
Please, don't be misled by this optimistic title of today's post because the things I'm gonna write here will be be quite the contrary of it. I've already told you one bilion times that I couldn't be more lame in posing for the photos. When there's a camera in front of me I get shivers, my face turns into a stone and I immedietaly freeze. And yes, I know that almost four years of constant blogging and putting zillions of my pics should have taught me something or at least helped me to get used to it but...they just didn't. Since January is the month of the resolutions (are you guys still sticking to them? I do! And I'm serious), I decided to make one connected with posing because the vision of me shivering etc. for the next four or more years didn't seemed to be very enjoyable. So I got out of my comfort zone, faced the monster and won. Don't get me wrong, though. I haven't become a posing master and I'm not having a photoshoot for Dior tomorrow because of it. I just feel a little bit more comfortable now and I stopped suspecting the camera of having a vicious plan of killing me or something.
I've never supported the theory that a picture can really 'catch' the moment and at the same time show things just as they are. I still do think it is not possible for a photo to show how I really look like. Because it's all about movement. When you're with somebody, you talk with him, you laugh and even when you both are not saying a word to each other, his or hers face features are constantly changing. And I think this constant change is what make us real human beings. A person's never stiff. A picture in my perspective will never 'catch the moment' but it will 'create the moment', look at some things from a particular perspective, emphasize something, hide something else.
Nie dajcie się zmylić temu radosnemu i optymistycznemu tytułowi, bo to, co przeczytacie w tym poście, jest dokładnym przeciwieństwem tego, co w "Nadzwyczajnym Poradniku Perfekcyjnego Pozowania" mogłoby się znaleźć. Zapewne, to już milionowy raz, kiedy wspominam o moim nadzwyczajnym antytalencie do pozowania, ale jest on naprawdę „anty” w pełnym znaczeniu tego przedrostka. Aparat powoduje u mnie swego rodzaju napady paniki, moja twarz zamienia się w kamień, a ciało zastyga. Tak, wiem, że prawie cztery lata spędzone na wyginaniu się przed obiektywem w warunkach różnych, niekoniecznie korzystnych, powinny mnie czegoś w tym temacie nauczyć, albo przynajmniej mnie trochę do tego przyzwyczaić, ale nic takiego się nie stało. Jako, że styczeń to czas postanowień (jestem ciekawa, czy nadal trzymacie się swoich. Ja tak. Nie żartuję), zdecydowałam postanowić sobie coś w tematyce pozowania, bo wizja sesji na kolejne cztery czy więcej lat przyprawiała mnie o mdłości. Pokonałam swoje lęki, zmierzyłam się z potworem i wygrałam. Oczywiście, nie stałam się nagle takim mistrzem pozowania, żeby jutro lecieć na sesję dla Diora z Marion Cotillard, ale powiedzmy, że poczułam się niec pewniej przed obiektywem i przestałam podejrzewać aparat o jakieś niecne plany uszkodzenia, zniszczenia, zabicia mojej osoby.
Nigdy nie byłam zwolenniczką teorii, twierdzącej że aparat jest w stanie "uchwycić moment" i pokazać rzeczy takimi, jakie są naprawdę. Szczerze powątpiewam, czy kiedykolwiek powstanie zdjęcie, które pokaże jak naprawdę wyglądam, czy jak wyglądają inne osoby. Wszystko przecież opiera się na ruchu. Każdy człowiek, z którym przebywam, z którym śmieję się, rozmawiam, czy nawet milczę, każdy człowiek nie przestaje być w ruchu. Jego twarz zmienia się nieprzestanie z ułamka na sekundę i każda z tych zmian tworzy całość. Prawdziwego człowieka. Osoba nie jest w stanie być sztywna i bez ruchu. Zdjęcie, w moim rozumieniu, nigdy nie "uchwyci" momentu, ale ono ten moment "stworzy", ujmie rzeczy z odpowiedniej perspektywy, coś podkreśli, a co innego schowa.
SO here I am, showing you thousands of versions of myself. It's actually quite a funny thing, I wonder if there ever were so many photos that it would be possible to put them on each other and see the closest version to real me. As I said before, camera "creates" the moment and I've always wanted my moments to be the best. I once did great, I once did a little bit worse (but not in a fifty-fifty proportion, I'd say the majority of my attempts were definitely 'a little bit worse'). Anyways, I've managed to notice some things for these four years, create some (lame) techniques that work for me and day by day I'm getting closer to the 'Master of Posing' title (nice joke). Today enjoy my "Ultimate Posing Guide" ("Quite the contrary" edition)!
Pokazuję więc na tym blogu nieskończoność wersji swojej osoby. W sumie to śmieszna sprawa, jestem ciekawa, czy tych zdjęć mogłoby być kiedyś na tyle dużo, żeby tworzyły pewnego rodzaju kalki, które po nałożeniu na siebie, pokazałyby najbliższy mój najbliższy portret. Jako, że, tak jak pisałam, aparat "tworzy" chwile, ja zawsze starałam się je tworzyć jak najlepsze. Raz wychodziło, a raz nie (nie jest to jednak relacja fifty-fifty, powiedziałabym, że o wiele częściej zachodzi ta druga część zdania). Przez cztery lata jednak zdążyłam zauważyć kilka spraw, opracować swoje (często żałosne) techniki i z dnia na dzień przybliżać się do tytułu Mastera Pozowania (dobry żart). Otwieram więc oficjalnie mój "Nadzwyczajny Poradnik do Perfekcyjnego Pozowania" (edycja "Całkiem na odwrót") i życzę Wam niezapomnianych wrażeń podczas lektury!

I always look for a place that is not very crowded, suits my outfit and has a good lighting - so bascially I look for Holy Grail. And guess what - I never can find it. What I've learnt is to not be afraid in places that don't look very nice at the beginnng - one of the pictures I like the most is the one taken in front of a grocery store with patatoes in the background. I wouldn't say it's the chicest surrounding ever but the photo turned out to be really nice. So experiment. Maybe one day you'll find patatoes inspiring as well.
Kiedy poszukuję miejsca do zdjęć, zawsze zwracam uwagę na to, żeby było to miejsce niezatłoczone, dobrze oświetlone i pasujące do danego stroju. Jednym słowem są to poszukiwania Świętego Graala, które zazwyczaj kończą się fiaskiem. Nauczyłam się jednak, żeby dawać szansę miejscom z kategorii tych raczej niepozornych - jednym z moich ulubionych zdjęć jest to zrobione przed sklepem spożywczym z ziemniakami na drugim planie. Być może nie było to najbardziej wytworne otoczenie, ale zdjęcia wyszły świetne. Polecam więc eksperymentować. Kto wie, może pewnego dnia i ziemniaki staną się dla Was inspirujące.

People on the street are always willing to help. They'll give me some professional tips how to pose, they'll just stare, they'll tell me that if I freeze my hands I'll never find a husband - it's funny how totally unknown people care about me so much. I remember how scared I was of people. I had this brilliant method that everytime somebody was about to pass the street, I would wait until he passed it. Since Krakow is quite a big and crowded city, I waited almost all the time. So the method wasn't brilliant at all. I only now started to enjoy shooting a little bit more - the thing I love the most is when people just smile or laugh when they see me jumping in a tulle skirt and a jumper when everybody's else wearing coats and scarfs. Yes, I know they laugh because they think I have some mental issues but it's nice to give people a reason to smile anyways, right?
Ludzie na ulicy są zawsze chętni i gotowi do pomocy. Przystaną i zdradzą mi tajniki dobrego pozowania, przystaną i po prostu się pogapią, albo przystaną i stwierdzą, że jeśli przemrożę sobie dłonie, to nie znajdę nigdy męża - to zabawne, jak kompletnie nieznane osoby potrafią się o mnie tak troszczyć. Pamiętam, jak jeszcze do niedawna bałam się ludzi. Miałam jedną wyśmienitą metodę - za każdym razem, kiedy ktoś przechodził, zatrzymywałam się i czekałam, aż już to zrobi, bo czułam się bardzo zestresowana czyjąś obecnością. Jako, że Kraków to dość duże i tłoczne miasto, praktycznie cały czas spędzałam na staniu w miejscu i wyśmienita metoda musiała ulec modyfikacji. Dopiero teraz trochę bardziej spodobało mi się to całe "pozowanie" - lubię, kiedy ludzie uśmiechają się lub śmieją, widząc mnie skaczącą w tiulu i swetrze, podczas gdy wszyscy inni są opatuleni szalami i przykryci płaszczami. Tak wiem, że śmieją się ze mnie, bo zapewne myślą, że mam problemy z psychiką, ale i tak przyjemnie jest dawać ludziom powody do radości, prawda?

Do you know this feeling when you just relax in front of the camera and every picture turns out to be amazing? No? Well, neither do I. Every time I have a 'posing's not difficult at all, I'll make faces like Linda Evangelista' moment that lasts for about 5 minutes, the pictures are the most horrible ones that this world has seen. So lesson number one: don't pretend you're a pro, when you're definitely not. I think it's better to admit that you can't pose than have fifty pictures with your mouth 'Anja Rubik' styled(so with a mouth wide, wide open). Anja is the world's top model and has years of experience. Most of us...don't.
Znacie to uczucie, kiedy po prostu stajecie zrelaksowani przed aparatem, a każde zdjęcie wychodzi niesamowicie? Nie? Ja też nie znam. Raz na jakiś czas przechodzę przez fazę "Aparat nie gryzie, zaraz zrobię minę jak Linda Evangelista". Faza ta jednak trwa z reguły pięć minut i owocuje zdjęciami nienadającymi się to publicznej projekcji. Zasada numer jeden: nie udawaj profesjonalisty, kiedy po prostu nim nie jesteś. Wydaje mi się, że lepiej jest przyznać się przed sobą do znikomych zdolności w tym temacie, niż publikować pięćdziesiąt zdjęć z kategorii "usta jak Anja Rubik" (=mina podobna do miny dzidziusiów, które karmi się wielkim łyżkami z papkami). Anja wygląda pięknie, ale Anja jest najlepszą modelką na świecie, z wieloletnim doświadczeniem. A większość z nas...chyba jednak nie.
Getting ready for a photoshoot in winter is like getting ready for a fight (I suppose). First, I have to prepare myself mentally - so face the fact in a few minutes I'm going to take my coat off and pretend I'm in Egypt when it's snowing all around me. Then, it's time for some warm-up, most of the time I just jump. And then I need some good words from my friends like 'You can do this!'. I count to five and I take my coat off. It's one of the worst things you can experience. But trust me, after a few minutes, get used to it and you're much closer to the title of the Master of posing.
Przygotowania do sesji przypominają przygotowania do prawdziwej walki (tak myślę). Najpierw muszę przygotować się psychicznie do zadania - ściągnięcia płaszcza i udawania na mrozie osoby całkiem zadowolonej z życia. Potem czas na rozgrzewkę - zazwyczaj robię podskoki, dziwne pajacyki, albo gram w łapki z przyjaciółką. Następnie otrzymuję trochę wsparcia w postaci słów "Dasz radę, dasz radę", liczę do pięciu i zdejmuję płaszcz. To uczucie dosyć podobne do tego przy wskakowaniu do morza, na początku jest ciężko, ale potem człowiek się przyzwyczaja i żadne mrozy mu nie straszne.
And that would be all. I know that most of the things I've written are completely useless but I warned you - it's "Quite the contrary" edition. If you like the idea of my completetly useless guides, let me know in the comment, since it's really fun to write them and I think it would be a nice new section on my blog. Oh, and if you have any tips for posing, write them down aswell - maybe I'll finally learn something about it.
To chyba na tyle. Zdaję sobie sprawę z tego, że większość rzeczy, o których napisałam, jest kompletnie bezużyteczna, ale jako, że to przecież edycja "Całkiem na odwrót" (ostrzegałam!), musicie mi wybaczyć. Jeśli podoba Wam się pomysł kompletnie bezużytecznych poradników, dajcie znać w komentarzu - to całkiem dobra zabawa i myślałam, żeby wprowadzić je jako nowy typ postów na blogu. A, a jeśli wpadną Wam do głowy jakieś prawdziwe porady dotyczące dzisiejszego tematu - też dajcie znać, może wreszcie czegoś się o tym nauczę.
(drawing by me)