10/12/13

SATURDAY'S UPDATE
(ph.Basia Zielińska / wearing Reserved sweater, Topshop trousers, Primark ballet flats)


Time is flying by way too fast. I mean really. One week ago I created the previous post, on Monday I took the photos I'm showing you today and I was so proud of myself since I thought I'm becoming such a good blogger, you know, having my pictures prepared already two days after the new post (in my case, it's a THING). That was on Monday. Today is freaking Saturday and God only knows where these days in-between had gone. Anyways, since my life has recently become as interesting and glamorous as a phonebook and has a routine of me going to school, me sitting in the library and me sleeping after I get home, I don't really have anything super fabulous to show you. Let's just say this is a weekly update with some nicer bits of the past few days.


Czas biegnie za szybko. Zdecydowanie za szybko. Tydzień temu opublikowałam poprzedni post, a już w poniedziałek zrobiłam zdjęcia, które widzicie dzisiaj i aż rozpierała mnie duma, bo tak ekspresowe przygotowanie materiału na post nie zdarza się u mnie, szczerze mówiąc, wcale i tak sobie już myślałam ochoczo, że oto stoję na dobrej drodze do zostania przykładną i systematyczną blogerką. Było to, przypominam, w poniedziałek. Dzisiaj jest sobota i chcę tylko powiedzieć, że chyba tylko Bóg raczy wiedzieć, gdzie mi to sześć dni uciekło. Jako, że moje życie ostatnimi czasy stało się tak interesujące i fascynujące jak książka telefoniczna i składa się na nie rutyna złożona z trzech części : mnie chodzącej do szkoły, mnie chodzącej do biblioteki i mnie zasypiającej po powrocie do domu; nie mam zbytnio niczego zapierającego dech w piersiach do pokazania. Uznajmy więc, że to taki mały "update" i kilka milszych aspektów tego tygodnia.





Ouuh yeah, girly stuff. A lady in the pharmacy recommended this lip balm to me and you know, I'm not one of these people that actually listen to people who are recommending me stuff simply because they are paid to do so. But well, I'm was kind of desperate since I had a desert with camels (?) going on my lips and nothing worked. But this lip balm...does work. It works so well I'm kind of surprised. It's called Sanoflore Nourishing lip balm and has a tone of stuff written in French on its jars which, of course, I don't understand but who cares when it transformed the desert into a ice rink?


U, yes - dziewczyńskie sprawy. Byłam jakiś czas temu w aptece na misji, z racji tego, że moje usta zmieniły się w dziką pustynię, po której mogłyby sobie biegać jakieś wielbłądy. Z reguły nie słucham żadnych pań, które czają się na mnie w sklepach żeby mi coś doradzić, ale tamtego dnia, jedna z pań chyba wyczuła moją desperację i od razu uderzyła z ciężkiego kalibru. Tak się nawychwalała, że się poddałam, kupiłam balsam i liczyłam tylko na to, że nie będzie on największym badziewiem tego świata. Okazuje się jednak, że czasami pań polecających warto słuchać, bo z pustyni zrobiło się istne lodowisko. Balsam nazywa się Sanoflore Nourishing lip balm i ma słoiczku trochę, zapewne fascynujących, informacji. Są one jednak po francusku, więc nie mnie będzie dane zgłębienie tej wiedzy.



 
Two pictures completely without any sense and with no meaning at all.
 
Dwa zdjęcia, trochę bez sensu i absolutnie bez żadnego ukrytego znaczenia.





The best pastry-shop/bakery I've been to in years. I love it so much since it's not a typical café (so it doesn't have cosmic prices as cafés do) but rather a bakery with a place to sit down. If you ever come to Krakow, pay a visit to Karmelicka Street and have a chocolate croissant and this weird vanilla-thing with raspberry mousse in the middle. It is heaven.

Największe odkrycie zeszłego tygodnia - cukiernio-piekarnia na Karmelickiej. Nie ma typowych kawiarnianych (czyli kosmicznych) cen, jest dużo miejsca, żeby się rozsiąść i jeść, a czekoladowe croissanty i dziwne twory z ciasta francuskiego z malinowym środkiem to coś dosyć wspaniałego.

Picture 1 : a typical day. Picture 2: a typical Saturday in the library. Yes, I was the first one to be there in the morning. Somebody's apparently mental. Have a lovely weekend everyone!
 
Zdjęcie numer jeden: typowy dzień. Zdjęcie numer dwa: typowa sobota w bibliotece. Tak, byłam pierwszą osobą, która się tam zjawiła. Tak, przerabialiśmy już - jestem psychiczna. Miłego weekendu!!!
Read More

10/4/13

FREEZING DAYS OF OCTOBER

(ph. Basia Zielińska / wearing second-hand checked dress, second-hand sweater, second-hand scarf, Mango bag, Vagabond boots, SIX bracelet)
 
 
Today I'm presenting you what happens when you decide to eliminate your morning coffee from your life because you're drinking too much of it even later in the day. See these under eye bags? See this vacant look? I'm warning all of you - being on a half-self-made-rehab is not a pleasant experience so keep that in mind as you're drinking your third or fourth coffee today and learn on my mistakes. I actually did survived, I guess month more or less, without any coffee at all during summer holidays but the moment the school started my ambitious plan was finished.
 
Prezentuję Wam dzisiaj skutki eliminacji porannej kawy z życia maniaka. Widzicie te wory pod oczami? Ten nieobecny i nieprzytomny, a do tego obłąkany wzrok? Ostrzegam - bycie na pół-odwyku zrobionym przez siebie nie należy do najprzyjemniejszych czynności, więc jeśli pijecie w tej chwili trzecią lub czwartą kawę w tym dniu, to dajcie sobie spokój i uczcie się na moich błędach. Pamiętam jeszcze te czasy (miesiąc temu), kiedy w moim sercu narodziła się nadzieja na lepsze jutro nieuzależnione od kawy o szóstej nad ranem - podczas wakacji żyłam w takim stanie cały miesiąc, ale w momencie, w którym wróciłam do szkoły, wrócił i mój dawny nawyk.


But you know what, a beginning of a new month seems like the perfect time to give myself another chance. So I'm passing morning coffee and making myself a juice every single day. It looks like a dog's green poo and I'm not even joking. The taste is, I suppose, much better than a dog's poo. So what I do is mixing spinach, apples, bananas, pears, avocado and flax seeds and drinking it all instead of having my daily intake of caffeine. Well, later in the day I have a coffee to keep myself alive but you know....baby steps and we're heading in the right direction.
 
 
Jest jednak początek nowego miesiąca, aż się prosi, żeby dać sobie nową szansę, wyeliminowałam więc poranną kawę i zastąpiłam ją sokiem. Sok wygląda jak zielona kupa psa i wcale nie żartuję. Smakuje jednak na pewno lepiej niż takowa kupa (przynajmniej tak mi się wydaje). Wrzucam więc szpinak, jabłka, banany, gruszki, avocado i siemię lniane, to wszystko miksuję i sobie tak od kilku dni piję zamiast dostarczania dziennej dawki kofeiny od razu po przebudzeniu. Nadrabiam za to w ciągu dnia, bo muszę jakoś się trzymać na nogach. Jestem jednak dobrej myśli, małe kroczki i, jakby to w piosence o Magdzie Gessler zaśpiewano, idziemy w dobrym kierunku.




Read More

9/28/13

FIVE THINGS TO DO IN ROME



Today I decided to share with you some of the things I personally think you should do when you visit Rome. Of course, there are thousands and thousands of them, but here are my first five: / Dzisiaj pięć z miliona rzeczy, które, według mnie, warto zrobić w Rzymie:


1. GO FOR A MIDNIGHT WALK
Or for a run if you happen to have sports wear with you. Last year I used to do it all the time - just a little bit of sport while looking at Colloseum and Forum Romanum at 2 AM (casual, right). Rome by night is magical and if you're not afraid of being killed (or kidnapped or robbed like I was not) in the middle of the night, try not to bring anybody with you.

Bieg czy spacer po północy w Rzymie to coś, co będąc tutaj, trzeba zrobić chociaż jeden raz. Jeśli nie boicie się zniknięcia w tajemniczych okolicznościach czy obrabowania, to polecam nie zabierać nikogo ze sobą i o 2 czy 3 w nocy mieć Koloseum czy Forum Romanum tylko dla siebie.


2. VISIT RED
This place...I can't even. It's by far one of the best bookstores/shops/restaurants I've ever been to and definitely one of my favorite spots in Rome. You can read a book there, you can buy your own Moleskine, you can buy some delicious food and have a coffee in a super nice restaurant that's inside RED. Since it's situated on Via del Corso aka the biggest shopping street in Rome, it's not that hard to get there.

RED to jedno z najwspanialszych księgarni/sklepów/kawiarni w jednym. Można tu poczytać książkę, można kupić własnego Moleskine'a, wybrać jedną z miliona foremek do ciastek, napić się kawy czy zjeść obiad. RED znajduje się na Via del Corso aka najsławniejszej ulicy handlowej Rzymu, co nie powinno utrudniać, a raczej powinno ułatwić poszukiwania (zawsze jednak można być mną i przejść nie zauważyć szyldu dwa razy pod rząd).



3. GO HIGH
Right where Via del Corso ends and Piazza del Popolo starts there is a lovely viewpoint, where you can admire (for free) the whole, whole Rome.Plus, there is a lovely park next to it where you can wind down and relax - as always, I advise you to be careful cause if you're a girl and you're alone, there's a quite huge possibility you'll find a creepy old man making circles around you when you're chilling under a tree (top tip: look for families with children - they're quite a safe surrounding). 

Tam, gdzie swój koniec ma Via del Corso, a miejsce Piazza del Popolo, jest jedno z moich ulubionych miejsc w Rzymie - punkt widokowy, do którego można się dostać albo wchodząc po schodach przy P.d.P albo idąc od strony Schodów Hiszpańskich (nie polecam tej drugiej opcji w nocy - nie oferowane jest tam jakiekolwiek światło). Punkt widokowy znajduje się w wielkim parku, do którego regularnie przychodziłam w zeszłym roku. Jeśli jesteście dziewczyną i wybieracie się same, istnieje dosyć duże prawdopodobieństwo zauważenia jakiegoś dziwnego, podejrzanego mężczyzny powyżej średniej wieku chodzącego w kółko dookoła was. Wtedy radzę uciekać (lub od razu szukać miejsca przy rodzinach - to stosunkowo najbardziej bezpieczne otoczenie).



4. HAVE THE TIME OF YOUR LIFE WITH...RATS
If you want to get close with Mother Nature and her children, visit the area near Castel Sant'Angelo - you're 90% sure to run into at least two rats on your way. When I first saw them, I turned into a freaking gold-medal sprinter and prayed in my soul to avoid a closer encounter with these tiny friends. Don't get me wrong, I love animals but seeing a giagantic monster that resembles more a little dog (when it comes to its size) than a Remy rat from Ratatouille is a little bit too much for me. So, if you're like me and in the mood for a adrenaline rush, you know where to go!

Jeśli lubicie spotkania z Matką Naturą i jej dziećmi, odwiedźcie okolicę Zamku Świętego Anioła  - na 90% spotkacie przynajmniej dwa szczury podczas Waszej przechadzki. Kiedy pierwszy raz je zobaczyłam, osiągnęłam zawrotną prędkość biegu, modląc się w duchu, żeby żaden nie zaplątał mi się pod nogą. Oczywiście, kocham zwierzęta, ale bliższe kontakty z gigantycznymi potworami, które bardziej niż Remiego z Ratatouille przypominają małego psa (rozmiarowo), nie należą do moich ulubionych rozrywek. Gdyby jednak ktoś z Was miał ochotę na skok adrenaliny, polecam taki spacer.



5. EAT (as simple as that)
When you're in Rome this is, without the doubt, the first thing you just need to do. EAT. Instead of going to a restaurant, have a piece of pizza in a bar filled with Italians or buy some bread, prosciutto and cheese and go for a dinner to a park. It's a great way to save some money, anyways. When it comes to gelati, my favourite place to get them is Punto Di Gelato - they basically have any flavour you can think of. 

Nie wspominanie o jedzeniu, kiedy piszę o Rzymie, byłoby niewybaczalne, bo to pierwsza rzecz, o której trzeba pomyśleć tutaj przyjeżdżając. Zamiast stołować się w restauracjach, możecie zjeść  kilka kawałków pizzy w barze pełnym Włochów, albo kupić trochę chleba, szynki i sera w małym sklepiku i wybrać się na obiad do parku (plus oszczędzicie w ten sposób trochę Euro). Jeśli chodzi o sławne "gelati", moim ulubionym miejscem jest Punto di Gelato oferujące każdy smak, o którym można tylko pomyśleć (i nie pomyśleć  - były tam lody mające w swojej nazwie słowo "bawół", ale nie pamiętam już do czego konkretnie się to odnosiło).



Let me know in the comments whether you have some more suggestions. I'll see you soon, have a lovely weekend!
Dajcie znać w komentarzach, jeśli macie jakieś pomysły, co jeszcze mogłoby się znaleźć na tej liście. Miłego weekendu!




Read More

9/22/13

CIAO FROM ROMA

*No, in the photo above I didn't get struck by lightning  even though I definitely look so. * Ok, so I'm in Rome right now. The city of never ending pizza, gelati, food in general and one billion beautiful and breathtaking views. It feels so good to be here after more than a year, wander the same streets, EAT SO MUCH AMAZING FOOD , explore new places I haven't seen yet and be able to do that still without a map. As cheesy as it sounds but Rome is one of the cities I left a decent amount of my heart in - so many things happened here, so many decisions were taken, so many inner so-deep-that-you-can-sink dialogues were made in my head, I basically had the biggest 'personal growing up' moment here so yep, you can say I'm sort of emotionally attached to this place. It's beautiful. Sometimes even too beautiful - I believe that romantic views should appear in our lives in moderate amounts but here is like the biggest mission impossible ever. You have a freaking 'postcard' situation every single step you take. But yeah, it's hard not to fall in love with this city. And I frankly speaking did, a while ago.

*Nie, na zdjęciu powyżej nie zostałam uderzona przez piorun, chociaż zdecydowanie tak wyglądam.* A więc jestem teraz w Rzymie, mieście nieskończonych zasobów gelati, pizzy, jedzenia generalnie i przepięknych, zapierających dech w piersiach widoków. Tak dobrze tu znowu być po ponad roku, przechodzić się tymi samymi uliczkami, obżerać się jedzeniem, odkrywać nowe miejsca i to nie potrzebując do tego mapy. Chociaż zabrzmi to jak sztampowy tekst rodem z Klanu, to Rzym jest miastem, gdzie zostawiłam dosyć sporą część mojego serca - tyle się tu zdarzyło, tyle decyzji zostało powziętych, tyle tak głębokich, że można utonąć monologów wewnętrznych w mojej głowie zostało przeprowadzonych. To chyba tutaj najbardziej dorosłam. A Rzym jest przepiękny. Czasami aż trochę za bardzo - jestem zdania, że romantyczne widoczki powinny się pojawiać w naszym życiu stopniowo i to w umiarkowanych ilościach, a tu to misja nie do wykonania. Trzeba czasem zacisnąć zęby. Być silnym. Uodpornić się.
 


 
A delicious (but unfortunately way too small for me) breakfast in a Italian bar - a brioche and cappuccio.
 
Smaczne, ale niestety o wiele za małe jak dla mnie, śniadanie we włoskim barze - brioche i cappuccio.




As much as I love this black Zara skirt I do not recommend wearing it if you're using a metro. There are too many escalators and too much wind. Way too much wind. The checked shirt is a shirt I've been wearing since I was four years old. I'm not kidding you. I guess we all know now who's the Vintage Queen.

Mimo mojej całkiem sporej miłości do czarnej Zarowej spódnicy, zdecydowanie nie polecam noszenia jej, jeśli w planach macie korzystanie z metra. Za dużo tam stromych schodów ruchomych i za dużo tam podmuchów wiatru. Tych drugich w szczególności.  Flanela to koszula, którą mam odkąd skończyłam cztery lata - i to dopiero jest prawdziwy vintage.
 


 
Typical selfie - my reaction to Italian TV shows. It seems that Italian people have no limits, in one TV show you've got everything - the TV presenter acting like a dancing queen, half-naked girls doing some weird choreography to the rhythm of even weirder music, boxes with money, drama, tears, laugh, background music from a horror, a random phone in the center of the stage (?). I mean...yeah.
 
Typowe selfie przedstawiające moją reakcję na włoskie teleturnieje. Włosi zdają się nie mieć żadnych zahamowani i pakują w swoje programy praktycznie wszystko. W jednym teleturnieju można więc zobaczyć skaczącego i wywijającego fikołki prezentera jako Dancing Queen, pół-nagie dziewczęta wykonujące zastanawiającą choreografię do jeszcze bardziej zastanawiającego utworu, pudełka z pieniędzmi, wielkie emocje, łzy, śmiech, muzykę w tle z horroru i telefon stacjonarny ustawiony na środku sceny (?).






Gelati one billion times a day. Gotta stay fit, right?
 
Gelati million razy w ciągu dnia. Figurę trzeba jakoś utrzymać.
 


OK, I' m off to my super big breakfast now, have a lovely day everyone and see you in the next post from Rome :)
 
OK, lecę już na super duże śniadanie, miłego dnia i do zobaczenia w następnym poście z Rzymu :)
Read More

9/16/13

I MISSED IT
 
(ph.Basia Zielińska/ wearing Primark jumper and shoes, Zara skirt, Topshop backpack)

Do you also have it this way, only appreciating things in your life when you lose them or just don't have them? I do. Take weekends at home, for instance. Don't get me wrong, I'm not going to complain on the best months of my life I spent travelling - it's just today I realized that I haven't spent a single weekend at home since the end of June. And when I say 'a weekend' I mean proper, solid Saturday and Sunday; black leggins and a grey hoodie, a cup of something that burns yout tounge whenever you're sure it's not that hot anymore, some nice music and being in the comfiest comfort zone that exists. So yes, I missed weekends and it feels so good and so weird to finally sit here, in my room, with no distractions, just Micheal Buble singing somewhere in the background, and be able to get my thoughts together and just talk to you. Especially that THE time of the year is slowly coming. The time when I take out my Ikea vanilla candles that make my parents crazy (they think they - the candles, not my parents, stink and they - my parents, not candles - think it's my destiny to burn the whole house), it's the time when it gets a little bit colder and I need to wear a big chunky sweater and it's the time it's gloomy and grey outside but that just makes my home ten times nicer, in a nutshell - my favourite time of the year (besides Christmas, but that is just too obvious). So here I am, just sitting and writing - something that makes me so happy since it gives me a brief moment of feeling that I acually have something interesting to say.

Też zaczynacie docieniać różne rzeczy w swoim życiu, kiedy ich nie macie lub je po prostu stracicie? Ja tak. Na przykład weekendy w domu. Nie, nie zamierzam płakać z powodu, że zwiedziłam ostatnio pół Europy i zabrano mi niesamowitą okazję do położenia się we własnym łóżku, ale przeglądając kalendarz, zdałam sobie sprawę, że prawdziwy weekend spędziłam ostatnio jakoś pod koniec czerwca. Jako "prawdziwy" weekend mam na myśli porządną sobotę i niedzielę w domu, czarne legginsy i szarą bluzę dresową, kubek z czymś ciepłym, co parzy w język, za każdym razem, gdy jest się przekonanym, że już wystygło, miłą muzykę i po prostu poczucie takiego dziwnego błogostanu. Tak, stęskniłam się za takimi dniami i cieszę się strasznie, że siedzę znowu w moim pokoju, bez niczego, co by mnie mogło rozproszyć (Micheal Buble tylko sobie coś tam podśpiewuje w tle) i do Was piszę. Cieszę się jeszcze bardziej, bo powoli nadchodzi TEN czas w ciągu roku. TEN czas, kiedy wyciągam z szuflady waniliowe świeczki z Ikei, czym doprowdzam swoich rodziców do wczesnego stadium załamania nerwowego (rodzice twierdzą, że świeczki wręcz cuchną i skończy się tak, że podpalę cały dom), TEN czas, kiedy jest za zimno na zwykłą bluzkę i muszę włożyć ogromny sweter, TEN czas, kiedy na zewnątrz jest ponuro i szaro, co sprawia, że dom wydaje się dziesięć razy bliższy, w wielkim skrócie - mój zdecydowanie ulubiony czas (oprócz gwiazdki, ale to oczywiste). Siedzę więc i sobie piszę, bo zawsze mi to sprawiało tyle radości - poczucie chociaż przez chwilę, że niby mam coś ciekawego do powiedzenia.

I'm pretty sure you're fed up with my Topshop backpack - it was my best friend during the Eurotrip I did in August and it is my best friend now, back at school in September. I remember when I was younger I couldn't wait to get my parents permission to switch a backpack into a normal bag - backpacks just seemed so uncool and childish and I always wished I could be so mature like the older girls at school (they probably have now one shoulder higher than the other because of their heavy bags - you see, sometimes it's better to be a little bit less cool). A couple of years later from that, I came back to the very beginning, except my backpack's a lot nicer and I no longer have braces on my teeth and home-made bangs. So prepare yourselves guys, if you think you've seen this backpack a lot of times here, you're wrong - there's a lot more to come (sorry). Have a lovely week and see you in the next post!


Plecak z Topshopu przewijał się na tym blogu rekordowe ilości razy - był moim przyjacielem podczas sierpniowego Eurotripu i jest nim też teraz, już w szkole, we wrześniu. Pamiętam, że jeszcze kilka lat temu czekałam niecierpliwie na moment, w którym rodzice pozwolilby mi zmienić plecak na torebkę. Plecaki wydawały się super-niesamowicie-niefajne i dziecinne, a ja, lat 12/13, chciałam być taka dojrzała jak starsze o rok dziewczyny z wyższego rocznika, dzierżące toboły na jednym ramieniu (prawdopodobnie teraz cierpią na Zespół Nierównych Ramion). Kilka lat później, w klasie maturalnej, wracam jednak do początków, z wyjątkiem, że obecny plecak jest dużo ładniejszy, ja nie mam żelastwa na zębach i grzywki powstałej w wyniku moich eksperymentów w łazience. Przygotujcie się więc, bo jeśli myśleliście, że już wystarczająco dużo razy widzieliście mnie z tym plecakiem, to się mylicie. Ostrzegam ( i przepraszam) - będziecie nim wymiotować. Miłego tygodnia!

Read More

9/9/13

FABI WEEK ON IBIZA
(ph. Mariannnan / wearing Zara shorts, She's a Riot tshirt, Primark shoes, nail varnish: Chanel 601 Mysterious)
 
 
Hola from Ibiza! Here we are, with the loveliest girl on the planet (ok, universe) Marianna, sitting in the hotel room, surrounded with Cola Zero (we've probably drunk 100 liters of it. I'm sure my teeth are gonna be so thankful for that), watching Jersey Shore with Spanish dubbing and being unable to finish our blog posts because of the brain meltdown we experienced from today's sunbathing (ah, such a tough life). It's been five days since I arrived on sunny Ibiza thanks to Italian brand Fabi that gathered bloggers from all around the world to see their new collection and well, have the best holidays ever. Just wanted to say a quick 'Thank You' guys cause obviously without you visiting me and reading my posts I wouldn't be able to do so many amazing things. So here we go, these are a few pictures I've taken so far!

Hola z Ibizy! Siedzimy właśnie w pokoju hotelowym z najsympatyczniejszą dziewczyną na świecie (ok, wszechświecie) Marianną otoczone butlami Coli Zero (myślę, że moje zęby skaczą właśnie z radości), oglądamy Jersey Shore z hiszpańskim dubbingiem i usilnie próbujemy skończyć nasze posty, co jest dosyć trudnym zadaniem, a to przez ewidentne stopienie mózgu po dzisiejszym opalaniu (ciężkie to życie). Spędziłam na Ibizie pięć dni, a to za sprawą Fabi, które zebrało mnie i blogerki z całej Europy, aby pokazać nam nową kolekcję i...podarować piękne wakacje. Strasznie Wam wszystkim dziękuję, bo gdyby nie to, że tu zaglądacie, nie miałabym okazji być tu, gdzie teraz jestem i robić rzeczy, o których mi się nawet nie śniło kilka lat temu. A oto więc kilka zdjęć, do których z bólem będę wzdychać siedząc nad zbiorem zadań z matematyki.
 
Read More