Showing posts with label random thoughts about nothing. Show all posts

8/6/14

The Hoodie | OOTD

(Weronika Załazińska / ph. Maksymilian Scholl) 
 ⏩ | second-hand denim jacket | Zara skirt | second-hand hoodie | Geox shoes | ⏪

Spoglądając na ostatnie kilkanaście postów, można by odnieść wrażenie, że ciągnie mnie do dzielnicowych garażów, całkiem wątpliwej urody zresztą. Wybór takiego, a nie innego tła nie jest spowodowany jednak moją miłością do drzwi garażowych ani tym, że uważam je za jakkolwiek estetycznie atrakcyjne. Dzielnica, w której przyszło mi żyć od dziewiętnastu lat, nie oferuje zbyt rozpiętej oferty tła do zdjęć i wybór ogranicza się do trzech opcji: wózków z napisem Lidl, ścian bloków (które po prostu dobrze nie wyglądają, kąt, światło czy balans kolorów nic z tym nie zrobią) i w końcu - drzwi garażowych. Wahać się tu nie ma raczej nad czym.

Just from looking at the last couple of posts you might get an impression that I have a thing for any sort of garages. The reason why they're always in my background is not because I love them or I find them aesthetically appealing. It's only because my neighbourhood is, let's just say, not very photo-friendly and the three backgrounds you can choose from are: trolleys in the nearest supermarket, walls of the block of flats (that just don't look OK, I'm tellin' ya) and finally - the garages.  You must admit I don't have much of a choice.

 
A co w ogóle z moimi wakacjami? Daruję sobie powtarzanie się, przepraszanie za absencję i obiecywanie częstszych wpisów. Wszyscy chyba już znamy mnie na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że i tak będę znikać raz na jakiś czas. Czasem tego potrzebuję i proponuję, że tym razem zostawiam post, tak jak jest, bez żadnych radosnych obietnic na końcu i tych wszystkich bzdur. A co do wakacji...prowadzę najbardziej leniwie i najmniej produktywne życie. Kończę ostatni sezon Friendsów, uzupełniam moją bibliotekę, noszę dresy 24/7, jem śniadanie o drugiej po południu, piję kawę o trzeciej trzydzieści nad ranem i tak sobie żyję, trochę w innej czasoprzestrzeni.

 What about my summer holidays? I'm not gonna keep on repeating myself and telling you I'm sorry for my absence. Neither do I want to say I'm coming back and I'm gonna post more often. We all know me too well and we all know I just disappear from time to time. I need that and I can't avoid that. We'll just go with the flow and see. This time with no promises. So, what have I been up to? Let's just say I'm having the laziest, the least productive holidays ever. I'm finishing the last season of Friends (God knows what I'm gonna do with my life after that), I'm expanding my little home  library, I'm wearing sweatpants 24/7,  I'm eating breakfast at 2 PM, drinking coffee at 3.30 AM and in general I'm just not giving a flying ef about anything. And it feels good and it feels right.




Tylko czasami nachodzi myśl, że czas najwyższy się ogarnąć. Szybko jednak ta myśl odchodzi, bo te „po-szkolne”, „przed-studenckie” wakacje zdarzają się tylko raz w życiu i to chyba jedyny moment takiej kompletnej „wolności”. I ja, jako kompletnie wolny człowiek, zdecydowałam spędzić te wakacje oglądając seriale. 
Połowa sierpnia zapowiada się natomiast lepiej, będę próbować złapać trochę słońca nad polskim, dobrym morzem, którego nie widziałam z kilka lat. Wrzesień z kolei, jeśli uda się to, co ma się udać, będzie głównym miesiącem podróżniczym. Jeśli macie do polecenia jakieś kierunki podróżnicze w Europie, dajcie znać w komentarzu :) Nie wydaje mi się, żeby udało mi się odpowiedzieć na komentarze pod ostatnim postem, dlatego umówmy się, że będę stale monitorować ten dzisiejszy i tutaj aktualizować odpowiedzi. Trzymajcie się i do zobaczenia :)

 I only sometimes have this feeling that I should  get myself together. But on the other hand these post-school, pre-university holidays happen only once in your lifetime and it's the only moment in your life when you're just free. And I, as a totally free person, have chosen to spend these holidays watching TV shows. At the end of August I'll hopefully catch some sunshine at the Polish sea and if everything goes right September will be my main motnh of travelling. Take care xx




(these two photos though...I'm not pregnant. LOL. / Patrzę tak na te dwa zdjęcia...Nie, nie jestem w ciąży.)
Read More

5/23/14

Back | OOTD
(ph. Maksymilian Scholl)
| second-hand jumper | American Apparel shorts | second-hand bag |  Geox Hidence boots  via www.geox.com |

Dzisiaj pierwszy oficjalny dzień najdłuższych wakacji w życiu. Po dwunastu latach rozpoczęły się te słodkie cztery miesiące zawieszenia pomiędzy byciem uczniem, a studentem. I dziwne to trochę uczucie pozbyć się szkoły zawsze siedzącej gdzieś tam z tyłu głowy. Wczoraj napisałam ostatni egzamin (z włoskiego). I dużo miałam szczęścia, że w ogóle do niego podeszłam, bo gdzieś w świecie papierów i biurokracji zrobiono małą pomyłkę. I tak wczoraj udałam się do szkoły, w której miałam pisać maturę, aby dwadzieścia minut przed rozpoczęciem egzaminu ujrzeć zdziwione twarze pań z sekretariatu twierdzące, że one nic o moim istnieniu (w ogóle i na liście) nie wiedzą i w końcu dowiedzieć się, że maturę mam pisać w innym liceum w Krakowie. Tych dwudziestu minut z życia nigdy nie zapomnę. Zdążyłam. Napisałam. Zwyciężyłam. I przeżyłam, a to oznacza, że wracam tu na stałe. Chociaż dzisiaj bardzo krótko i też nudno, to daję tylko znać, że żyję i widzimy się naprawdę niedługo ;) A co do stroju jeszcze - bo faktycznie od czasu do czasu przydałoby się coś na ten temat wspomnieć - jak zwykle cała na czarno (bo kolory letnie to jak widać zdecydowania moja działka) z wyjątkiem białych Geoxów, które okazały się mieć małą platformę, co dla karła takiego jak ja, jest zawsze plusem. Trzymajcie się :)

Today is the first day of the longest holidays I'll ever have. Cheers to that. I am free, finally after 12 years spent in school, I've got the most exciting four months ahead of me. Yesterday I wrote my last exam (Italian) which I could have not written at all because somewhere deep in the world of bureaucratic and papers they made a mistake. I basically was directed to write my exam in one school and when I got there it turned out I was on the list in the other one in my city. I found out about it 20 freaking minutes before my most important exam (probably in my whole life). I still can't figured it out how but I made it. I got to the other school. And I did well on the exam. Though, I still wanna give a big hug to the people who made the most stressful experience even more stressful for me. But now guys I am so back here. So back, you're gonna regret asking me to post more often. Even though today's post is on the shorter side and on the more boring one, a lot of things are coming soon so stay tuned :) As for the outfit - I've gone all black (because obviously summer colours are my thing) with the exception of these white Geox shoes I got recently. They do have a little platform going on so for a dwarf like me they are perfect. Take care guys!





Read More

9/16/13

I MISSED IT
 
(ph.Basia Zielińska/ wearing Primark jumper and shoes, Zara skirt, Topshop backpack)

Do you also have it this way, only appreciating things in your life when you lose them or just don't have them? I do. Take weekends at home, for instance. Don't get me wrong, I'm not going to complain on the best months of my life I spent travelling - it's just today I realized that I haven't spent a single weekend at home since the end of June. And when I say 'a weekend' I mean proper, solid Saturday and Sunday; black leggins and a grey hoodie, a cup of something that burns yout tounge whenever you're sure it's not that hot anymore, some nice music and being in the comfiest comfort zone that exists. So yes, I missed weekends and it feels so good and so weird to finally sit here, in my room, with no distractions, just Micheal Buble singing somewhere in the background, and be able to get my thoughts together and just talk to you. Especially that THE time of the year is slowly coming. The time when I take out my Ikea vanilla candles that make my parents crazy (they think they - the candles, not my parents, stink and they - my parents, not candles - think it's my destiny to burn the whole house), it's the time when it gets a little bit colder and I need to wear a big chunky sweater and it's the time it's gloomy and grey outside but that just makes my home ten times nicer, in a nutshell - my favourite time of the year (besides Christmas, but that is just too obvious). So here I am, just sitting and writing - something that makes me so happy since it gives me a brief moment of feeling that I acually have something interesting to say.

Też zaczynacie docieniać różne rzeczy w swoim życiu, kiedy ich nie macie lub je po prostu stracicie? Ja tak. Na przykład weekendy w domu. Nie, nie zamierzam płakać z powodu, że zwiedziłam ostatnio pół Europy i zabrano mi niesamowitą okazję do położenia się we własnym łóżku, ale przeglądając kalendarz, zdałam sobie sprawę, że prawdziwy weekend spędziłam ostatnio jakoś pod koniec czerwca. Jako "prawdziwy" weekend mam na myśli porządną sobotę i niedzielę w domu, czarne legginsy i szarą bluzę dresową, kubek z czymś ciepłym, co parzy w język, za każdym razem, gdy jest się przekonanym, że już wystygło, miłą muzykę i po prostu poczucie takiego dziwnego błogostanu. Tak, stęskniłam się za takimi dniami i cieszę się strasznie, że siedzę znowu w moim pokoju, bez niczego, co by mnie mogło rozproszyć (Micheal Buble tylko sobie coś tam podśpiewuje w tle) i do Was piszę. Cieszę się jeszcze bardziej, bo powoli nadchodzi TEN czas w ciągu roku. TEN czas, kiedy wyciągam z szuflady waniliowe świeczki z Ikei, czym doprowdzam swoich rodziców do wczesnego stadium załamania nerwowego (rodzice twierdzą, że świeczki wręcz cuchną i skończy się tak, że podpalę cały dom), TEN czas, kiedy jest za zimno na zwykłą bluzkę i muszę włożyć ogromny sweter, TEN czas, kiedy na zewnątrz jest ponuro i szaro, co sprawia, że dom wydaje się dziesięć razy bliższy, w wielkim skrócie - mój zdecydowanie ulubiony czas (oprócz gwiazdki, ale to oczywiste). Siedzę więc i sobie piszę, bo zawsze mi to sprawiało tyle radości - poczucie chociaż przez chwilę, że niby mam coś ciekawego do powiedzenia.

I'm pretty sure you're fed up with my Topshop backpack - it was my best friend during the Eurotrip I did in August and it is my best friend now, back at school in September. I remember when I was younger I couldn't wait to get my parents permission to switch a backpack into a normal bag - backpacks just seemed so uncool and childish and I always wished I could be so mature like the older girls at school (they probably have now one shoulder higher than the other because of their heavy bags - you see, sometimes it's better to be a little bit less cool). A couple of years later from that, I came back to the very beginning, except my backpack's a lot nicer and I no longer have braces on my teeth and home-made bangs. So prepare yourselves guys, if you think you've seen this backpack a lot of times here, you're wrong - there's a lot more to come (sorry). Have a lovely week and see you in the next post!


Plecak z Topshopu przewijał się na tym blogu rekordowe ilości razy - był moim przyjacielem podczas sierpniowego Eurotripu i jest nim też teraz, już w szkole, we wrześniu. Pamiętam, że jeszcze kilka lat temu czekałam niecierpliwie na moment, w którym rodzice pozwolilby mi zmienić plecak na torebkę. Plecaki wydawały się super-niesamowicie-niefajne i dziecinne, a ja, lat 12/13, chciałam być taka dojrzała jak starsze o rok dziewczyny z wyższego rocznika, dzierżące toboły na jednym ramieniu (prawdopodobnie teraz cierpią na Zespół Nierównych Ramion). Kilka lat później, w klasie maturalnej, wracam jednak do początków, z wyjątkiem, że obecny plecak jest dużo ładniejszy, ja nie mam żelastwa na zębach i grzywki powstałej w wyniku moich eksperymentów w łazience. Przygotujcie się więc, bo jeśli myśleliście, że już wystarczająco dużo razy widzieliście mnie z tym plecakiem, to się mylicie. Ostrzegam ( i przepraszam) - będziecie nim wymiotować. Miłego tygodnia!

Read More

6/19/13

FLAT MONTHS



(ph. Basia Zielińska / wearing JollyChic dress, shoes I bought in Sicily in a random shop)


I've always thought that if I were to bulid up my shoe collection I would buy more and more crazy/elegant/beautiful high heels, summer wedges, cute high heel sandals (Carrie Bradshaw reference if you haven't noticed). And look at me now - siting here in a cafe wearing my newest pair of flats after only day of wearing the wedges I'm showing you today. I spent the whole winter (that lasted ages this year in Poland) not even bothering to think about high heel shoes, living in a total comfort zone with no falls, no broken heels, no annoying sounds that stilletos make. Pure heaven, I'm telling you. But since the winter is gone and there should be no snow or slippery surfaces, I thought wearing my favourite wedges for the first time in eight or nine months couldn't be a better idea. And guess what, I couldn't be more wrong about that.

Zawsze myślałam, że jeśli będę już budować moją kolekcję butów, to będzie ona się składać w głównej mierze z ciekawych/pięknych/eleganckich obcasów, letnich koturnów i sandałów na podwyższeniu (patrz - garderoba Carrie Bradshaw). Siedzę jednak teraz w kawiarni, a na nogach mam nie piękne obcasy, ale nową parę płaszczków (wybaczcie za to niezbyt dystyngowanie brzmiące i dopiero co stworzone przeze mnie słowo, ale żmudne i nudne będzie powtarzanie „buty na płaskiej podeszwie” za każdym razem, kiedy o płaszczakach mowa). Całą zimę (a zima, jak wszyscy wiemy, trwała w tym roku trochę więcej niż przyzwoitość pozwala) spędziłam stroniąc od jakichkolwiek obcasów, żyłam sobie komfortowo, bez poślizgnięć, bez upadków, bez irytującego dźwięku stukających obcasów. Ale jako, że zima już dawno odeszła i nie ma ani śniegu, ani śliskich powierzchni, pomyślałam sobie, że nie ma bardziej odpowiedniego sposobu na powitanie lata, niż włożenie zapomnianych, ukochanych koturnów. I oczywiście, bardziej mylić się nie mogłam.
 
 


 I can't walk in them anymore. I literally feel the pair running right in my calf everytime I move my leg and after a fifteen-minute walk I can see how the wedges are transforming into two balls with a chain. Despite the fact, I love how high heels look, I prefer to admire them when they're nice and shiny in a shop rather than on mu feet and yes, I'd never thought I say it, but I'm team flats all the way. You know, it's quite nice to be able to run to catch the bus or walk a little bit faster from time to time and when I'm wearing high heels, I'm telling you, it does not happen. I know that's quite a random side note, but if I were to choose an animal that I wanted to be, I would choose a doe (or a lion but I'm not that agressive). It's free, fast, it runs a lot and has big eyes. Can you imagine a doe running so fast in high heels (of course if it wore any shoes at all)? Exactly. It would so doing it in flats though.

Straciłam moją zdolność. Straciłam zdolność chodzenia w koturnach. Czuję przeszywający ból w łydce, który jest silniejszy i silniejszy z każdym krokiem, a po piętnastu minutach spaceru widzę jak koturny zamieniają się w dwie kule z łańcuchem. Widok obcasów uwielbiam i bardzo mi się podoba, ale ostatnio doszłam do wniosku, że bardziej niż na mojej nodze, podoba mi się w witrynie w sklepie. I trudno mi to powiedzieć, bo myślałam, że moja ścieżka życiowa podąży w innym kierunku, ale tak, należę już do wielbicieli płaszczków. Dlaczego? Bo to całkiem miłe, kiedy mogę dobiec i wsiąść w ostatniej chwili do autobusu i to całkiem przyjemne, gdy mogę przejść dystans dłuższy niż trzy metry, a kiedy noszę obcasy, zapewniam Was - tak się nie dzieje. Wiem, że to dość specyficzne wtrącenie, ale gdybym miała być zwierzęciem, to chciałabym być sarną (albo ewentualnie lwem, chociaż żaden ze agresor). Wolna, szybka, ciągle biega i ma duże oczy. Trudno sobie wyobrazić sarnę, któraby miała biegać tak szybko w obcasach (gdyby oczywiście sarna nosiła jakiekolwiek obuwie). W płaszczkach natomiast nie miałaby żadnego problemu.


Having said that, taking a doe as my role model for this summer, I don't think I'd be wearing a lot of high heels in the next few months. What about you? Are you team flats or high heels? Have a lovely week!

Powiedziawszy to, ustanawiam sarnę moim wzorem postępowania na te wakacje i czuję, że obcasów to ja się w przeciągu kilku miesięcy dużo nie nanoszę. Ciekawa jestem jak jest z Wami (moja Mama, na przykład, żadnego bólu nie czuje i reprezentuje zwolenniczki każdego typu obcasów, co ja uważam za oczywiście, niewyobrażalne). Miłego tygodnia!


Read More

6/9/13

SUMMER EXPOSURE


(ph. My Mum / wearing AmericanApparel dress)
I should probably greet you all guys with 'Aloha' and a photo of me holding a cocktail with a little tacky straw hat because this pictures pretty much how I feel now. It's JUNE. The Sun is shining. I'm almost done with school. And everything just cheers me up. It's also very warm outside and this means showing more skin than usual is quite unavoidable. Now, this led me to another weird observation about myself. Even though summer is something I look forward the most, it takes me quite a lot of time to adjust myself this season, clothes-wise. Subconsciously I divide my body into two sections - from waist down and from waist up. And there wouldn't be anything weird about  that if I didn't have totally different approach to each of the sections, when it comes to exposure.
Tam sobie myślę, że do dzisiejszego powitania pasowałoby krótkie „Aloha” i moje zdjęcie, gdzie jestem cała  rozpromieniona i trzymam w ręku koktajl z tandetną parasolka, bo tak błogo się ostatnimi czasy (od wczoraj) czuję. CZERWIEC. Świeci słońce. Szkoła, która najwyraźniej miała podstępny plan dokonania aktu mordu na mojej osobie, powoli się kończy. Nie mam żadnego powodu, żeby się smucić. Jest też bardzo ciepło na zewnątrz, a to oznacza nieuniknione pokazywanie ciała. Mimo, że czekam na lato bardziej niż na cokolwiek innego, za każdym razem, najwięcej czasu zajmuje mi przystosowanie się do tej pory roku pod względem ubrań. Zorientowałam się, że przez kilka dobrych lat, dzieliłam swoje ciało na dwie części - od pasa w górę i od pasa w dół. I nie byłoby to bardzo dziwne, bo taki podział zbytnio wymyślnym nie jest, gdyby nie to, że moje podejście do góry i dołu pod względem negliżu, ma się tak jak pies Reksio do Hanki z 'Rumcajsa' albo jak piernik do wiatraka.


If I had to come up with an outfit that is the most in my comfort zone, I would probably pick micro shorts for my 'from waist down' section and an armour as my blouse. I don't know why but any sort of fabric touching the major part of my legs makes me so uncomfortable that I find it so hard to even walk. So whenever I praise my personal motto 'the shorter, the better' it's not because I'm a secret exhibitionist and I want to show off my legs, cause seriously, they are the last things in body that I can boast about, but it's because my 'from waist down' section has origins from some kind of jungle and it needs freedom and air.
Gdybym miała szybko wymyślić strój, w którym czułabym się najpewniej i najbezpieczniej, zapewne wybrałabym mikro szorty i zbroję jako moją bluzkę. Nie wiem dlaczego, ale każdy materiał, przykrywający moje nogi bardziej niż przed kolana sprawia, że czuję się niekomfortowo i nie jestem w stanie swobodnie chodzić. Za każdym razem więc, kiedy zdaję się tu wyznawać zasadę „im krócej, tym lepiej”, to nie dlatego, że chcę się czymś podpisywać (bo co jak co, ale już bardziej mogłabym się popisać swoim uchem niż nogami), ale dlatego, że moja część „nożna” ma jakieś dziwne powiązania z wolnością i dostępem do powietrza.

And then comes 'from waist up' section. I love fitted blouses and nice fitted dresses but I just can't help it that the thing I feel the most comfortable in is the baggiest sweater you can find on this planet. So every summer, it takes me so long to convince myself that showing a half of my shoulder is not going to scandalize the whole population. Today's dress is totally out of my comfort zone but since I'm on my personal therapy that I created for myself, which involves saying Yes to more things than locking myself at home in pyjamas and laptop on my bed, I think it's quite a good start. Have a lovely week everyone and tell me what's your approach to 'summer exposure' :)
Sekcja „od pasa w górę” natomiast, to zupełnie inna bajka. Bardzo podobają mi się dopasowane bluzki i sukienki, ale nic już nie poradzę, że najwygodniej czuję się w obszernym swetrze. Każdego lata więc spędzam kilka tygodni na przekonywaniu siebie, że odsłonięcie połowy mojego ramienia nie będzie siało zgorszenia wśród całej populacji. Dzisiejsza sukienka jest zdecydowanie poza moją „strefą komfortu”, ale jako, że jestem właśnie w trakcie terapii stworzonej dla siebie przez siebie, która skupia się przede wszystkim na mówieniu „TAK” czemuś więcej niż zamknięciu się w domu, w piżamie i laptopem na łóżku, myślę, że taki strój to całkiem niezły start. Miłego tygodnia i życzę Wam dużo słońca!



Read More

4/6/13

HAIR BOWS AND COLLARS

(ph. Basia Zielińska/ wearing second-hand sweater, f&f (Tesco) blouse, second-hand shorts)
 
Two days ago I was sitting in our city's main library and cramming for my history exam. While I was swimming in the endless sea of dates, surnames, battles, births, deaths and destructions, I looked around me and my lord, I realized something that I don't what really to think about. I'm turning eighteen this year. I saw all these people sitting in the main library room, preparing for the finals, surrounded with yellow and green highlighters, over fifteen books on each desk and countless sheets with notes (and a laptop with Facebook opened), I saw their bored/tired/I-don't-even-know-what-I'm-reading-about faces and it struck me - this will be me next year: officially an adult, officially in the last class of high school, officially worrying about my future and officially becoming coffein addict. And in this brief moment, between Napoleon's battles and the Congress of Vienna, when I looked at all that crowd, I realized how much I didn't want to grow up.
 
Dwa dni temu, kiedy tak siedziałam w jednej z krakowskich bibliotek i pilnie uczyłam się historii, odkryłam coś bardzo przerażającego, niepokojącego i niespodziewanego. Pływałam właśnie w wielkim basenie dat, nazwisk, bitew, urodzin, zgonów i zniszczeń, kiedy w ramach przerwy od tej jakże fascynującej nauki, rozejrzałam się wokół siebie i zorientowałam się, że w tym roku kończę osiemnaście lat. Nie wiem, skąd takie przemyślenia akurat podczas nauki o bitwie pod Auerstadt, ale tak jakoś zobaczyłam te wszystkie osoby w bibliotece przygotowujące się do matury, obłożone markerami, książkami, laptopem z włączonym facebookiem, stosem notatek dziwnej treści i w momencie, w którym zobaczyłam ich, zobaczyłam też siebie za rok - dokładnie taką samą, oficjalnie dorosłą, oficjalnie w ostatniej klasie, oficjalnie niewyspaną i oficjalnie uzależnioną od kofeiny. I właśnie tak pomiędzy bitwami Napoleona i kongresem wiedeńskim, dotarło do mnie, jak bardzo nie chcę dorastać.
 

Since you know I am quite an particularly weird human being, I'm fed up with growing up even though I haven't grown up yet and that is not necessarily connected with just a birth date. And I seriously start to worry about myself because if my desire to be young 'foreeeever' hit me when I'm 17 (?!) what I'm gonna do when it hits me when I'm like...50. I wouldn't be surprised if I turned out to be one of those motor-riding-all-in-black-wild-free-whatever person suffering from a middle age crisis. But now I decided to just enjoy all the freedom that comes with my age. Cause seriously, 17 seems like the most perfect age to wear anything. I'm not too old and not too young. Hair bows, tulles, collars - so pretty much everything that a kid from a kindergarten loves. Yes, I know, that's girly-girly to the extend some people can't just take it. I swear if I were in kindergarten right now, I would surely be that girl that boys don't want to play with. You know, that type of 6-year old girly-girly girl (?) that makes 6-year old boys shudder with disgust.
 
Zaczynam się o siebie trochę martwić, bo skoro pragnienie bycia wiecznie młodym pojawia się u mnie w wieku lat siedemnastu, to co ja będę wyprawiać, kiedy dopadnie mnie kryzys wieku średniego. Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby okazało się, że wstąpiłam do jakiegoś stowarzyszenia składającego się z wolnych, szalonych, niebezpiecznych mężczyzn po pięćdziesiątce w skórze. Postanowiłam jednak cieszyć się tym, co mam. A mam lat siedemnaście i mam prawo do noszenia ubrań jak z przedszkola bez bycia posądzaną o problemy psychiczne. Kokardy, tiule, kołnierzyki - wszystko to, czym z pewnością nie pogardziłaby żadna siedmiolatka, a co w pewnym momencie przyprawiłoby nieco starszego osobnika o mdłości. Słowo daję, gdybym teraz chodziła do przedszkola, byłabym zapewne jedną z tych dziewczynek, z którą mali chłopcy, nawet zmuszani, nie chcieli się bawić. Wiecie, ten typ dziewczyńsko-dziewczyńskiej siedmiolatki, która sprawia, że siedmiolatkowie drżą z obrzydzenia.


 
 
 Oh, and since my post couldn't be complete without letting you know what the weather is like in
Poland, let me just tell you it's 6th April and we've got snow on the streets. With this lovely accent allow me to wish you a wonderful weekend and a magnificent next week! Xx
 
Już miałam kończyć ten post, kiedy przypomniałam sobie, że czymże byłaby moja publikacja na blogu bez chociażby krótkiego raportu pogodowego? 6 kwietnia, wiosna w rozkwicie, śnieg na ulicach, trzy stopnie powyżej zera na termometrze. Tym "radosnym" akcentem żegnam się z Wami i życzę udanego tygodnia! :)
 


Read More

2/21/13

GLAMOUR MAGAZINE PHOTOSHOOT

(Glamour Poland, March 2013)
 
You know I'm scared of one billion things on this planet. You know I know absolutely nothing about posing. You know that camera freaks me out (less than it used to but still...). But at the end of the day, I think it's worth trying new things (well, to a certain extend) and sometimes pushing yourself to overcome your fears and fobias somewhere in your weird mind. I'm not going to lie - I actually had to force myself to participate in this Glamour photshoot. Of course, not at the very beginning. I was extremely pleased when I received an email from Glamour team with an invitation. They told me it was going to be a music-inspired photoshoot. Sounds great to me, I thought. It was an easy guess how they would style me. Probably something that jazz-connected. And if it's not, they'll probably hand me a guitar, give me a flowery girly dress, Taylor-Swifted (I like word formation) me and make me pretend I know how to play guitar. Oh, and there will be a fake horse in the background. I seriously thought it was going to end that way and to be honest, I was prepared for it. I mean, I think I would suit that all girly stuff going. Maybe I would just skip that horse. But then I got the phone call and what I heard was:

Dobrze wiecie, że lista moich fobii ciągnie się mniej więcej w nieskończoność. Dobrze wiecie, że moja wiedza na temat pozowania kończy się tak szybko, jak się zaczyna. Dobrze wiecie, że aparat mnie, delikatnie mówiąc, paraliżuje (jest coraz lepiej, chociaż nie popadałabym w zbytni entuzjazm). Wierzę jednak, że warto próbować nowych rzeczy (w pewnych granicach) i wiara ta czasem przekłada się na moje czyny. Chociaż często muszę siebie wprost zmuszać do niektórych rzeczy, potem (z reguły) nie żałuję. W końcu to zawsze jedna dodatkowa historia, którą będę maila Wam do opowiedzenia.
Pewnego radosnego dnia odebrałam maila od ekipy Glamour z zaproszeniem do uczestniczenia w sesji zdjęciowej. Oczywiście, bardzo się ucieszyłam i było mi niezmiernie miło, szybko odpowiedziałam i dostałam kolejnego maila, tym razem z kilkoma szczegółami - sesja miała być inspirowana najzwyczajniej mówiąc, muzyką. Brzmiało to całkiem dobrze i całkiem łatwo wysnułam sobie podejrzenia dotyczące tego, jak mnie tam wystylizują. Stawiałam na coś w klimatach jazzu. A jeśli nie jazz, to przypuszczałam, że wcisną mnie w kwiecisto-dziewczęcą sukienkę, wręczą do ręki gitarę i każą udawać, że jestem wirtuozem gry na tym instrumencie. A gdzieś w tle będzie sztuczny koń i trochę siana. Naprawdę myślałam, że tak się całą ta zabawa skończy i szczerze powiedziawszy, nie byłabym rozczarowana. Myślę, że taka swojska sceneria całkiem by do mnie pasowała. Może oprócz tego konia. Tak więc, kiedy zadowolona, myślałam sobie o tych wszystkich możliwościach, zadzwonił telefon. Mina mi nieco zrzedła, kiedy w słuchawce usłyszałam:
 
"Your theme is gonna be punk."
"Twoim motywem będzie punk."

I always appreciate good sense of humor. After a few minutes, I realized it was not a joke. They were 100 % serious. I hate any drastic changes when it comes to my appearance - I would never dye my hair, I horribly afraid of a fake tan, I would never ever have anything pierced. I'm just freaking out. And yes, I was freaking out when I heard about the theme as well. But then, I came to a conclusion that it's healthy for me, from to time, to do something that I wouldn't necessarily do on a daily basis. You know, I'll always have one more story to tell you. And so I went to Warsaw.
 
Bardzo doceniam poczucie humoru. Jednak po kilku minutach zorientowałam się, że to wcale nie były żarty. Ktoś naprawdę miał wizję połączenia mnie z tym słowem. Wtrącę tylko, że nienawidzę i boję (temat fobii bardzo szybko powrócił) się ingerowania w moją sferę zewnętrzną - nigdy nie przefarbowałabym włosów, sztuczna opalenizna wprost mnie przeraża, nie mówiąc już o jakiś kolczykach w dziwnych częściach ciała. Po prostu trochę świruję. I ześwirowałam, kiedy usłyszałam o moim motywie przewodnim. Jest jednak takie ładne powiedzenie - "Co Cię nie zabije, to Cię wzmocni". Jeśli przeżyję nałożenie na mniej ton ubrań ze skóry, kreski pod okiem wielkości czołgu i ćwieków w najmniej spodziewanych miejscach, to jestem w życiu bezpieczna. I tak oto pojechałam do Warszawy.

The atmosphere there was just amazing and I had the opportunity to have pictures of me taken by Marcin Kempski, who I worked with three years ago on my first photshoot for Viva!Moda magazine. So yes, I was chilled, excited, comfortable there. I had already seen the clothes, I loved them (I like especially the first outfit with leather jacket), I had 'today-I'm-so-crazy-I'm-so-wild' mood. Until we started making some decisions about my hairstyle. 'MOHAWK' - that was the word I heard and that was the word that almost made me gag. And so my freak-out mode was turned on. Hopefully I managed to convince everybody that just a messy hair is also a very good idea. 'So maybe we'll give you some PINK highlights?'. As I heard it I probably looked like Hermione Granger when she saw the troll in the bathroom.

Tak jak pisałam kilka postów temu, atmosfera na planie była bardzo, ale to bardzo sympatyczna, co szczerze mówiąc, mile mnie zaskoczyło. Okazało się też, że zdjęcia robił nam Marcin Kempski - ten sam, który pracował nad moją pierwszą sesją dla Vivy!Mody kilka lat temu. Byłam więc bardzo zadowolona, zrelaksowana, w super humorze. Zdążyłam zobaczyć przygotowane ubrania, coś pozmieniałam, coś zostawiłam, istna idylla. Idylla jednak skończyła się w momencie, w którym zaczęliśmy wszyscy podejmować decyzję w sprawie mojej fryzury. "IROKEZ" - było to słowo, które usłyszałam i o mało się nie zadławiłam. Znowu ześwirowałam. Koniec końców ustaliliśmy, że skołtunione włosy też się nadadzą. "A może w takim razie RÓŻOWE PASEMKA?". Pamiętacie tę scenę w Harrym Potterze, kiedy Hermiona chowa się w łazience, w której grasuje troll? Miałam dokładnie taką samą minę.

Finally, with no mohawk or pink highlights, I was ready to have pics of me taken. So yeah, there I was, jumping, laughing, running, lying on the floor with fifty bags around me. I laughed probably 80% of the time in front of the camera. It's actually the only thing I can do, cause I'm no Anja Rubik :)
I hope you guys like the results, it's so awkard for me to see myself in this outfits, so it must be really awkard for you as well :) But I like it. I really do. It's one and only moment you see Weronika wearing a leather vest and studded boots, right?:) Huge thanks to all Glamour team and three lovely bloggers that also took part in this photo shoot - Tamara, Maff and Jessy !
 
Na szczęście bez irokeza i bez różowych (bądź fioletowych) pasemek, stanęłam przed obiektywem. Skakałam, biegałam, leżałam na podłodze otoczona pięćdziesięcioma torebkami. Moje pozy ograniczyły się w 80%  po prostu do śmiania się. To jedyna rzecz, jaka pozostaje, kiedy nie jest się Anją Rubik. Mam nadzieję, że podobają Wam się zdjęcia. W końcu nie każdego dnia (a raczej żadnego) można mnie zobaczyć w skórzanej kamizelce i ćwiekowanych butach :) Wielkie podziękowania dla całej ekipy Glamour oraz Tamary, Maff i Jessy!

 


Read More

1/13/13

THE ULTIMATE GUIDE TO...POSING
Please, don't be misled by this optimistic title of today's post because the things I'm gonna write here will be be quite the contrary of it. I've already told you one bilion times that I couldn't be more lame in posing for the photos. When there's a camera in front of me I get shivers, my face turns into a stone and I immedietaly freeze. And yes, I know that almost four years of constant blogging and putting zillions of my pics should have taught me something or at least helped me to get used to it but...they just didn't. Since January is the month of the resolutions (are you guys still sticking to them? I do! And I'm serious), I decided to make one connected with posing because the vision of me shivering etc. for the next four or more years didn't seemed to be very enjoyable. So I got out of my comfort zone, faced the monster and won. Don't get me wrong, though. I haven't become a posing master and I'm not having a photoshoot for Dior tomorrow because of it. I just feel a little bit more comfortable now and I stopped suspecting the camera of having a vicious plan of killing me or something.

I've never supported the theory that a picture can really 'catch' the moment and at the same time show things just as they are. I still do think it is not possible for a photo to show how I really look like. Because it's all about movement. When you're with somebody, you talk with him, you laugh and even when you both are not saying a word to each other, his or hers face features are constantly changing. And I think this constant change is what make us real human beings. A person's never stiff. A picture in my perspective will never 'catch the moment' but it will 'create the moment', look at some things from a particular perspective, emphasize something, hide something else.

Nie dajcie się zmylić temu radosnemu i optymistycznemu tytułowi, bo to, co przeczytacie w tym poście, jest dokładnym przeciwieństwem tego, co w "Nadzwyczajnym Poradniku Perfekcyjnego Pozowania" mogłoby się znaleźć. Zapewne, to już milionowy raz, kiedy wspominam o moim nadzwyczajnym antytalencie do pozowania, ale jest on naprawdę „anty” w pełnym znaczeniu tego przedrostka. Aparat powoduje u mnie swego rodzaju napady paniki, moja twarz zamienia się w kamień, a ciało zastyga. Tak, wiem, że prawie cztery lata spędzone na wyginaniu się przed obiektywem w warunkach różnych, niekoniecznie korzystnych, powinny mnie czegoś w tym temacie nauczyć, albo przynajmniej mnie trochę do tego przyzwyczaić, ale nic takiego się nie stało. Jako, że styczeń to czas postanowień (jestem ciekawa, czy nadal trzymacie się swoich. Ja tak. Nie żartuję), zdecydowałam postanowić sobie coś w tematyce pozowania, bo wizja sesji na kolejne cztery czy więcej lat przyprawiała mnie o mdłości. Pokonałam swoje lęki, zmierzyłam się z potworem i wygrałam. Oczywiście, nie stałam się nagle takim mistrzem pozowania, żeby jutro lecieć na sesję dla Diora z Marion Cotillard, ale powiedzmy, że poczułam się niec pewniej przed obiektywem i przestałam podejrzewać aparat o jakieś niecne plany uszkodzenia, zniszczenia, zabicia mojej osoby.

Nigdy nie byłam zwolenniczką teorii, twierdzącej że aparat jest w stanie "uchwycić moment" i pokazać rzeczy takimi, jakie są naprawdę. Szczerze powątpiewam, czy kiedykolwiek powstanie zdjęcie, które pokaże jak naprawdę wyglądam, czy jak wyglądają inne osoby. Wszystko przecież opiera się na ruchu. Każdy człowiek, z którym przebywam, z którym śmieję się, rozmawiam, czy nawet milczę, każdy człowiek nie przestaje być w ruchu. Jego twarz zmienia się nieprzestanie z ułamka na sekundę i każda z tych zmian tworzy całość. Prawdziwego człowieka. Osoba nie jest w stanie być sztywna i bez ruchu. Zdjęcie, w moim rozumieniu, nigdy nie "uchwyci" momentu, ale ono ten moment "stworzy", ujmie rzeczy z odpowiedniej perspektywy, coś podkreśli, a co innego schowa.


SO here I am, showing you thousands of versions of myself. It's actually quite a funny thing, I wonder if there ever were so many photos that it would be possible to put them on each other and see the closest version to real me. As I said before, camera "creates" the moment and I've always wanted my moments to be the best. I once did great, I once did a little bit worse (but not in a fifty-fifty proportion, I'd say the majority of my attempts were definitely 'a little bit worse'). Anyways, I've managed to notice some things for these four years, create some (lame) techniques that work for me and day by day I'm getting closer to the 'Master of Posing' title (nice joke). Today enjoy my "Ultimate Posing Guide" ("Quite the contrary" edition)!


Pokazuję więc na tym blogu nieskończoność wersji swojej osoby. W sumie to śmieszna sprawa, jestem ciekawa, czy tych zdjęć mogłoby być kiedyś na tyle dużo, żeby tworzyły pewnego rodzaju kalki, które po nałożeniu na siebie, pokazałyby najbliższy mój najbliższy portret. Jako, że, tak jak pisałam, aparat "tworzy" chwile, ja zawsze starałam się je tworzyć jak najlepsze. Raz wychodziło, a raz nie (nie jest to jednak relacja fifty-fifty, powiedziałabym, że o wiele częściej zachodzi ta druga część zdania). Przez cztery lata jednak zdążyłam zauważyć kilka spraw, opracować swoje (często żałosne) techniki i z dnia na dzień przybliżać się do tytułu Mastera Pozowania (dobry żart). Otwieram więc oficjalnie mój "Nadzwyczajny Poradnik do Perfekcyjnego Pozowania" (edycja "Całkiem na odwrót") i życzę Wam niezapomnianych wrażeń podczas lektury!

 

I always look for a place that is not very crowded, suits my outfit and has a good lighting - so bascially I look for Holy Grail. And guess what - I never can find it. What I've learnt is to not be afraid in places that don't look very nice at the beginnng - one of the pictures I like the most is the one taken in front of a grocery store with patatoes in the background. I wouldn't say it's the chicest surrounding ever but the photo turned out to be really nice. So experiment. Maybe one day you'll find patatoes inspiring as well.

Kiedy poszukuję miejsca do zdjęć, zawsze zwracam uwagę na to, żeby było to miejsce niezatłoczone, dobrze oświetlone i pasujące do danego stroju. Jednym słowem są to poszukiwania Świętego Graala, które zazwyczaj kończą się fiaskiem. Nauczyłam się jednak, żeby dawać szansę miejscom z kategorii tych raczej niepozornych - jednym z moich ulubionych zdjęć jest to zrobione przed sklepem spożywczym z ziemniakami na drugim planie. Być może nie było to najbardziej wytworne otoczenie, ale zdjęcia wyszły świetne. Polecam więc eksperymentować. Kto wie, może pewnego dnia i ziemniaki staną się dla Was inspirujące.


People on the street are always willing to help. They'll give me some professional tips how to pose, they'll just stare, they'll tell me that if I freeze my hands I'll never find a husband - it's funny how totally unknown people care about me so much. I remember how scared I was of people. I had this brilliant method that everytime somebody was about to pass the street, I would wait until he passed it. Since Krakow is quite a big and crowded city, I waited almost all the time. So the method wasn't brilliant at all. I only now started to enjoy shooting a little bit more - the thing I love the most is when people just smile or laugh when they see me jumping in a tulle skirt and a jumper when everybody's else wearing coats and scarfs. Yes, I know they laugh because they think I have some mental issues but it's nice to give people a reason to smile anyways, right?

Ludzie na ulicy są zawsze chętni i gotowi do pomocy. Przystaną i zdradzą mi tajniki dobrego pozowania, przystaną i po prostu się pogapią, albo przystaną i stwierdzą, że jeśli przemrożę sobie dłonie, to nie znajdę nigdy męża - to zabawne, jak kompletnie nieznane osoby potrafią się o mnie tak troszczyć. Pamiętam, jak jeszcze do niedawna bałam się ludzi. Miałam jedną wyśmienitą metodę - za każdym razem, kiedy ktoś przechodził, zatrzymywałam się i czekałam, aż już to zrobi, bo czułam się bardzo zestresowana czyjąś obecnością. Jako, że Kraków to dość duże i tłoczne miasto, praktycznie cały czas spędzałam na staniu w miejscu i wyśmienita metoda musiała ulec modyfikacji. Dopiero teraz trochę bardziej spodobało mi się to całe "pozowanie" - lubię, kiedy ludzie uśmiechają się lub śmieją, widząc mnie skaczącą w tiulu i swetrze, podczas gdy wszyscy inni są opatuleni szalami i przykryci płaszczami. Tak wiem, że śmieją się ze mnie, bo zapewne myślą, że mam problemy z psychiką, ale i tak przyjemnie jest dawać ludziom powody do radości, prawda?


Do you know this feeling when you just relax in front of the camera and every picture turns out to be amazing? No? Well, neither do I. Every time I have a 'posing's not difficult at all, I'll make faces like Linda Evangelista' moment that lasts for about 5 minutes, the pictures are the most horrible ones that this world has seen. So lesson number one: don't pretend you're a pro, when you're definitely not. I think it's better to admit that you can't pose than have fifty pictures with your mouth 'Anja Rubik' styled(so with a mouth wide, wide open). Anja is the world's top model and has years of experience. Most of us...don't.

Znacie to uczucie, kiedy po prostu stajecie zrelaksowani przed aparatem, a każde zdjęcie wychodzi niesamowicie? Nie? Ja też nie znam. Raz na jakiś czas przechodzę przez fazę "Aparat nie gryzie, zaraz zrobię minę jak Linda Evangelista". Faza ta jednak trwa z reguły pięć minut i owocuje zdjęciami nienadającymi się to publicznej projekcji. Zasada numer jeden: nie udawaj profesjonalisty, kiedy po prostu nim nie jesteś. Wydaje mi się, że lepiej jest przyznać się przed sobą do znikomych zdolności w tym temacie, niż publikować pięćdziesiąt zdjęć z kategorii "usta jak Anja Rubik" (=mina podobna do miny dzidziusiów, które karmi się wielkim łyżkami z papkami). Anja wygląda pięknie, ale Anja jest najlepszą modelką na świecie, z wieloletnim doświadczeniem. A większość z nas...chyba jednak nie.

Getting ready for a photoshoot in winter is like getting ready for a fight (I suppose). First, I have to prepare myself mentally - so face the fact in a few minutes I'm going to take my coat off and pretend I'm in Egypt when it's snowing all around me. Then, it's time for some warm-up, most of the time I just jump. And then I need some good words from my friends like 'You can do this!'. I count to five and I take my coat off. It's one of the worst things you can experience. But trust me, after a few minutes, get used to it and you're much closer to the title of the Master of posing.

Przygotowania do sesji przypominają przygotowania do prawdziwej walki (tak myślę). Najpierw muszę przygotować się psychicznie do zadania - ściągnięcia płaszcza i udawania na mrozie osoby całkiem zadowolonej z życia. Potem czas na rozgrzewkę - zazwyczaj robię podskoki, dziwne pajacyki, albo gram w łapki z przyjaciółką. Następnie otrzymuję trochę wsparcia w postaci słów "Dasz radę, dasz radę", liczę do pięciu i zdejmuję płaszcz. To uczucie dosyć podobne do tego przy wskakowaniu do morza, na początku jest ciężko, ale potem człowiek się przyzwyczaja i żadne mrozy mu nie straszne.

And that would be all. I know that most of the things I've written are completely useless but I warned you - it's "Quite the contrary" edition. If you like the idea of my completetly useless guides, let me know in the comment, since it's really fun to write them and I think it would be a nice new section on my blog. Oh, and if you have any tips for posing, write them down aswell - maybe I'll finally learn something about it.

To chyba na tyle. Zdaję sobie sprawę z tego, że większość rzeczy, o których napisałam, jest kompletnie bezużyteczna, ale jako, że to przecież edycja "Całkiem na odwrót" (ostrzegałam!), musicie mi wybaczyć. Jeśli podoba Wam się pomysł kompletnie bezużytecznych poradników, dajcie znać w komentarzu - to całkiem dobra zabawa i myślałam, żeby wprowadzić je jako nowy typ postów na blogu. A, a jeśli wpadną Wam do głowy jakieś prawdziwe porady dotyczące dzisiejszego tematu - też dajcie znać, może wreszcie czegoś się o tym nauczę.

(drawing by me)
Read More

12/30/12

THEY WERE WRONG

(ph. Maksymilian Scholl/ wearing second hand blouse, second hand cardigan, second hand skirt, second hand belt, Vagabond shoes, Modekungen bag, SIX bracelet and ring)

I knew the Maya people were wrong. We're still alive and if everything goes right, we'll start the new year 2013 in one and a half day. I have this love-hate relationship with the celebration of New Year. I'm always so freaking excited, preparing my outfit for the big party, doing my hair, making a list of resolutions, thinking how wonderful, amazing, breathtaking the next year's gonna be. And then, on the party, at 12 pm, I get a emotional breakdown. I feel bad and lonely and I hate my life and I don't want no next year, I'm just ready to die. I realize that I didn't stick to any resolutions I had made and generally speaking I messed my life. But then, the next morning, I always come to the conclusion that I'll make a list of resolutions anyways and this time I'm so gonna do this. And I never do, trust me. But it's still nice to try, right? Happy, happy New Year guys and see you in 2013! xx

Wiedziałam, że Majowie się mylili. Nadal żyjemy, a jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, za półtora dnia powitamy kolejny rok. Ze świętowaniem nowego roku łączy mnie dość dziwna relacja. Owszem, zawsze się niesamowicie ekscytuję, robię przygotowania przedsylwestrowe trwające milion lat świetlnych, piszę listę postanowień noworocznych i ciągle tylko myślę, jak wspaniały cudowny, niesamowity, zaskakujący będzie rok następny. Ale rok w rok, o dwunastej godzinie, kiedy jedynymi ludźmi otaczającymi mnie w tym momencie są albo zakochane pary, albo osoby, z którymi kontaktu już niestety nie da się nawiązać, przychodzi Noworoczny Kryzys Nerwowy. Czuję się słaba, samotna, nienawidzę życia (wszystkie te atrakcje zawsze w pierwszych minutach po dwunastej) i nie chcę żadnego nowego roku, bo gotowa jestem umrzeć. Uświadamiam sobie, że nic nie wyszło z moich postanowień zeszłorocznych i ogólnie rzecz biorąc, zmarnowałam swoje życie. Ale następnego ranka zawsze dochodzę do wniosku, że tak czy siak zrobię sobie listę postanowień, bo każdemu zdarzają się wypadki przy pracy i jak się postaram, na pewno dam radę. A nigdy nie daję. Miło i przyjemnie jest jednak wmawiać sobie samej bzdury, więc moją coroczną tradycję postanowień zamierzam kontynuować, a Wam życzę wszystkiego dobrego i do zobaczenia w 2013 roku :)

 



Read More