy" nakładając szybko puder Clinique (Clinique Almost Powder) - zawiera on filtr +15, więc nie używam specjalnego kremu przeciwsłonecznego. Do makijażu oczu potrzebuję dwóch rzeczy - brązowej kredki Essence Long-Lasting 02 i wodoodpornego tuszu Maybelline Volum'Express Turbo Boost. Pamiętam, że jeszcze rok temu, miałam w zwyczaju robienie wielkiej kreski czarnym eyelinerem na pół oka. Codziennie. Czarnym eyelinerem. Na pół oka. I nagle, od tak, pewnego dnia po prostu przestałam. Zdałam sobie sprawę, że nie tędy droga (sic!) i chyba tak mocnego akcentu na twarzy nie potrzebuję. Jeśli chodzi o maskarę, to nie jestem w stanie niczego polecić, bo każdy tusz działa dla mnie tak samo. Z reguły kupuję te z firmy Maybelline, a do Rzymu zakupiłam specjalnie wersję wodoodporną, bo co jak co, ale efekt pandy chyba nie jest pożądany.




So here it goes - powder, eyepencil, mascara and something on my cheeks. I'm really obsessed about having something 'on my cheeks' - I usually wear a Bourjois bronzer (colour 52). And that's pretty it when it comes to makeup. Oh, there's another thing, totally 'summery' -  a dry oil. No, no the one from my kitchen. Nuxe Huile Prodigieuse tt's the most veristile thing in the whole world - you put it on your body, on your hair, on your cheekbones, on your month, in the corners of your eyes and you shiiiiineeeee, shiiineee like a star. I mean you seriously shine, because it contains shimmer but it's not the 'bad shimmer', it's the nice one. 

A więc ma się to tak : puder, kredka, tusz i coś na policzki. O tak, jestem opętana na tym punkcie - w lecie zawsze używam bronzera Bourjois w kolorze 52. I to na tyle, jeśli chodzi o makijaż. A tak, zapomniałam, jest jeszcze jeden, typowo wakacyjny produkt - suchy olej. Nie ten z kuchni. Suchy olejek Nuxe Huile Prodigieuse, który jest chyba najbardziej uniwersalnym kosmetykiem, z jakim miałam okazję się spotkać - kładzie się go na ciało, włosy, kości policzkowe, pod łukiem brwiowym, na usta, w kącikach oczu i lśniiii się jak 'miliony monet' albo jakaś gwiazda. Lśni się dosłownie, bo olejek zawiera świecące drobinki, ale są to jedne z tych "dobrych" drobinek, ładnie wyglądających na skórze.



Having said that I'm skipping to 'body part'. That's going to be so lame. I'm definietely not the person who buys all these creams, soaps and other moistures. I just use whaterver there is in the bathroom. I don't have my favourite moisturizer aswell. Like I said, I really love the Nuxe dry oil but I also use and like a calming body cream by Polish brand Ziaja (it's called Ziaja Sopot Sun and it's really cheap). When it comes to hair I'm as lame as with the body. Whatever I find, it'll be good. Right now I'm using L'Oreal Elseve Total Repair 5 shampoo. Sometimes I'd put the conditioner from the same line. So guys, if you have any haircare products for brown hair, that you like, please write in the comment. I would really apprecciate it. I don't want to be lame forever. 
My nails were free from the nail polish for almost all summer - I just kept them bare or put a very good conditioner Eveline 8 in 1 Total Action (ahaahah I love those creative names), it makes them stonger and a little bit lighter. Somedays ago, when I was having a tiramisu in the local restaurant in Trastevere, a very polished lady sat next to me. You know the feeling when you're sitting next to a very polished lady? You're angry you can't be like her, you're amazed by her elegance and struck by her perfection. All in one. So there she was, a very polished lady with a perfect-Italian-tan with her perfectly bordeaux nail polish on her nails. Ohhh, these nails - the colour was pure perfection. So just guess what I did? Of course, the next day I ran to the nearest shop and I desperately started to look for the same colour. I found it - the nail polish is called Ever, it costs 2 Euros, its brush is really crap but the colour (Bordaux 23) is amazing. It's not really going make me a perfect lady but at least I'll have nails like her.

Podzieliwszy się z Wami moją tajemną wiedzą na temat makijażu, szybko (dobry żart) przechodzę do "całego ciała". To będzie dosyć żałosna część, bo zdecydowanie nie jestem jedną z tych osób, które kupują miliony mydełek, gąbeczek, balsamów i żeli. Używam tego, co aktualnie znajduję się na półce w łazience. Nie mam też ulubionego kremu nawilżającego - tak, jak już wspomniałam, suchy olejek Nuxe spisuje się świetnie, ale jeszcze lepszy jest żel łagodzący po opalaniu marki Ziaja (seria Sopot Sun), który stosuję jak zwykły balsam. Jeśli chodzi o włosy, sprawy mają się jeszcze żałośniej, bo tu już doprawdy moje lenistwo osiąga sam szczyt. Myję je szamponem, który znajduje się w łazience (teraz jest to L'Oreal Elseve Total Repair 5), rozczesuję i idę spać. Czasami nałożę też odżywkę z tej samej serii, ale w moim wypadku to istny dzień szaleństwa. Jeśli więc znacie jakieś godne polecenia odżywki/maski/cotamjeszczejest dla brązowych włosów, proszę podzielcie się ze mną tymi informacjami w komentarzu, bo naprawdę, nie chcę do końca życia tkwić w tej żałosnej krainie.
Moje paznokcie miały się dobrze praktycznie przez całe lato - były sobie czyściutkie, bez grama lakieru albo ze świetną odżywką Eveline 8 w 1 Total Action (ahhahah jak ja kocham te kreatywne nazwy!), która sprawiała, że były jeszcze mocniejsze i trochę jaśniejsze (wiem, że to brzmi, jak tekst z kiepskiej reklamy, ale daję słowo, że takie po niej były! I są!). Kilka dni temu, kiedy jadłam (obżerałam się) tiramisu w lokalnej restauracji na Trastevere, usiadła koło mnie bardzo zadbana pani. Znacie to uczucie, kiedy siada koło Was bardzo zadbana pani? Jesteście źli, że nie możecie być tacy jak ona, jesteście zauroczeni jej elegancją i onieśmieleni jej perfekcyjnością. Wszystko jednocześnie. Tak więc ta bardzo zadbana pani usiadła koło mnie przy stoliku, miała perfekcyjną (a jakże by mogła mieć inną) włoską opaleniznę i piękne paznokcie pomalowane na jeszcze piękniejszy bordowy kolor. Ach, ten kolor - to była perfekcja w najczystszej postaci. A więc zgadnijcie, co wtedy zrobiłam. Oczywiście, następnego dnia pobiegłam z obłędem w oczach do najbliższego sklepu i desperacko szukałam lakieru do paznokci w podobnym odcieniu. Dla chcącego nic trudnego, znalazłam lakier firmy Ever, kosztuje chyba 2 Euro, ma straszny, wprost tragiczny pędzelek i taki sam kolor, jaki miała 'Bardzo Zadbana Pani"! (Bordaux 23). Być może lakier nie zrobi ze mnie perfeckyjnej damy, ale przynajmniej będę miała tak samo perfekcyjne paznokcie.



If you're still here that means you're probably the same beauty freak as I am. Great! So now I'm really looking forward to reading your beauty must-haves! Share!!! (Aaaa I totally love this 'girly' posts!)

Jeśli przebrnęliście przez ten post i jakimś cudem nadal łączycie tu literki, to 1) serdecznie gratuluję, 2) liczę, że podzielicie się ze mną swoimi ulubionymi miksturami!!!
Read More

8/12/12

Have you noticed? / Rome


(Weronika Załazińska / ph. Paulina Kralka / wearing second-hand shirt, second-hand skirt, second-hand belt)

It's my last week here, in Rome, I don't really wanna go home, because I know, I just absolutely know it, I won't be ale to swallow Polish ice-creams and pizza; it's like with the first bite of Roman gelato and pezzo di margarita I stepped into the whole new universe. And from there...there's no way back. I'm literally trapped and my taste buds are going to protest once I come to Krakow. But hola, I'm not here to rave about my tounge - we've got so many other important things to cover (suuure). 

To już mój ostatni tydzień w Rzymie. Naprawdę nie chcę wracać do domu, bo wiem, absolutnie wiem, że nie będę w stanie przełknąć polskich lodów i pizzy - z pierwszą gałką rzymskiego bacio &lampone i z pierwszym kawałkiem margarity wkroczyłam do innego wszechświata. A z tego wszechświata nie ma już powrotu. Jestem uwięziona, a moje kubki smakowe zapewne przyszykują protest z okazji powrotu. Ale, ale  - nie chcę dziś paplać o moim języku (bo to ani pożyteczne, ani estetyczne), tylko pragnę poruszyć o niebo ważniejsze zagadnienia (tak...)


CRAZY ROME - that's what we're talking about today. Anything that I've noticed, any strange/characteristic behaviours that piss me off/ make me very happy ; I mean anything that concerns Rome is some way. Ready?

SZALONY RZYM - o nim dzisiaj mowa, a dokładniej o wszystkich dziwnych/charakterystycznych zwyczajach, zachowaniach, które działają mi na nerwy/bardzo mnie radują. 


NO SECOND-HAND SHOPS It's tragic, tragic, tragic. There are no second-hand stores in Rome. Well of course, there are some places that claim to be a second-hand store, but when you notice the first price for a totally normal casual dress ( at least 40-50 Euro) you start to wonder whether the Romans and the Polish people understand "second-hand" in the same way. I love Rome, I really do. But I'm a freak, you know it, and I just adore buying ten clothes for about 4 euros in my hometown. Agrh, as much I adore the Eternal City, I wouldn't be able to live my life here. No second-hand stores? Seriously?

ZERO CIUCHOLADÓW To istna tragedia - w Rzymie nie ma ciucholandów. Oczywiście - są tu sklepy, które chytrze podają się za szmateksy, wyglądają tak z zewnątrz i wyglądają tak wewnątrz. Szmateksowo nie wygląda tam jedynie metka, która z dumą oznajmia "50 Euro" za byle jaką dzianinową sukienkę. Tu tylko na marginesie wspomnę, aby nigdy nie wierzyć przewodnikom, bo A) zamiast targu staroci zaprowadzą Was na miejsce składowania cekinowych pasków, mini-radyjek, otwieraczy do butelek i niezidentyfikowanych substancji, które przylepiają się do podłogi. B) Wmówią Wam, że via Governo Vecchio to istny raj dla poszukiwaczy ubrań z drugiej ręki, po czym będziecie przebierać wieszaki ciuchów vintage kolekcji Valentino, zastanawiając się przy okazji, co ludzie piszący przewodnik rozumieli pod hasłem "ciucholand". Być może Włosi i Polacy pojmują to słowo na różne sposoby. Chociaż kocham Rzym, to nie mogłabym tu mieszkać. No chyba, że moje zarobki przekroczyłyby poziom przyzwoitości. Ach...serio?Zero ciucholandów?


ASKING THE WAY  First of all, if you think you can handle Rome without a map, rethink it please, because otherwise you're going to end up in the middle of nowhere ( some of the streets just don't happen to own a name) surrounded by street vendors/creepy old men/nice young men that are not interested in you/ or......that's the worst, get ready, people who are willing to help you. Don't get me wrong, some of the people I met here were very, very nice and I fortunetely succeed in following their directions. BUT...sometimes it wasn't that easy. Rome is complicated, just like I said before. When you hear the word "pass" for the 15th time in one sentence and then "turn left" x20, "turn right" x50 and "pass gelatteria x" it makes you....confused. So stick to your map - at least for the first three days.

KTO PYTA, TEN BŁĄDZI Jeśli człowiek uważa, że poradzi sobie w Rzymie bez mapy (ja tak oczywiście odważnie myślałam),  to niech on to sobie jeszcze raz przemyśli. W innym razie, skończy gdzieś w niezdidentyfikowanym położeniu (niektóre ulice po prostu nie noszą nazw) otoczony ulicznymi sprzedawcami/ podejrzanymi starszymi panami/ miło wyglądającymi chłopcami, którzy nie są nim zainteresowani/ albo....co gorsza - ludźmi, którzy chcą mu wskazać drogę. Nie zrozumcie mnie źle  - spotkałam w ten sposób wielu przemiłych osobników, którym udało się wytłumaczyć wyjście z czarnej dziury, a ja na dodatek je potem znalazłam. Jednak...nie zawsze tak było. Rzym jest skomplikowany, pełen dziwnych uliczek, zaułków, pagórków, schodków i kto wie, czego jeszcze. Jeśli więc słyszy się słowo "przejdź koło" po raz piętnasty w jednym zdaniu, "skręć w lewo" po raz dwudziesty, "skręć w prawo" po raz pięćdziesiąty i "przejdź koło lodziarni x" zaczyna się wątpić w swoje plany odkrywania miasta w zawrotnym tempie. Zalecam więc trzymanie się mapy - przynajmniej przez pierwsze trzy dni.



TITTLE-TATLLE  That's what all boys (and unfortunetely not only boys) do. And they do it everywhere. The most dangerous places are gelatteria, restaurant and park. You just want to get a gelato, for Christ sake, but you are not going to get it. It's not how they do it Rome. You won't get it until you tell your lifestory to a ice-cream vendor, you share your name, ethnicity, what you had for breakfast, how do you like Rome, your marriage plans etc. And the worst part of it - everybody's interested in talking with you, but OF COURSE, not the most wonderful guy you've ever seen that's just sitting opposite to you. This.Is.Life.

GADKA-SZMATKA Uprawiają ją wszyscy chłopcy (niestety też dużo starsi chłopcy). I robią to absolutnie wszędzie. Strefami wysokiego ryzyka są lodziarnie, restaruacje i parki. Chcę, jak człowiek, kupić sobie loda. Ale go nie dostanę. Nie, nie - nie tak robi się to w Rzymie. Nie dostanę loda, dopóki nie opowiem sprzedawcy historii mojego życia, nie wyjawię swojego imienia, narodowości, zawartości mojego śniadania, ulubionych miejsc w Rzymie i ślubnych planów. Mam nadzieję tylko, że działa tu coś takiego jak karma, bo kiedy grzecznie prowadzę uprzejmą rozmowę z panem lodziarzem, piękny chłopak przy stoliku na przeciwko mnie nie zamierza wypowiedzieć ani jednego słowa. Życie.


BUSES In Krakow, if I wanted to get somewhere, I would check my tram/bus timetable and arrive at the bus stop on time. In Rome I wouldn't do this not because I'm lazy but because there is NO TIMETABLE. Nothing. You just come to the bus stop and you're waiting. Maybe something will come or maybe not. 

AUTOBUSY Jeśli chciałabym gdzieś się dostać, a miałoby to miejsce w Krakowie, kulturalnie sprawdziłabym rozkład jazdy autobusów/tramwajów, a następnie jeszcze kulturalniej przybyłabym na przystanek o wyznaczonej porze. W Rzymie to by się nie stało, bo tu nie ma rozkładów jazdy. Przychodzę sobie radośnie na fermatę i czekam. Być może autobus przyjedzie, a być może nie. Życie w Rzymie zapewnia mi niespodzianki na każdym kroku.


PIAZZA LIFE What I love about Rome is its nightlife - but I don't mean clubs, I mean piazzas. All the Roman (and not Roman) people gather at the big piazzas or cafes near them and they just lead their life. I love it so much more than sitting in steamy discos. You can have a gelato (for the 10th time during one day) or a piece of pizza or you can chill out and watch people passing you. 

ŻYCIE NA PLACU Kocham rzymskie nocne życie - nie chodzi mi tu jednak o kluby, ale o place. Wszyscy Rzymianie (i nie tylko) zbierają się na Campo dei Fiori, Trastevere, Piazza Venezzi i  tam spędzają sobie wieczory. Jest to nie tylko milsza opcja ( w porównaniu do dusznej dyskoteki), ale i bardziej ekonomiczna. Na placu sobie można zjeść loda (dziesiątego danego dnia) albo kawałek pizzy lub po prostu, usiąść na schodkach i obserwować ludzi.


That's it. Rome is indeed crazy but it's beautiful. All those perfect imperfections about it make you just more relax and easy-going. So what you don't know what time your bus comes? It doesn't really matter as long as you see, you see Rome.

To wszystko. Rzym jest rzeczywiście szalony, ale w tym swoim szaleństwie piękny. Jego doskonałe niedoskonałości sprawiają, że można trochę "poluzować", zrelaskować się. Co z tego, że nie wie się, o której przyjeżdza upragniony autobus? To doprawdy mało ważne, kiedy widzi się, widzi się Rzym.
Read More

7/27/12

Impossible is nothing

 (Weronika Załazińska / ph. Mum / wearing Zemełka&Pirowska dress)

I can't remeber if I'd already told you about the happy news - tomorrow I'm flying to Rome for three weeks (yaaaaay multiplied by one million) !!! I've been mentally preparing myself for this journey, you know, reading, practicing some useful expressions such as Yes, I'm without my parents here, but please Sir, do not kidnapp me or I have no idea where I am because unfortunetely I wasn't born with a good sense of direction but please Sir tell me how to get to dot dot dot. I already have the feeling it's going to be a trip of the century.

Nie pamiętam, czy już tutaj się chwaliłam radosną nowiną ; wiem, że na fanpage'u trąbiłam o niej wszem wobec, ale chyba na blogu siedziałam cicho. Tak, chodzi o istne wakacje życia - jutro wsiadam w samolot i lecę na trzy tygodnie do przepięknego Rzymu. Przygotowuję się mentalnie do tego wyjazdu od dłuższego czasu, czytam, ćwiczę różnorakie zwroty po włosku, na przykład Tak, jestem tu bez opieki, ale serdecznie proszę mnie nie uprowadzać albo Nie mam pojęcia gdzie jestem, bo niestety nie posiadam daru orientacji w terenie, więc uprzejmie proszę wskazać mi drogę do...Już czuję, że to będzie wyjazd stulecia.


But before I head to Rome and spend there perfect Roman holidays, I need to get down to some things such as packing. I wouldn't call packing an innovative subject for the post especially during summer holidays but hell yeah, it's important. I've always had the same attitude towards packing as I have towards my lowest drawer - I've been putting there literally everything, who cares it's crumpled or not, necessary or not? It goes in. But! Some time ago I watched a couple of short videos created by Louis Vuitton (about the art of packing,as they called it) and I had this super crazy idea in my head - this year I'm towing the line and transforming my messy suitcase to a perfect one. A perfectly organised suitcase sounds like a funny oxymoron in my case but I was really determined.

Ale zanim przeżyję rzymskie wakacje, muszę poświęcić się jeszcze jednej czynności, a mianowicie pakowaniu. Niezbyt to innowacyjny temat na post, w szczególności w tym miesiącu, ale dosyć ważny. Przez całe życie walizkę traktowałam jak dolną szufladę w pokoju - wrzucałam do niej wszystko co popadnie, na oślep, zmięte, niezmięte, potrzebne, niepotrzebne - pal licho. Po oglądnięciu kilku podejrzanie bardzo przyjemnych  filmików dotyczących pakowania na stronie Louis Vuitton do głowy przyszedł mi szalony pomysł, żeby w tym roku zrobić wszystko tak, jak należy. Perfekcyjnie zapakowana walizka w moim przypadku brzmi jak zabawny oksymoron, ale poważnie podeszłam do tego przedsięwzięcia.



At first I pulled out of my wardrobe and drawers everything that I really wanted to take with me - well  I ended up with an empty wardrobe and enormous bundle of clothes on my bed - I thought I doing something wrong. There was the time for rough selection - each blouse has to make pair with one pair (or more) of shorts and skirts. This way I'm not left with unnecessary clothes that only take up too much space in the suitcase. As far I've been doing pretty well.

Na początek postanowiłam wyciągnąć z szafy i szuflad wszystko, co bardzo chciałabym zabrać - po kilku minutach szafa była praktycznie pusta, a na łóżku leżała ogromna góra przypadkowych ubrań (nawet nie góra, jakaś kopa, wieżowiec) więc uznałam, że chyba nie tędy droga. Zaczęła się więc "ostra selekcja" - każde ubranie zostało sprawdzone w jakimś zestawie (każda bluzka pasuje do którychś ze spodni czy spódnic, torebki mają swoje pary), dzięki temu (chociaż po piętnastu minutach miałam ochotę wrócić do moich starych zwyczajów pakowania) nie ma żadnych przypadków, niepasujących elementów i jednocześnie - nie marnuje się miejsce w walizce. Jak na razie radziłam sobie znakomicie.



The thing is - every girl has her own frailty. Sometimes that appear after years and years - you know, I used to travel happily with two pairs of shoes and I honestly didn't care. But the more shoes I had, the more of them became my favourites and absolutely necessary ones for me. So I'm a little bit sorry that I have to bend the rules that say you should take with you as little as you can and only essential things but each pair of shoes is essential and totally all-purpose. I can't help it.

Rzecz w tym, że każda dziewczyna ma jakieś słabości. U niektórych pojawiają się one z czasem - ja na przykład zawsze radośnie jeździłam na wyjazdy z dwiema parami butów w walizce. Ale im więcej butów przybywało, tym więcej z nich stawało się moimi ulubionymi i absolutnie potrzebnymi. Tak więc trochę mi przykro, że naginam reguły perfekcyjnego pakowania, które zapewne mówią, aby brać jak najmniej rzeczy i jak najbardziej uniwersalnych, ale naprawdę każda para butów jest potrzeba i każda jest uniwersalna. Na to ja już nic nie poradzę.



 I'm finally done with my super - organised suitcase - it's the first time ever, I guess. And I'm not really going to become the next Perfect Housewife (I love this show so much by the way, it's so addicting :D) but I have some packing tips that are so obvious that we forget about them:

Skończyłam z porządnie zapakowaną walizką - pierwszy raz od niepamiętnych czasów. I nie będę się tutaj bawić w Perfekcyjną Panią Domu (którą tak nawiasem mówiąc uwielbiam i wcale się z tym nie kryję ;p), ale podczas układania rzeczy zastosowałam kilka przydatnych trików, tak oczywistych, że warto je przypomnieć: 

LITTLE SACKS - When you buy shoes or bags you often get these little material sacks. They're perfect for belts, lingerie, swimsuits ; I personally used them also for my little bags, e.g. the little one with the beadings because I don't want to have it destroyed.
TISSUE PAPER - or something similar to this - again, you often get when you buy clothes or cosmetics. You can wrap in this, I don't know, your cashemere sweater or something even more sublime.
JEWELRY BOX - I found mine in the king of the supermarket universe  - Lidl (they also make the best croissants ever!ever.). All of the most necessary stuff go in the box so that I can always have it by my side.
WORECZKI - Torebki i buty często dostaje się w materiałowych woreczkach (w podobnych nosiłyśmy tenisówki w podstawówce) - warto wykorzystać je na paski, bieliznę,stroje kąpielowe; ja jednego użyłam też do torebki z koralików, żeby jej nie uszkodzić (i żeby w razie czego koraliki nie zatopiły walizki)
 BIBUŁA - albo coś w tym rodzaju; znowu - dostaje się ją często przy zakupie ubrania czy w sklepie kosmetycznym. Można w nią zapakować ubrania z delikatnego materiału.
PUDEŁKO -  moje małe pudełko na biżuterię zostało kupione w niezastąpionym królu supermarketów Lidlu (który oferuje też najlepsze croissanty na świecie) i wszystkie najpotrzebniejsze (niepotrzebnych nie biorę, to tak jak z butami ;p) drobiazgi mam pod ręką.


Ok, so I have a big favour to ask you. If you know any places in Rome that are worth recommending, I'd be so happy if you wrote it down in the comment :) I'll hopefully have the Internet in my appartment so....I'll see you in Rome!

 Podzieliwszy się z Wami domowymi mądrościami, żegnam się już, ale na koniec mam małą prośbę. Jeśli znacie jakieś miejsca w Rzymie, które są godne polecenia, napiszcie proszę w komentarzu :) W mieszkaniu, w którym będę przebywać jest błogosławione WiFi, więc żegnam Was  i do zobaczenia już w Rzymie!

Read More

5/9/12

'American style'


As you probably know my exchange with the USA students included also going to school with them. That's awesome, right? I've always wanted to see a typical American school. High School Musical look-alike? I hope so! (no, no, I don't watch it! And no, I don't know all the songs by heart. No way). 

Tak, już zapewne wiecie lub się domyślacie, moja wymiana z uczniami amerykańskiej szkoły zakładała również chodzenie z nimi na lekcje. Świetna sprawa. Zawsze chciałam zobaczyć, jak wygląda typowa amerykańska szkoła. Osobiście liczyłam na coś w stylu High School Musical, oczywiście (Nie, nie, wcale tego nie oglądałam. Nie, wcale nie znam wszystkich piosenek na pamięć)


I didn't know what to expect. Maybe the school would turn up to be a fashion show? You never know. So I was kinda worried at first but then I just chose my typical outfit so: American Apparel sweater, black skinnies, biker shoes, leather jacket and black and brown bag. I felt secure. Entering the front door, I heard my heart beating. New place, new people. And then I bumped into a girl with wet hair wearing...pyjamas.

Nie wiedziałam, czego się spodziewać. Przerabiałam w głowie różne scenariusze, włącznie z tym, który zakładał, że szkoła będzie bardziej przypominać pokaz mody. Byłam więc na początku trochę zmartwiona i zdezorientowana, ale w końcu na mój pierwszy dzień wybrałam stały zestaw: sweter American Apparel, czarne rurki, buty bikersy, skórzaną kurtkę i czarno-brązową torbę. Czułam się bezpiecznie w obliczu odkrywania amerykańskiego liceum, o którym przecież nie tylko tak lukrowe filmy jak High School Musical powstały. Kiedy wchodziłam do wielkiego budynku przez wielkie drzwi, usłyszałam łomot mojego, już nie tak wielkiego, serca. Nowe miejsce, nowi ludzie. I w tym oto momencie wielkiej zadumy wpadłam na dziewczynę z mokrymi włosami, która miała na sobie....piżamę.


OK, that was weird. After a few steps I realized it wasn't weird here. What I saw first was the multiple view of sweatpants, tracksuit tops, sporty backpacks and Emu Eden slippers. I was...confused. Gabriela? Troy? Are you there? No, there was no Gabriela in her flowery dresses. Or Sharpey wearing pink from head to toe.
   I just want to get things straight. In my school in Krakow every day is similar to a mini fashion show. Wait, no. That's exaggeration. Let's say...it's a place near a fashion show where street style bloggers take pictures of you.  Most of the time you have to look good or at least decently. Nice shoes, nice hair, nice bag.

To było osobliwe. Jednak po kilku krokach zdałam sobie sprawę, że tutaj osobliwe to nie było. Pierwszą rzeczą, która rzuciła mi się w oczy, kiedy przekroczyłam próg szkoły, był widok tysiąca spodni dresowych, bluz od dresu, sportowych plecaków i "kapci" Emu. Byłam...zdziwiona. Gabriela? Troy? Czy gdzieś tu jesteście? Nie, nie było ich. Nie było Gabrieli w sukienkach w kwiatki. Nie było Sharpey w różu od stóp do głów. 
   I tutaj musicie wiedzieć o jednym. W mojej szkole, w Krakowie, każdy dzień przypomina mniej więcej pokaz mody. Nie, to gruba przesada. Powiedzmy, że to jak placyk przed pokazem mody, gdzie fotografowie mody ulicznej robią nam zdjęcia. Zazwyczaj trzeba prezentować się dobrze, a przynajmniej przyzwoicie. Ładne buty, ładna fryzura, ładna torebka.



And here? Nobody really cares about what you are wearing and I find it so bizarre but interesting and fascinating at the same time. At first I was shocked because people's attitude was so different to the one we  have (in my school?/ in Krakow? /in Poland?/ in Europe?). But then....it just started to fascinate me more and more. You could literally feel the ease there. People were so relaxed about their look or clothes.

A tutaj? Nikogo tak na prawdę nie obchodziło, czy mieliśmy na sobie dres czy piżamę, baletki czy kapcie. Było to dla mnie czymś dziwnym, ale jednocześnie interesującym i innym. Na początku byłam...cha cha...zszokowana, bo podejście tamtejszych ludzi do spraw wyglądu czy ubierania się było tak inne niż nasze (w mojej szkole?/w Krakowie?/w Polsce?/w Europie?). Ale później...to wszystko zaczęło mnie coraz bardziej fascynować. Ta szkoła wprost ociekała luzem.


Although once or twice I did wear sweatpants to my school (Tesco ones rule!!!), people would send me look "go back to your gym,  for God's sake". But here I was among my love-my-sweatpants friends. Guess what is my greatest purchase from the US? I'll leave you with this hard question. Day by day I was becoming a gangsta-Weronika. I'm not kidding. I know it's not a good idea to publish it here but with my friends we would drive the car, windows opened, Kanye West on full volume, black gangsta shades on our eyes, gangsta sweatpants on, gangsta Sprite can in our hands and all car bouncing. It was....fun.

Mimo że raz czy dwa pojawiłam się radośnie w mojej szkole w dresach (polecam serdecznie - Tesco), ludzie wysyłali mi spojrzenia, którymi starali się chyba przekazać, abym wracała na salę gimnastyczną i się nie kompromitowała. Ale tu, w Stanach, byłam wśród "kocham-moje-dresy" znajomych. (A kiedy zadam Wam pytanie, co jest moim najważniejszym nabytkiem z tego kraju, myślę, że nie będziecie mieć problemu z odgadnięciem ;)) Z dnia na dzień stawałam się raperem-Weroniką. Nie robię sobie żartów. Zdaję sobie sprawę z tego, że publikowanie tutaj takich wspominek nie jest zbyt dobrym pomysłem, ale w pewnym momencie poziom rapera w Weronice był dosyć niebezpieczny: kiedy razem ze znajomymi jechaliśmy samochodem; okna otwarte; Kanye West huczący z głośników; czarne raperskie okulary na nosie; raperskie spodnie dresow ; raperska puszka Sprite'a w dłoni i cały samochód kiwający się. To była....zabawa.



During one of the Latin classes I was talking with a girl about how Europe school and American school differ from each other. I told her it was so much fun not to care about what you wear. She looked and me and said: "Are you kidding me?! I wish I could wear a dress or heels but everybody would stare at me. And it wouldn't be nice". It's funny when you look at this - there are so many things that connect people from two continents but there are also so many that differ them from each other!

Podczas jednej z lekcji łaciny rozmawiałam z pewną dziewczyną o różnicach pomiędzy europejską a amerykańską szkołą. Powiedziałam jej, że naprawdę miłą odmianą było chodzenie do szkoły, gdzie spojrzenie uczniów nie przypomina spojrzenia jurora w Project Runway. A ona wtedy mi rzekła, abym sobie z niej żartów nie robiła, bo wiele dziewczyn strasznie by chciało nosić sukienki i chodzić na obcasach. Nie mogą jednak tak robić, bo wszyscy by na nie dziwnie patrzyli. To zabawne, jak ludzi na dwóch kontynentach może tyle łączyć, a jednocześnie tyle dzielić. U nas sprawa przedstawia się przecież na odwrót.


 And then I was at the crossroads. Although I enjoyed wearing sweatpants almost every day, I really missed dressing up. And I would never ever stop doing it. I think I just love clothes too much. So don't worry, my gangsta-period is almost over but on the other hand I'm not going to stop wearing sweatpants. No way! It'll be a hint of American style ;)

 I wtedy znalazłam się na rozstaju dróg. Chociaż noszenie spodni dresowych dzień w dzień było jak...dobry odwyk (dzisiaj szaleję z poetyckimi metaforami), to tęskniłam (i to jak!) do starych zwyczajów. Nie wydaje mi się, że mogłabym z tego wszystkiego zrezygnować, chyba za bardzo kocham ubrania i całą tę modę. Więc nie martwcie się, spokojnie, mój raperski okres można uznać prawie za skończony, chociaż z drugiej strony nie zamierzam porzucić spodni dresowych. Nie ma mowy! To będzie taka szczypta amerykańskiego stylu ;)


PS Yes, the school is even better than in High School Musical. Can you imagine that?! Better than it?!

PS Tak, ta szkoła była jeszcze ładniejsza niż w High School Musical. Potraficie sobie to wyobrazić?! Jeszcze lepsza?! 

(photos via Jak&Jil, Stockholm Street Style)
Read More

4/7/12

what's in my bag vol.2

First of all, Happy Easter everyone! I wish you all amazing time with your family (so after reading my wonderful story, turn off your computer and go help your Mum), peace and smile. That's said I can now skip to the other part of my post, which is about...THE BAG. More precisely, the content of my bag.

Po pierwsze, życzę Wam wesołych Świąt Wielkanocnych! Dużo wspaniałego czasu spędzonego z rodziną (a więc kiedy doczytacie moje fantastyczne przemyślenia, wyłączcie komputer i pomóżcie Mamie), spokoju i uśmiechu. To powiedziawszy, mogę przejść do innej części dzisiejszej notki, a mianowicie do...mojej torby. Jeśli chcemy być bardziej precyzyjni, to do jej zawartości.

While doing some cleaning up in my room, I came across my bag too. You have to know, that in my room there are some areas that I tend to stay away from. Little drawer that contains old purses, some photo frames, a sharpener that dates back probably 1980s, playing cards...you get the idea. And my bag is like this drawer. Full of everything. I honestly adore reading those what's in my fabulous bag posts, in which each girl tell me that their daily bag content includes two tickets, Blackberry, Chanel lipstick, perfect agenda and designer sunglasses. I always think - are they faking or they are really aliens from Perfectionist from Tumblr World?

Podczas przedświątecznych porządków, musiałam natknąć się na moją torbę rzuconą gdzieś w kącie. A musicie wiedzieć, że w moim pokoju są pewne miejsca, których staram się skrzętnie unikać. Na przykład mała szuflada, w której znajdują się rzeczy kompletnie ze sobą niepowiązane, stare portfele, ramki na zdjęcia, strugaczka, która chyba pamięta lata osiemdziesiąte, zdekompletowane kart go gry...dalej się nie zagłębiałam, jeszcze nie miałam takiego przypływu odwagi. A więc moja torebka jest jak ta szuflada. Pełna dosłownie wszystkiego. Szczerze powiem, że uwielbiam oglądać posty cudownych dziewczyn z ich cudownymi torebkami, w których każda z nich zapewnia mnie, że dzień w dzień w jej torebce można znaleźć tylko i wyłącznie dwa bilety, telefon Blackberry, szminkę Chanel, perfekcyjny kalendarz wypełniony ważnymi spotkaniami i okulary przeciwsłoneczne (najlepiej Dior lub Gucci, podobno Ray Bany są już dawno passé). Po lekturze takich postów, pełna jestem konsternacji. Czy one mnie tutaj oszukują czy przybyły z krainy Perfekcjonistek rodem z Tumblra, gdzie sama nigdy nie miałam okazji się znaleźć?



So today I'm showing you content of my not so fabulous bag. On the photo I let you see only the decent part of it. Come on, at least I can pretend I'm such a sublime girl!
Dzisiaj pokażę Wam więc zawartość mojej fantastycznej torebki. Oczywiście na zdjęciu możecie zobaczyć tylko tą porządną część. Przynajmniej poudawać sobie mogę, że niby taka feszyn jestem!

AGENDA - Most of the time I never have it with me. I've been always dreaming of having a perfect agenda loaded with important appointments, lunches with my friends, full of yellow sticky notes etc. As I told you, I always forget to take it with me, so instead of writing down everything in my great agenda, I prefer to scribble things down on a snip. It's such a great idea that I can call myself one of the most desorganised people in the world. Not chic.
KALENDARZ - Praktycznie nigdy go nie mam przy sobie, no ale. Zawsze marzyłam o prowadzeniu perfekcyjnego kalendarza wypełnionego bardzo ważnymi spotkaniami, obiadami z przyjaciółmi, wyklejonego żółtymi karteczkami. Może by i mi się to udało, gdybym w ogóle takowy kalendarz zabierała z domu. Tak to wszystkie sprawy zapisuję na skrawkach papieru wyrwanych z zeszytów. Jest to wspaniały sposób, tak wspaniały, że mogę siebie nazwać jedną z najbardziej niezorganizowanych osób na tym świecie.

PURSE - my purse itself is probably ten times heavier than the money I carry in it. I store everything. Old tickets, receipts, business cards, leaflets. You never know, maybe someday I'll need them.
PORTFEL - mój portfel jest prawdopodobnie dziesięć razy cięższy niż pieniądze, które się w nim znajdują. Kolekcjonuję wszystko. Stare bilety, rachunki, wizytówki, ulotki. Nigdy nie wiadomo, może kiedyś będę ich potrzebować.


BEAUTY BAG - concelear, blush and eye pencil. I've seen once on other blog a girl that would carry a nail polish with her. Well, I'm not that much initiated yet.
PODRĘCZNY PRZYBORNIK - czyli korektor, róż i kredka. Widziałam gdzieś u dziewczyn lakiery do paznokci, ale ja jeszcze nie jestem na tyle wtajemniczona.

BOOK - I spend more or less 1,5 hour every day in a tram. There is no better way to make a use of it than just read a book. 
KSIĄŻKA - spędzam w tramwaju około półtorej godziny każdego dnia. Najlepszy użytek, jaki mogę zrobić z tego wolnego czasu to po prostu...czytanie.

BOBBY PINS & ...PINS Having a bag hair day? No problem. A sleeve is too long? I get it. With pins I have no fear. Always ready. Always prepared.
WSUWKI I AGRAFKI - Włosy, które się nie układają? Żaden problem. Za długi rękaw? Nie ma sprawy. Ze wsuwkami i agrafkami nie straszne mi żadne wyzwanie. Zawsze gotowa i przygotowana.

And now things that I always carry with me but they're definietely not chic at all:/// I oczywiście rzeczy, które zawsze mam przy sobie, ale już nie są takie szykowne, aby pokazywać je na zdjęciu:
 shopping bags, leaflets, old pens and pencils, sheets of paper, tissues
reklamówki, siatki po obwarzankach, ulotki, papierki, stare długopisy, skrawki papieru, opakowania po chusteczkach.


WHAT'S IN YOUR BAG? / A CO WY TRZYMACIE W SWOJEJ TOREBCE?
Read More