Showing posts with label yes or no. Show all posts

6/19/13

FLAT MONTHS



(ph. Basia Zielińska / wearing JollyChic dress, shoes I bought in Sicily in a random shop)


I've always thought that if I were to bulid up my shoe collection I would buy more and more crazy/elegant/beautiful high heels, summer wedges, cute high heel sandals (Carrie Bradshaw reference if you haven't noticed). And look at me now - siting here in a cafe wearing my newest pair of flats after only day of wearing the wedges I'm showing you today. I spent the whole winter (that lasted ages this year in Poland) not even bothering to think about high heel shoes, living in a total comfort zone with no falls, no broken heels, no annoying sounds that stilletos make. Pure heaven, I'm telling you. But since the winter is gone and there should be no snow or slippery surfaces, I thought wearing my favourite wedges for the first time in eight or nine months couldn't be a better idea. And guess what, I couldn't be more wrong about that.

Zawsze myślałam, że jeśli będę już budować moją kolekcję butów, to będzie ona się składać w głównej mierze z ciekawych/pięknych/eleganckich obcasów, letnich koturnów i sandałów na podwyższeniu (patrz - garderoba Carrie Bradshaw). Siedzę jednak teraz w kawiarni, a na nogach mam nie piękne obcasy, ale nową parę płaszczków (wybaczcie za to niezbyt dystyngowanie brzmiące i dopiero co stworzone przeze mnie słowo, ale żmudne i nudne będzie powtarzanie „buty na płaskiej podeszwie” za każdym razem, kiedy o płaszczakach mowa). Całą zimę (a zima, jak wszyscy wiemy, trwała w tym roku trochę więcej niż przyzwoitość pozwala) spędziłam stroniąc od jakichkolwiek obcasów, żyłam sobie komfortowo, bez poślizgnięć, bez upadków, bez irytującego dźwięku stukających obcasów. Ale jako, że zima już dawno odeszła i nie ma ani śniegu, ani śliskich powierzchni, pomyślałam sobie, że nie ma bardziej odpowiedniego sposobu na powitanie lata, niż włożenie zapomnianych, ukochanych koturnów. I oczywiście, bardziej mylić się nie mogłam.
 
 


 I can't walk in them anymore. I literally feel the pair running right in my calf everytime I move my leg and after a fifteen-minute walk I can see how the wedges are transforming into two balls with a chain. Despite the fact, I love how high heels look, I prefer to admire them when they're nice and shiny in a shop rather than on mu feet and yes, I'd never thought I say it, but I'm team flats all the way. You know, it's quite nice to be able to run to catch the bus or walk a little bit faster from time to time and when I'm wearing high heels, I'm telling you, it does not happen. I know that's quite a random side note, but if I were to choose an animal that I wanted to be, I would choose a doe (or a lion but I'm not that agressive). It's free, fast, it runs a lot and has big eyes. Can you imagine a doe running so fast in high heels (of course if it wore any shoes at all)? Exactly. It would so doing it in flats though.

Straciłam moją zdolność. Straciłam zdolność chodzenia w koturnach. Czuję przeszywający ból w łydce, który jest silniejszy i silniejszy z każdym krokiem, a po piętnastu minutach spaceru widzę jak koturny zamieniają się w dwie kule z łańcuchem. Widok obcasów uwielbiam i bardzo mi się podoba, ale ostatnio doszłam do wniosku, że bardziej niż na mojej nodze, podoba mi się w witrynie w sklepie. I trudno mi to powiedzieć, bo myślałam, że moja ścieżka życiowa podąży w innym kierunku, ale tak, należę już do wielbicieli płaszczków. Dlaczego? Bo to całkiem miłe, kiedy mogę dobiec i wsiąść w ostatniej chwili do autobusu i to całkiem przyjemne, gdy mogę przejść dystans dłuższy niż trzy metry, a kiedy noszę obcasy, zapewniam Was - tak się nie dzieje. Wiem, że to dość specyficzne wtrącenie, ale gdybym miała być zwierzęciem, to chciałabym być sarną (albo ewentualnie lwem, chociaż żaden ze agresor). Wolna, szybka, ciągle biega i ma duże oczy. Trudno sobie wyobrazić sarnę, któraby miała biegać tak szybko w obcasach (gdyby oczywiście sarna nosiła jakiekolwiek obuwie). W płaszczkach natomiast nie miałaby żadnego problemu.


Having said that, taking a doe as my role model for this summer, I don't think I'd be wearing a lot of high heels in the next few months. What about you? Are you team flats or high heels? Have a lovely week!

Powiedziawszy to, ustanawiam sarnę moim wzorem postępowania na te wakacje i czuję, że obcasów to ja się w przeciągu kilku miesięcy dużo nie nanoszę. Ciekawa jestem jak jest z Wami (moja Mama, na przykład, żadnego bólu nie czuje i reprezentuje zwolenniczki każdego typu obcasów, co ja uważam za oczywiście, niewyobrażalne). Miłego tygodnia!


Read More

11/16/12

SHOP WINDOWS


I'm probably of the biggest fans of shop windows in the whole world. I love to watch how they change each season, what kind of light it's used in winter and what kind in summer, how much fake snow must be used to create 'christmas atmosphere' and how the manequines can be set to give you this weird impression that even though they don't have a face and they're made of a few pieces stuck together - they're still having so much fun behind the window. I especially adore window shops in kids stores during christmas time - those kids with white plastic instead of face, dressed up in sequines, tulles, with bowes and necklaces around their plastic necks are just too cute to handle.
But let's just face one thing - most of the time shop windows look all the same and the ideas used to create them are not really revelatory. Shop windows are there to allure us so it's not surprising that the amount of glitter, neons and shiny things often exceeds the limit of decency. When I was doing my regular (once for a few months) walk among window shops I noticed two most popular ways of arranging them. They either:

 Uwielbiam witryny sklepowe. Uwielbiam obserwować, jak zmieniają się z porą roku, jakiego sposobu oświetlenia używa się w zimie, a jakiego latem; ile sztucznego śniegu potrzeba, aby wykreować świąteczną atmosferę i jak należy ustawić manekiny, aby zawsze, ale to zawsze sprawiały to niepokojące wrażenie, że chociaż nie mają twarzy i są stworzone z kilku przyklejonych plastikowych elementów, to za szklaną taflą bawią się wręcz wyśmienicie. Szczególnie lubię witryny sklepów dla dzieci podczas świąt Bożego Narodzenia - nikt nie rozczula tak jak te małe dzieciaczki z białym plastikiem zamiast twarzy, opatulone w tony tiuli i cekinów, z muszkami i naszyjnikami wokół ich plastikowych szyjek, które brodzą w sztucznych zaspach śniegu.
Nie zmienia to jednak faktu, że witryny sklepowe z reguły wyglądają tak samo, a pomysły dotyczące ich aranżacji nie są zbyt odkrywcze. Ilość konfetti, neonów i innych błyszczących rzeczy zdecydowanie przekracza jakiekolwiek granice przyzwoitości, wszystko się tli, miga, połyskuje, a więc wabi (przynajmniej większość). Bo witryna specjalnie skomplikowanych zadań do wykonania nie ma - po prostu ma wabić. Kiedy więc robiłam mój co-kwartalny obchód wszystkich istniejących witryn sklepowych (tak, tak też można), zauważyłam, że tworzy się je z reguły na dwa sposoby. I albo:




1) Show a strong, confident and beautiful manequin-woman, somebody we all wish to be (just add eyes, nose and mouth). She (manequin lady) often stands or sits alone in high heels, she's got big fur around her neck, bigger necklace on top of her dress/shirt and she's not accompanied by any other manequin because she probably needs so much space to let her inner glow shine.
2) Show a group of ladies or a couple (manequines) having so much fun together for example in the forest (I can't stop laughing when I see tree-trunks dumped in the middle of the exposition) coincidentally dressed up in clothes worth more than five bottles of Gucci perfumes. They're just the people you wish you hang up with when you finish your two or more shopping spree.


1) Pokazują piękną, silną, niezależną, pewną siebie i przewspaniałą kobietę-manekin - czyli osobę, którą wszystkie chciałybyśmy się stać (dodając oczy, nos i usta). Stoi albo siedzi w wielkich szpilkach wciśniętych na jej miniaturowe nieukrwione stopy, na szyi ma wielkie futro, na bluzce jeszcze większy naszyjnik i przeważnie tak stoi/siedzi sobie sama, bez żadnego towarzystwa, bo drugi manekin mógłby jeszcze przyćmić jej gwiazdę.
2) Pokazują grupkę dziewczyn albo parę zakochanych (manekinów), którzy mają dobry ubaw, na przykład w lesie (rozrzucone pnie drzew na chybił trafił są zdecydowanie moim faworytem) albo w jakimś innym dziwnym miejscu, a są przy tym całkiem przypadkowo ubrani w rzeczy mające wartość większą niż z pięć butelek perfum Gucci. To po prostu ludzie, z którymi każda pani zakupoholiczka chciałaby trochę pogawędzić po kilkugodzinnych zakupach.

So basically this is how most of the window shops look. Sometimes, with a mere luck, you can notice a artificial dog or disco ball but this is only when people who stand behind it get more creative. But still, I like them, because frankly speaking I kinda have a soft spot for some forms of kitsch. Sometimes though, I wish I could see something different, something that won't necessarily show me a white plastic body. Can a shop window be art? 

Tak więc mniej więcej to wygląda. Czasami, jeśli ma się szczęście, można trafić na sztucznego psa albo kulę dyskotekową. Ja jednak lubię witryny, może dlatego, że mam słabość do różnych form kiczu. Troszkę inaczej mają się sprawy, gdy i marka może sobie pozwolić na wkład większej sumy pieniędzy w aranżację witryny, i gdy kieruje swoje produkty do bardziej wyselekcjonowanej grupy ludzi. Wtedy, powoli, gdzieś zza kotar (oczywiście błyszczących) wyłania się słowo: sztuka. Czy witryna sklepowa może być sztuką?


A few days ago I managed to see a new exhibisiton that claim shop windows can be art. A few brands and designers cooperated with talented artists on creating original shop windows that can be seen in the centre of Warsaw. So you've got huge H&M life exhibition where models (not plastic ones this time) sit on the couches, read books, they play their roles behind the glass.  I also liked shop window in Ania Kuczyńska's shop, which is pretty minimal but still very pretty.

W zeszły weekend udało mi się zobaczyć kilka witryn sklepowych, powstałych w ramach festiwalu "Warszawa w budowie". Ogólnie rzecz biorąc, polega to na tym, że spotyka się artysta z projektantem/firmą i tworzą witrynę sklepową, która ma zadzwiać swoją oryoryginalnością, niezwykłością i pięknością i na dodatek ma udowadniać, że nawet ona sztuką być może. Jest więc dwupiętrowa instalacja w H&Mie, gdzie modele (już nie plastikowi) siedzą sobie, czytają książki, rozmawiają, odgrywają swoje role za szybą, jest i sklep Ani Kuczyńskiej, który szczególnie mi się spodobał.




I didn't make it to see all the shop windows on my list since even with two maps in two different mobiles I'm hopeless when it comes to finding the way (so are my friends) but there are two places in Warsaw you'll find no matter where you are. I can't think of any other two places that would be so cliche but this is why I probably love them so much. The Palace of Culture and Science and Starbucks - Starbucks in Krakow is really lame and I'm generally not the biggest fan of it but there is one ST very near The Palace (I can't remember the street) that I just love, love, love, love. It's not so packed with people and it's got two floors (yay!) so I can't wait to come there in December and watch Warsaw in snow. Have a lovely weekend, xx.

Niestety nie udało mi się zobaczyć wszystkich witryn z mojej listy, bo nawet posiadając dwie mapy, w dwóch różnych komórkach nie jestem w stanie się odnaleźć (nie umieją tego zrobić też moi znajomi), ale są takie miejsca, gdzie trafię zawsze, o każdej porze dnia i nocy. Trudno o bardziej pospolite miejsca w Warszawie niż Pałac Kultury i Starbucks (tak), ale kocham je całym sercem. Nie, nie biegam z pustym kubkiem cały dzień w celu uzyskania doskonale skomponowanej kolorystycznie stylizacji. Za Starbucksem ogólnie nie przepadam, bo też nic specjalnego w nim nie ma, ale jego jedna filia (gdzieś przy Pałacu, oczywiście nie mogę zlokalizować ulicy) jest przecudowna - niezbyt zatłoczona, z dwoma piętrami - słowem, czekam na grudzień!




PS Za wszystkie pytania serdeczne dzięki, "trochę" ich jest, ale postaram wyłowić te najczęstsze/najciekawsze i zmontować wkrótce filmik :)


Read More

10/18/12

RED LIPS

Często piszę na blogu o paniach, które zachwycają mnie swoją perfekcyjnością, a jednocześnie oczywiście mnie nią irytują. Każda z nich specjalizuje się w innej dziedzinie, a więc pisałam już o pani od perfekcyjnych bordowych paznokci, pani od perfekcyjnej opalenizny, pani od perfekcyjnych minimalistycznych ubrań i pani od perfekcyjnej zawartości torebki. Dzisiaj będzie o pani od perfekcyjnych czerwonych ust.

Nigdy nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego niektóre kobiety potrafią nosić na ustach czerwoną szminkę w absolutnie bezpretensjonalny i swobodny sposób, podczas gdy inne, nieważne jakby się nie starały i czego by nie zrobiły, zawsze wyglądają w niej tak, jakby pięć wcześniej wybiegły w pośpiechu z burleski. Znacie ten mit o pani (no i zaczęło się), która rano posypuje twarz pudrem i robi dwa maźnięcia czerwoną szminką, aby w jakiś podejrzany sposób przetransformować się w nieskazitelną, "nonszalacką' istotę? Oczywiście nie czesze też włosów, bo poduszka je idealnie wystylizowała, narzuca na siebie jakiś moro kurtko-płaszcz i wychodzi z domu. Opisywana pani to trochę taka pani-widmo, bo jak żyję sobie spokojnie 17 lat, to jeszcze nigdy dokładnie takiej nie spotkałam. Chyba, że mówimy tu o bezkresnych zasobach zdjęć tumblra.

Ryzyko porażki przy czerwonej szmince jest bardzo duże, ale jak już żyć na krawędzi, to na całego. Jesień przyszła, a z nią jesienna chandra - podobno nic nie poprawia tak humoru, jak żywe kolory (to w sumie nieprawda, przynajmniej nie w moim przypadku). Czemu by więc nie spróbować? Tym bardziej, że podobno czerwona szminka jest niezwykle uniwersalna. Akurat tego osobiście nie zauważyłam, bo za każdym razem, kiedy kładę ją na usta bliżej mi do klauna niż do kogokolwiek przyzwoitego, a już o jakichkolwiek niuansach w technikach jej nakładania, w zależności czy bliżej mi do lat 50. czy rocka, nawet nie ma mowy. Niestety u mnie zawsze wychodzi tak samo. Zarzuty jednak na tym się nie kończą. Człowiek naczyta się tych wszystkich bzdur w Vogue'ach, nie Vogue'ach, że niby to czerwień tak pięknie każdemu pasuje i oczekuje jakichś rozświetleń i wichrów (już nawet nie podmuchów) świeżości. A okazuje się, że czerwień czerwieni nie równa i owszem, jeden na tysiąc odcieni będzie tym, który i rozświetli, i odświeży, i nie wiem jeszcze co zrobi z tą twarzą, ale ta reszta już nie zachwyci. Ja polegam w tym temacie na próbowaniu wszystkiego na własnej skórze (a raczej ustach). Kończy się to oczywiście pudłem, gdzie te wszystkie  nieudane eksperymenty zalegają sobie w spokoju.

Raz na jakiś czas jednak, nie wiem dlaczego, czerwona szminka zdaje się u mnie spełniać swoje zadanie. Nie sprawia, że wyglądam 10 razy bladziej, 10 razy chorzej i 10 razy na bardziej zmęczoną. Na kilka godzin przychodzi ten mały podmuch (nie oszukujmy się, wichrów tu nie ma). I ten mały podmuch, chociaż taki rzadki, sprawia, że jeszcze nie wyrzuciłam w cholerę tego pudła i wciąż babram się w czerwieni....Czerwona szminka - tak czy nie? 

PS Za komentarze pod poprzednim postem dziękuję i odpowiem na nie wieczorem :)

Read More

9/7/12

TELL ME WHY




I did it. I bought Nike shoes. Yes, I know that the vision of me landing on the moon is seriously more probable than me wearing this type of shoes, I don't know what happened, I love them. Maybe it's because I'm such a pathetic fashion victim and I really couldn't choose any more pathetic and popular trend to become my 'discovery' this season or maybe because lately I transformed into the person I would kill with no doubt a few months ago - you know, this annoying type of person who cheerfully says sport is fun (?!) and wakes up a couple of minutes earlier to stretch her body (?!?!). This is what I became - a monster.

Zrobiłam to, kupiłam Nike'i. Wiem, że bardziej prawdopodobna jest wizja mnie lądującej na księżycu niż  noszącej takie buty, ale coś się w moim mózgu poprzestawiało, pomieszało i doprawdy jestem w nich zakochana. Zdaję sobie sprawę, że ten zakup tylko utwierdza wszystkich, że zasługuję na nagrodę Pierwszej Ofiary Mody, ale tak to zazwyczaj bywa, że na moje "wielkie odkrycia" sezonu wybieram akurat te najbardziej oklepane i popularne. Dochodzi do tego jednak też druga sprawa, a mianowicie poderzewam, że kupno butów był tylko "efektem ubocznym" mojej transformacji w osobę, którą zabiłabym z przyjemnością jeszcze kilką miesięcy temu -  tą, która z uśmiechem na ustach twierdzi, że sport to przyjemność (?!), a ustawiając budzik, w głowie zawsze ma dodatkowe piętnaście minut na rozgrzewkę (?!?!). Oto kim się stałam - istnym potworem.



My list of physical activies used to be pretty much the same all the time: running to catch the bus, stretching during rush hours in the tram and moving hangers in the second-hand stores. And I was really satisified with these. My school girlfriends were always with me and we all used to support each other during PE classes - the bench we would sit on, played a major part in our social lifes. But suddenly, I don't know why, more and more of them started exercising. Somebody signed up for gymnastics. Another person started dancing. The women I used to see in TV, they were all grinning and saying that the "dog asana" changed their life and the others, in the magazines, were ensuring me that there's no better way to deal with stress than run at 4.30 AM. Everybody exercised. Not only did they exercise, but they all seemed to enjoy it! Together with my few friends we were the last ones on the battlefield.

Przez większość życia lista moich aktywności fizycznych ograniczała się do podbiegania do autobusu, ćwiczeń rozciągających/siłowych praktykowanych w tramwaju szczególnie w godzinach szczytu oraz przekładania wieszaków w ciucholandach. To mi w zupełności wystarczało. Wśród koleżanek zawsze znajdowałam zrozumienie, a lekcje wf-u spędzane z trzydziestoma innymi dziewczynami na ławeczce sprawdzały się świetnie jako pomoc w zaciśnianiu relacji towarzyskich. W pewnym momencie jednak ławeczka, ku mojemu przerażaniu, zaczęła pustoszeć. Ktoś zapisał się na gimnastykę. Jeszcze kto inny tańczył. Wszystkie panie w telewizji twierdziły, że 'powitanie słońca' zmieniło ich życie, a inne w gazetach zapewniały, szczerząc zęby, że godzinny bieg o czwartej nad ranem to ich ulubiony sposób na walkę ze stresem. Coś mi tu nie pasowało. Każdy ćwiczył, a żeby nawet jeszcze tylko ćwiczył, każdy się z tego cieszył! Z ostatnimi wytrwałymi znajomymi, znalazłyśmy się same na polu walki.



I was really confused. Of course, I was confident of my inborn amazing and breathtaking flexibility but I decided to test it. Once, being stucked in a very weird and hurtful position, I collapsed on the floor, I kinda lost my confidence. And this is how I became a sport monster (well, it's a big exaggeration). And I'm telling you - it feel so good!  Being a sport monster is pretty convenient. The fairy tales about jumping endorphines are so true, you've got more energy, you concentrate easily and you don't have to lay down on the floor everytime you do vacuuming. I just want you to know I'm not a maniac (yet), I don't throw out from my fridge every single yoghurt that doesn't have a 'bio' label on it and I don't spend day and night in the gym, there would a looong way for me to go since my 'starting level' was not really even a 'level'.

W tym całym zamieszaniu, zdezorientowana, ale pewna jednocześnie swojej wrodzonej, nadzwyczajnej sprawności fizycznej, postanowiłam ją przetestować. Kiedy zapętlona runęłam na ziemię, już wiedziałam, że nie tędy droga. I wtedy właśnie zmieniłam się w sportowego (jeszcze pseudo) potwora. Prawić morałów tu nie zamierzam, bo i trudno, żeby morały prawiła siedemnastolatka, ale szczerze mówiąc, bycie takim potworem okazuje się bardzo wygodne i przyjemne. Bo tu i endorfiny, i więcej energii, zwiększona koncentracja, a i jeszcze podczas odkurzania nie pada się na ziemię co dwie minuty, łapiąc się za plecy. Moja "sportowość" nie jest jeszcze niczym maniakalnym (a do wszelkich maniactw, jak wiecie, mam słabość), nie wyrzucam z lodówki wszystkich jogurtów nieopatrzonych zieloną naklejką 'bio', ani nie spędzam całych upojnych dni i nocy na siłowni - do tego byłaby bardzo długa droga, bo wystartowałam przecież z poziomu poniżej jakiegokolwiek możliwego.



And you know what I think? We finally have a trend that can easily transform into a healthy lifestyle. Afters years and years of promoting anorexia or obesity, BEING IN SHAPE is finally in. It's all about treating your body as an individual, embracing and working on what you have and treating it with respect, because it deserves it, well you deserve it.  'A healthy mind in a healthy body' ? That's SO TRUE. 

I tak sobie myślę, że wreszcie w modzie mamy trend, który (zastosowany w rozsądnych ilościach) może z powodzeniem stać się stylem życia. A, że moda uwielbia popadać ze skrajności w skrajność, cieszmy się, że nareszcie (być może pozornie) zachowuje równowagę. Po promowaniu na zmianę anoreksji lub otyłości, w cenie jest ciało traktowane indywidualnie, niekoniecznie "zrobione" na modłę wychudzonej modelki, ale takie, z którym obchodzi się z należytym szacunkiem. Bo w końcu ktoś powiedział "W zdrowym ciele, zdrowy duch"... i chyba miał rację :)


PS Zabieram się już za odpowiadanie na komentarze pod poprzednim postem :) Dajcie mi czas do wieczora!

Read More

1/23/11

are you one of the fashion people?

 Czerwiec, Warsaw Fashion Street 2011- ważny momwnt dla polskiej mody. Co takiego się stanie? Premiera albumu Fashion People Poland, którego pomysłodawczynią jest Dorota Wróblewska. Wiele osób narzeka, że w polskiej modzie mało się dzieje, a tak naprawdę niewielu coś do niej wnosi. Mnie osobiście pomysł się podoba, tym bardziej że oprócz pokazywania ciekawych stylizacji, osób, cały dochód ze sprzedaży będzie przeznaczony na cele charytatywne. Już kliknęłam "Lubię to" na Fejsie (jako przykładna maniaczka Facebook'a) i ze zniecierpliwieniem czekam na premierę! Tym bardziej, że w albumie będzie można zobaczyć...mnie :)
Read More

3/29/10

my favourite models at the moment
Hi guys! Because I'm ill right now, I cannot speak and I look like a big mess, there won't be any photos of me today (that's so sad....just kidding). I decided to make a short post about my fav. models at the moment. So enjoy! Witam, witam. Dzisiaj nie będzie moich zdjęć, bo aktualnie pięknie sobie choruję w domu (nie mogę mówić) i wyglądam jak jakiś dziwak, ale za to przygotowałam krótki post o moich ulubionych modelkach ;)



Natasha Poly- she's perfect! I LOVE her cheek bones and eyes. I find her very sweet and her accent is so cute! Natasha jest dla mnie modelką-ideałem ;) A w dodatku jej akcent jest rozbrajająco słodki.




Jessica Stam- her eyes are amazing- so magical and mysterious. And just look how she walks!: Jessica ma na prawdę oryginalną urodę i sprawia, że zawsze skupiam się na jej oczach (które są niesamowite!)



Anja Rubik - I know it's weird but every time I see her (photoshoot/runway whatever) I feel so proud haha ;) I think almost everybody knows that but let me remind you- she's Polish too ;) Tutaj komentować chyba nie muszę :) Nasza duma narodowa- Anja

What is your fav. model?
EDIT: look what bought one week ago http://twitpic.com/1bpxuh
Read More

1/2/10

yes or no: lara stone
Lara Stone- piękna, czy odpychająca? Jest to jedna z tych modelek, które wywołują skrajne emocje, gdziekolwiek się pojawią. Osobiście ją uwielbiam, szpara w zębach, chłodne spojrzenie-to ją wyróżnia, sprawia, że zapamiętuję ją na dłużej. A jaka jest Wasza opinia?







Read More